Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Chusta operacyjna po cięciu

Jolanta Budzowska18 sierpnia 2019Komentarze (0)

Zajmuję się właśnie sprawą pacjentki, której podczas cięcia cesarskiego pozostawiono w jamie brzusznej chustę operacyjną. Początkowo, kiedy po porodzie stan położnicy był niepokojąco zły, pojawiła się diagnoza bliżej nieokreślonego krwiaka lub guza. U chorej rozwinął się jednak rozległy stan zapalny. Pacjentka cierpiała niewyobrażalny ból, podawano jej przez długi okres antybiotyki. Oczywiście, nie było mowy o normalnej opiece nad wytęsknionym dzieckiem i o karmieniu piersią. W USG wyszło, że przyczyną dolegliwości jest chusta operacyjna, z czasem już w licznych zrostach w jamie brzusznej. Przeprowadzono w trybie pilnym laparotomię. Po operacji naprawczej na brzuchu została ogromna blizna. Na psychice pacjentki nie mniejsza, mimo że od tamtych wydarzeń upłynęło już sporo czasu.

Dlaczego o tym piszę? Ciało obce po operacji brzusznej nie należy do sytuacji science fiction. Według amerykańskich badań do pozostawienia ciała obcego w ciele pacjenta najczęściej dochodzi podczas zabiegów chirurgii ogólnej, ginekologii i położnictwa oraz w ortopedii. Chustę operacyjną, która nie powinna się tam znaleźć, odnajduje się w jamie brzusznej pacjenta średnio z częstotliwością raz na rok w średniej wielkości szpitalu. Czyli – wydawałoby się – rzadko. Można powiedzieć nawet, że zaskakująco rzadko, kiedy się weźmie pod uwagę, że często czytamy czy słyszymy o takich przypadkach.

Ryzyko chusty operacyjnej, czyli jak w Ameryce?

Jak zwykle jest jednak kilka „ale”. Ryzyko, a zatem i częstotliwość faktycznych zdarzeń wzrasta, gdy:

  • zabieg jest ze wskazań nagłych,
  • następują nieplanowane zmiany w zakresie operacji lub
  • waga pacjenta jest wyższa niż przeciętna.

Amerykańskie źródła milczą jednak na temat jeszcze jednego czynnika ryzyka, który wydaje się być nad wyraz aktualny w sytuacji braków kadrowych w polskich szpitalach.

Skład zespołu operacyjnego a sprawa polska

Według mnie ryzyko pozostawienia chusty operacyjnej w jamie brzusznej pacjentki podczas cięcia cesarskiego lub innego zabiegu brzusznego radykalnie wzrasta także wtedy, gdy skład zespołu operacyjnego jest nieprawidłowy.

Tak też zresztą było w opisanym na wstępie przypadku cięcia cesarskiego. Zabieg wykonywał jeden lekarz operator. Zamiast lekarza – „pierwszej asysty”, asystowała mu pielęgniarka instrumentariuszka. Z kolei rolę pielęgniarki instrumentariuszki pełniła salowa. Nie wiadomo tylko, kto w zastępstwie salowej dbał o czystość sali operacyjnej…

Salowa lekiem na całe zło

Faktem jest, że nie ma przepisów prawa, które określałyby skład zespołu operacyjnego. Jest jednak fachowa literatura. Od pielęgniarek pracujących na bloku operacyjnym wymaga się wiedzy w zakresie pielęgniarstwa operacyjnego. Do każdego zabiegu operacyjnego powinny przystąpić dwie pielęgniarki operacyjne, każda ze ściśle określonymi zadaniami: pielęgniarka tzw. „czysta” i krążąca, tzw. „brudna”. Nie jest dopuszczalne zastępowanie pielęgniarki osobą nie posiadającą kwalifikacji.

#ToNieZMojejKaretki

Opisana na wstępie sytuacja nie jest oczywiście jedynym znanym przypadkiem „łatania dziur” kadrowych w szpitalach z oddziałami ginekologiczno-położniczymi i noworodkowymi. Kto jest na FB może śledzić dramatyczne doniesienia spływające z całej Polski do ratowników medycznych To Nie z Mojej Karetki, Ratownicy piszą o tym, jak funkcjonują niektóre oddziały w polskich szpitalach. Gdy w na oddziale patologii noworodka w szpitalu klinicznym jedna położna ma pod opieką 4-6 wcześniaków na respiratorach. Gdy w innym szpitalu salowe na bloku operacyjnym szykują igły do operacji czy zabiegów i „robią” jako brudna pielęgniarka.

