Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Dokumentacja medyczna z porodu

Jolanta Budzowska06 października 201910 komentarzy

Pewien prawnik, ceniony obrońca lekarzy, zwykł mówić: „dokumentację medyczną piszecie nie dla siebie, nie dla pacjenta.” Dla prokuratora! Dla sądu! – grzmi na wykładach dla medyków. Chodzi oczywiście o to, by tak ją sporządzać, żeby w razie, gdy pacjent zdecyduje się dochodzić swoich praw, dokumentacja medyczna świadczyła na korzyść lekarza. Zdarzają się jednak przypadki, że w procesie pojawia się sfałszowana dokumentacja medyczna.

To, co mówi Pan mecenas, to oczywiście figura retoryczna, coś, co ma sprowokować i przykuć uwagę słuchaczy. Z pewnością też nie zachęca do popełniania przestępstwa. Nie akceptuję jednak takiej ironii czy żartu, jak zwał, tak zwał. Prawidłowo prowadzona dokumentacja może zadecydować przecież o czyimś życiu lub śmierci. Na przykład wtedy, gdy karta ciąży zawiera nieprawdziwe informacje o zaleceniach dla pacjentki, a dochodzi do porodu przedwczesnego.

Sfałszowana dokumentacja medyczna?

Sfałszowana dokumentacja lekarska?

Jak sporządzać dokumentację medyczną zgodnie z prawem?

Zasady sporządzania dokumentacji medycznej wynikają wprost z przepisów prawa. Najważniejsze cechy prawidłowo prowadzonej i udostępnianej pacjentowi dokumentacji medycznej to:

  • ma być czytelna – jeśli sporządzono ją ręcznie i są trudności z odcyfrowaniem pisma lekarskiego, trzeba zwrócić się z wnioskiem o „uczytelnienie” dokumentacji,
  • karty dokumentacji mają być ponumerowane i ułożone chronologicznie. Jeśli na kopii nie ma numerów – proszę domagać się ponumerowania, nie numerować samemu;),
  • w dokumentacji mają się znaleźć nie tylko opisy badań, ale i kopie badań obrazowych na CD, takich jak rezonansu magnetycznego czy tomografii komputerowej.

Na pozostałe kwestie pacjenci zwykle nie mają wpływu.

Jak zmieniać wpisy w dokumentacji medycznej?

Czasem człowiek się pomyli albo o czymś zapomni, a lekarz też człowiek. Wpisy w dokumentacji medycznej powinny być jednak zmieniane w taki sposób, żeby wiadomo było kto, kiedy i jak dokonał poprawek.

Wpisy powinny być dokonywane niezwłocznie po udzieleniu świadczenia. Tymczasem powszechną praktyką na oddziałach jest zbiorczy wpis położnej, obejmujący wszystko, co działo się z rodzącą przez cały dyżur nocny. A kiedy przychodzi do analizy godzina po godzinie przebiegu wydarzeń, to podczas przesłuchania świadka okazuje się, że w tym zbiorczym wpisie pomieszana jest i chronologia, i fakty.

Ratowanie skóry, czyli wpisy po powikłaniu porodowym

Wpisów też dokonuje się często „po fakcie” – na przykład, kiedy wiadomo, że dziecko urodziło się w ciężkiej zamartwicy. Można się jedynie domyślać, że taki wpis położnej „z dołu” będzie szczegółowo dokumentował, jak starannie i nieustannie doglądała rodzącej, i jak książkowy był dobrostan płodu.

W takich sytuacjach dokumentacja rzeczywiście może świadczyć „przeciwko” pacjentowi, a „za” lekarzem, położną czy pielęgniarką.

Co w takiej sytuacji zrobić? Wiadomo, że poszkodowany pacjent jest na słabszej pozycji. W końcu to nie pacjent pisze dokumentację medyczną.  Nie ma też wpływu na jej treść, bo nawet jak zgłasza dolegliwości w obecności świadków, to nie wie, co z tego zostanie odnotowane.

Z życia wzięte

Są jednak tacy, którzy nie odpuszczają. Jak w poniższej historii.

Pani Anna i Pan Tymon* zgłosili sprawę do prokuratury po tym, jak ich dziecko urodziło się martwe. W trakcie analizowania przez biegłych przebiegu ciąży i porodu okazało się, że istotną okolicznością są wpisy w dokumentacji medycznej z okresu ciąży. To, jakie leki zażywała Pani Anna, i jakie otrzymywała zalecenia.

Po nitce do kłębka

Lekarz, który prowadził jej ciążę, sfałszował prowadzoną przez siebie dokumentację. Nie ujął w dokumentacji przepisywanych leków, które mogły mieć niekorzystny wpływ na płód. Dopisał to, co było dla niego wygodne i mogło poprawić jego sytuację prawną. Zdaniem sądu, oskarżony umyślnie dokonał nieprawdziwych wpisów w postaci tzw. dopisków do historii choroby.  Najprawdopodobniej powodem tych działań była informacja pacjentki o śmierci dziecka oraz jej żądanie wydania historii choroby. Czy ta sytuacje nie wydaje się Wam znajoma?

Sfałszowana dokumentacja medyczna?