Ja sama mogłabym dostarczyć wielu kolejnych przykładów, płynących choćby z nadsyłanych do mnie listów i maili. Chętnie też zapoznam się z Waszymi relacjami w komentarzach.

Rosyjska ruletka

Czy ktoś ma wątpliwości, że w takich warunkach ryzyko powikłań, choćby tak pozornie „wyjątkowych” jak pozostawienie chusty operacyjnej w brzuchu pacjenta, radykalnie wzrasta? Ja nie mam. Dyrektorzy szpitali grają z nami, pacjentami, w rosyjską ruletką.

Fachowo taką sytuację zalicza się do błędów organizacyjnych lub technicznych w ramach pojemnego worka „błąd medyczny”. Odszkodowanie zapłaci szpital, chyba że mu się poszczęści i polisa ubezpieczeniowa wystarczy na pokrycie kosztów takiego hazardowego podejścia do naszego zdrowia.

Ps. 1.

Odezwą się na pewno pielęgniarki i salowe, może też lekarze rezydenci, wysyłani przez przełożonych na straceńcze misje samodzielnych dyżurów czy pełnienia roli, do której nie mają kwalifikacji: co robić? Odmawiać. A jeśli sytuacja jest podbramkowa, to przynajmniej opisywać w dokumentacji medycznej, że dane osoba podejmuje się konkretnej czynności „na wyraźne polecenie oddziałowej/ordynatora/dyrektora” lub że ma to miejsce „w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia pacjenta”. Pamiętajcie, że lekarz, który podejmuje się leczenia pacjenta, w sytuacji, gdy nie jest specjalistą z danej dziedziny, gdy dojdzie do błędu medycznego, będzie oceniany tak, jakby tym specjalistą był.

Ps. 2.

O ciałach obcych pozostawionych w pacjencie pisałam już wielokrotnie. Zainteresowanych konkretnymi sprawami, tym, jakie wyroki zapadają i czy trudno jest udowodnić odpowiedzialność szpitali za pozostawioną chustę operacyjną, zapraszam na mój drugi blog pomylkalekarza.pl:

Zwykle piszę – co jest prawdą – że lekarze, szpitale i w ogóle podmioty lecznicze bronią się w sprawach o błędy medyczne „do ostatniej kropli krwi”. Zaprzeczają oczywistym faktom,  kwestionują nawet najlepiej uzasadnione opinie biegłych,  zaskarżają każde niekorzystne dla nich rozstrzygnięcie. To okoliczność, która pogłębia poczucie krzywdy u pacjentów. Nie dość, że padli ofiarą błędu medycznego, to jeszcze w poszukiwaniu sprawiedliwości są w nieskończoność konfrontowani z bolesnymi wydarzeniami.  

Jednak tym razem było inaczej.  W tym przypadku postawa lekarza wzbudziła mój szacunek.

Mediacje karne w Gdańsku

Mediacje karne w Gdańsku

Prokurator stawia zarzuty lekarzowi

Historia wyglądała tak, że postępowanie przygotowawcze (karne) doszło do etapu, kiedy opinie biegłych potwierdziły zarzuty rodziców. Dziecko zmarło podczas porodu, w łonie matki, ponieważ przeoczono objawy zagrażającej zamartwicy. Czy tylko lekarz był winny, czy też może położna powinna była go wcześniej zaalarmować? A może  lekarz, pełniący pojedynczy dyżur, miał inne pilne obowiązki? Czy były współprzyczyny złego stanu zdrowia dziecka? Te rozważania zostawmy na boku. Faktem jest, że prokurator postawił lekarzowi zarzut narażenia dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia (art. 160 kk).

Mediacje w postępowaniu karnym

Położnik nie kwestionował swojej winy. Zadeklarował dobrowolne poddanie się karze. Ponieważ  pokrzywdzeni muszą się zgodzić na takie rozwiązanie, prokurator skierował sprawę do mediacji, abyśmy mogli ustalić warunki porozumienia. Muszę przyznać, że dla mnie była to pierwsza mediacja w postępowaniu karnym.  Jak się okazało, dla pozostałych uczestników (mediatora, obrońcy lekarza, prokuratora) – też. Częściej zdarzają się mediacje w postępowaniu cywilnym, choć i tu wola ugody to raczej wyjątek niż reguła.

Po negocjacjach ustaliśmy, że pokrzywdzeni otrzymają zadośćuczynienie z tytułu śmierci osoby bliskiej, odszkodowanie za znaczne pogorszenie sytuacji życiowej, zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta i zwrot poniesionych kosztów. Razem blisko 350 tys. zł. Lekarz i szpital byli oczywiście ubezpieczeni.

Warunkowe umorzenie postępowania karnego przeciwko lekarzowi

Zgodziliśmy się na warunkowe umorzenie postępowania przeciwko lekarzowi. Nie, nie tylko z tego powodu, że zostanie wypłacone odszkodowanie. Przede wszystkim dlatego, że lekarz z własnej inicjatywy wpisał do treści projektowanej ugody następujące słowa:

„Lekarz XX wyraża szczere ubolewanie z powodu śmierci dziecka yy i zz. Oświadcza, że bardzo przeżył i do dzisiejszego dnia przeżywa to tragiczne wydarzenie, zwłaszcza że było jedynym takim w całym jego życiu zawodowym. XX serdecznie przeprasza yy i zz za niepodjęcie ciągłej, osobistej kontroli zapisu KTG w ciągu całego okresu trwania rozpoczętej w dniu 00.00.000 r. próby oksytocynowej, co przełożyło się na opóźnioną decyzję o podjęciu cięcia cesarskiego. Lekarz przyznaje, że stanowiło to błąd, którego powinien był uniknąć.”

Czy dziecko może złożyć pozew o błąd przy porodzie, przez który jest trwale niepełnosprawne? 

Może!

Jeśli skutkiem błędu przy porodzie jest choroba dziecka, to dziecku, a nie rodzicom, należy się zadośćuczynienie, odszkodowanie i renta. Tylko w niektórych sytuacjach rodzice mają prawo do dodatkowego zadośćuczynienia dla siebie. Więcej na ten temat napisałam tutaj: III CZP 60/17, czyli zadoścuczynienie dla rodziców i rodzeństwa.

Przed 18-tką, po 18-tce

Niepełnoletnie dziecko musi być jednak w sądzie reprezentowane przez rodziców (opiekunów prawnych). Kiedy stanie się pełnoletnie, a rodzice dotąd nie zrobili nic, by walczyć o jego prawa, ma jeszcze 2 lata na samodzielne wystąpienie z pozwem odszkodowanie i zadośćuczynienie za błąd medyczny. Potem często jest za późno, zarzut przedawnienia może okazać się skuteczny.Czy rodzicom, poza odwagą do walki o odszkodowanie dla dziecka i czasu na przygotowanie dokumentacji dla prawnika, potrzebne jest coś jeszcze? Czy może na wytoczenie powództwa przeciwko szpitalowi w imieniu dziecka rodzicom musi zezwolić sąd opiekuńczy?

pozew o błąd przy porodzie

pozew o błąd przy porodzie

Na szczęście nie!

SN przypomina, czyli sygn. akt: I CSK 79/18

Ostatnio po raz kolejny potwierdził to Sąd Najwyższy. Jak powiedział sędzia SN Jacek Grela, uzasadniając ustnie wydany wyrok*:

Nie każda czynność procesowa  wymaga zezwolenia sądu opiekuńczego.  Należy bowiem pamiętać, że w myśl art. 101 § 1 k.r.o. rodzice obowiązani są sprawować z należytą starannością zarząd majątkiem dziecka pozostającego pod ich władzą. Przez pojęcie zarządu należy rozumieć zarówno czynności faktyczne, prawne, jak i polegające na reprezentowaniu dziecka przed sądami lub innymi organami związanymi ze sprawowaniem zarządu. Rodzic zatem może dokonywać czynności procesowych w imieniu dziecka, kierując się jego dobrem w granicach należytej staranności.

W tym stwierdzeniu jest jeszcze jedna ważna myśl: wytoczenie powództwa w imieniu dziecka poszkodowanego przy porodzie to wręcz obowiązek rodziców! Chodzi przecież o dobro dziecka. I o to, by miało środki na leczenie, rehabilitację i opiekę w przyszłości, kiedy rodziców może zabraknąć….

Nie wiesz, od czego zacząć?

Przeczytaj mój wpis na blogu: „Odszkodowanie za błąd porodowy – od czego zacząć? Cz.I” .  Uprzedzając pytania: część II jeszcze nie powstała:( , ale powstanie niebawem. Zapraszam Cię też na mój drugi blog.  Możesz tam przeczytać, jak wygląda kontakt z kancelarią i prawnikami, a potem cały proces sądowy: „Jak dostać odszkodowanie?

 

*wyrok SN z dnia 29 maja 2019 r., cytat za „Rzeczpospolita”.

Liczba cięć cesarskich rośnie w Polsce lawinowo: w 2015 roku wykonano ich w 43,2 proc. wszystkich porodów, a w 2016 roku 45,8 proc. Nowszych danych brak. Ilość porodów drogami natury maleje także na świecie, ale w innych państwach skala cięć cesarskich jest jednak zdecydowanie mniejsza niż w Polsce.

W związku z tym Ministerstwo Zdrowia opracowało rekomendacje dla ginekologów i położników, które na zasadzie ręcznego sterowania mają realizować plan dziesięcioletni. W ciągu 10 lat mamy dojść do poziomu: cc = nie więcej niż 30 proc. wszystkich porodów. Jednym z narzędzi, które ma umożliwić realizację tego planu jest arbitralny przykaz dla szpitali. Sprowadza się do tego, że to lekarz w szpitalu, na gorąco i „autonomicznie” zdecyduje o tym, czy kobieta w kolejnej ciąży po cięciu cesarskim urodzi przez cesarkę, czy nie. Niezależnie, co na ten temat sądzi rodząca. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj: „Ostre cięcie cesarskiego cięcia”.

Poród naturalny czy przez cc?

Cięcie cesarskie na życzenie?

Cięcie cesarskie: drugie dno

Ja jednak chcę sprowadzić dyskusję na temat ilości cięć cesarskich w Polsce na nieco inne tory.  Dlaczego Ministerstwo ani Polskie Towarzystwo Ginekologiczne (PTG) nie analizuje przyczyn rosnącego odsetka cięć? Czyżby nikt nie widział tego, co ja widzę w dokumentacji medycznej analizowanych i prowadzonych spraw o błąd okołoporodowy? Powiedzmy to głośno: kobiety wybierają cięcie cesarskie, bo boją się o siebie i dziecko. Nie ufają szpitalom i przypadkowej obsadzie, na którą trafią, gdy rozpocznie się akcja skurczowa. Nie wierzą, że poród drogami natury będzie prowadzony prawidłowo i że wszystko się dobrze skończy. Że nikt nie przeoczy stanu zagrożenia dziecka i ktoś się wsłucha w skargi rodzącej. Powiąże je z objawami oddzielenia się łożyska. Że stan matki po trudnym porodzie fizjologicznym będzie na tyle skrupulatnie monitorowany, że ewentualny krwotok nie zostanie przeoczony.

Czy te obawy są przesadzone?

Powiedzmy to wszystkim matkom dzieci, które dziś cierpią na MPD i czterokończynowe porażenie, a ciąża przebiegała książkowo. Powiedzmy to mężom i dzieciom matek, które zmarły na skutek krwotoku poporodowego.

Codziennie widzą takie sytuacje. Pierwszy z brzegu przykład z rozprawy sprzed kilku dni, na której zeznawał biegły ginekolog. Źle założono KTG, aparat nie rejestrował skurczów macicy. KTG nie było prowadzone w sposób ciągły, mimo stymulowania akcji skurczowej oxytocyną. Wystąpiło szereg deceleracji głębokich, tętno płodu zwalniało. Zapis KTG momentami nie był diagnostyczny, nie zapisywał się z uwagi na obsunięcie peloty z brzucha matki. Położna nie reagowała, nie wezwała lekarza, aby ocenił KTG i zweryfikował, czy dziecku na pewno nic nie zagraża.

Adnotacje położnej i dwóch lekarzy o tym, czy główka płodu się prawidłowo wstawia do kanału rodnego, są sprzeczne. Podobnie niespójne, ze śladami poprawiania wpisów, są obserwacje stanu rozwarcia. W końcu lekarz (sic!) wpisał w dokumentacji, że „przypadkowo zaobserwował spadki tętna” i podjął natychmiastowe działania. Rzeczywiście, od tego momentu cc przeprowadzono rekordowo szybko, dziecko wydobyto w 10 minut. Tylko co z tego, jeśli w kolejnych pomiarach otrzymało 0 punktów APGAR, bo urodziło się w głębokiej kwasicy metabolicznej? Zostało zreanimowane po blisko 30 minutach. Dziś pięcioletnia dziewczynka jest skrajnie niepełnosprawna. Czy takich porodów naturalnych chcemy?

Poród drogą natury czy poród siłą kobiety?

Jeśli rodzące nie będą miały pewności, że nadzór nad prawidłowym przebiegiem porodu będzie realny, to żadna siła nie zmusi ich do porodów naturalnych.  Bo zawsze będą miały za sobą jakiegoś lekarza, który będzie „firmował” decyzję o cięciu cesarskim. Życie pokazuje, że sami lekarze uważają, że w polskich warunkach, systemu ochrony zdrowia z dykty, cięcie cesarskie w ostatecznym rozrachunku jest bezpieczniejsze dla wszystkich: dla matki, dla dziecka i dla samego lekarza.

Więc powrót do ręcznego sterowania i peerelowskich „planów dziesięcioletnich” bez głębokiej reformy systemu opieki nad rodzącą i zmiany mentalności personelu medycznego, nic nie da.

Oprócz tego, że prowadzę dwa blogi (ten drugi to pomylkalekarza.pl, gdzie piszę o wszystkich, a nie tylko okołoporodowych błędach medycznych), to systematycznie też – jako kancelaria  aktualizujemy naszą www.bf.com.pl. To tam relacjonujemy na bieżąco kończące się procesy i omawiamy wyroki. Kancelaria BFP ma także swój profil na FB i na Instagramie. I to właśnie na fejsbuku, równolegle do komentarzy do postów, trwa często dyskusja na tematy poruszane na blogach. Jak ta na temat odpowiedzialności lekarza za śmierć dziecka przy porodzie. 

Bardzo wszystkim dziękuję za wszystkie komentarze i dzielenie się opiniami. Dzięki waszemu aktywnemu udziałowi wszyscy jesteśmy mądrzejsi i bogatsi nie tylko o swoje doświadczenia. Dlatego przytoczę w tym miejscu wpis Pani Luizy. Szkoda byłoby, żeby umknął wszystkim tym czytelnikom bloga, którzy nie są '”fajsbukowi”. Komentarz, umieszczony na FB, dotyczy postu o odpowiedzialności karnej lekarzy za błedy medyczne: czy zmiany dotyczące art. 155 kk są słuszne? Odnosi się też do często spotykanego argumentu, jakim posługują się lekarze.  Czyżby poszkodowani pacjenci, którzy kierują sprawę do prokuratury, rzeczywiście kierowali się jedynie żądzą zysku?

Oto zdanie Pani Luizy, pod którym podpisuję się obiema rękami

„Myślę, że gdyby tzw. sądy lekarskie wywiązywały się należycie ze swego zadania i po dogłębnej analizie odpowiednio ukarali lekarza, na przykład czasowym zakazem wykonywania zawodu czy zakazem pełnienia funkcji kierowniczych w jednostkach służby zdrowia, itd., wówczas niekoniecznie procesy karne byłyby priorytetem poszkodowanych. Jednak jest to nierealne, gdyż lekarzy osądzają lekarze. Bardzo rzadko sprawy trafiają na wokandę. Jeśli nawet tak się zdarzy to zapadają najniższe z możliwych kary – upomnienia za błędy, które doprowadziły do śmierci człowieka.

Postępowania karne również trwają bardzo długo. Na swoim przykładzie – lekarz usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka przy porodzie po niemal 5 latach… Niedługo minie 6 lat, a przewód sądowy nie ruszył. Niezrozumiałe jest również, że sprawy karne trafiają do sądów rejonowych, najbliższych miejscu zamieszkania. Efekt jest taki, że kolejni sędziowie się wyłączają.  Jeden sędzia jest sąsiadem oskarżonego, drugi kolegą, trzeci pacjentem – mijają kolejne miesiące. Co po 6 czy 7 latach będą mieli do powiedzenia świadkowie? Czy coś więcej niż „Nie pamiętam Wysoki Sądzie”?

FB: Kancelaria Prawna Budzowska Fiutowski i Partnerzy

FB: Kancelaria Prawna Budzowska Fiutowski i Partnerzy

Rzeczywiście, lekarz powiedział jednej z dziennikarek, która przygotowywała reportaż o naszej sprawie, że robimy to dla pieniędzy! Gdzie tu sens, gdzie logika? Czy naprawdę lekarz sądzi, że młoda kobieta zachodzi w ciążę z myślą, że może lekarzowi powinie się noga, dojdzie do śmierci dziecka przy porodzie  i wywalczy odszkodowanie?! Czy naprawdę poszkodowani pragną jedynie zemsty? Trzeba być ignorantem, by wysuwać takie stwierdzenia w obliczu tragedii ludzkiej.

Dlaczego więc zdecydowałam się na skierowanie sprawy do sądu? Naiwnie wierzyłam, że Ci, którzy przyczynili się do śmierci mojego dziecka, zreflektują się. Przemyślą swoje postępowanie i zrobią wszystko, by drugi raz tego błędu nie popełnić. No i najważniejsze – szpital zmuszony jest w takich wypadkach do zmiany wadliwych procedur. To pośrednio może przyczynić się do uniknięcia kolejnych tragedii! I właśnie to jest celem poszkodowanych pacjentów, którzy walczą o sprawiedliwość.”