Tylko dzięki wytrwałości i determinacji Pani Anny i Pana Tymona, lekarz został skazany za poświadczenie nieprawdy w dokumentacji medycznej pacjentki co do okoliczności mających znaczenie prawne, czyli z art. 271 kk.  Ponieważ zmieniał dokumenty swojego autorstwa, to prokuratura nie oskarżyła go ani o podrobienie, ani przerobienie dokumentu.

Oczywiście, nie był to łatwy proces. Konieczne były opinie pismoznawcy, ekspertyzy kryminalistyczne oraz opinia Polskiego Towarzystwa Kryminalistycznego. Zwycięstwo było jednak warte swojej ceny.  Sprawa fałszowania dokumentacji medycznej zakończyła się prawomocnym wyrokiem skazującym lekarza na karę grzywny.

To, że udowodniono, że dokumentacja, która miała być podstawą opiniowania sprawy o błąd przy porodzie, została sfałszowana, ma też oczywiście znaczenie dla wyniku sprawy o narażenie na utratę życia lub zdrowia płodu. Postępowanie przygotowawcze z art. 160 kk nadal jest w toku.

Decyzja Rzecznika Praw Pacjenta

Dobiegło też końca równoległe postępowanie prowadzone przez Rzecznika Praw Pacjenta.

Rzecznik także uznał, że lekarz prowadził dokumentację medyczną sprzecznie z prawem i poświadczył w niej nieprawdę, a  dodatkowo, że:

„dokumentacja była wyjątkowo skromna i prowadzona, delikatnie mówiąc, niechlujnie”.

Test! Konkurs!

I na koniec wisienka na torcie. Krótki test** dla moich czytelników.

Do czego zobowiązał lekarza RPP?

Do:

a) przeczytania decyzji RPP adresowanej do lekarza,

b) stosowania procedur, które spowodują, że będzie leczył pacjentki zgodnie z aktualną wiedzą medyczną,

c) prowadzenia dokumentacji zgodnie z prawem,

d) odbycia szkolenia z tego, jak prowadzić dokumentację zgodnie z prawem.

Odpowiedzi do wyboru:

  1. b,c,d – a) jest zbędne, bo zalecenia są na końcu, to znaczy, że jak lekarz doszedł do końca, to przeczytał decyzję
  2. a,b,c,d – jak wyżej, ale na wszelki wypadek też a) (gdyby lekarz przeczytał tylko początek i koniec z kilkunastostronicowej decyzji),
  3. d) – jak się lekarz nauczy na szkoleniu, jak zgrabnie fałszować dokumentację, żeby miała pozory dokumentacji prowadzonej zgodnie z prawem, a w rzeczywistości była prowadzona „dla prokuratora” albo „dla sądu”, to niepotrzebne mu a-c.

Nagrodą jest darmowa porada przy kawie, w Krakowie lub w Warszawie, udzielona przeze mnie osobiście. Kawę oczywiście stawiam, ale terminy (do wyboru) proponuję też ja:) Odpowiedzi tylko w komentarzach pod postem do dnia 30 października. Wygra trafna i najciekawiej uzasadniona odpowiedź. Rozwiązanie zagadki 31 października br. na blogu. Nie liczą się odpowiedzi osób, które wiedzą coś o sprawie z bezpośrednich źródeł:-)

*imiona rodziców zostały zmienione

**Dla wszystkich o odmiennym od mojego poczuciu humoru zaznaczam, że test ma charakter żartobliwy, ale nagroda jest rzeczywista. I drugie zastrzeżenie: post nie ma na celu wykazania, że decyzja RPP była błędna, bo po pierwsze, RPP działa w granicach prawa i wydał jak najbardziej trafną decyzję.  Po drugie, cel w postaci pomocy pacjentom można też realizować poprzez edukowanie podmiotów leczniczych, co RPP uczynił. 

A tak na marginesie, to podkreślam, że bardzo szanuję działalność RPP i wszystko to, co na przestrzeni lat zrobił dla pacjentów!

Z potrzeby serca

Jolanta Budzowska29 września 20192 komentarze

Dzisiejszy post jest wyjątkowy. Dzień po korzystnym dla nas wyroku napisała do mnie mama sześciomiesięcznej Zosi, której córeczka zmarła przez błąd pielęgniarki. Chwila nieuwagi, błąd w podaniu leku, zaskutkował niewyobrażalną tragedią. Więcej o naszej batalii o sprawiedliwość napisałam tutaj: „Zosia zmarła przez błąd pielęgniarki”.

List Mamy Zosi publikuję na jej prośbę w całości. Napisała: niech cała Polska czyta i uczy się walczyć o swoje prawa. Czas tu nic nie zmienia, poza spokojem ducha, serca chyba nigdy…

List

26 września 2019 w Sądzie Okręgowym w Katowicach zakończył proces z naszego pozwu przeciwko Górnośląskiemu Centrum Zdrowia. Powinniśmy się cieszyć, bo to ten wyczekiwany koniec rozdrapywania rany po śmierci naszej 6 miesięcznej córeczki Zosi. Ale serce blokuje tę radość, bo przecież to nie wróci nam naszej Zosi. Jest natomiast ulga, ten ciężar udowadniania winy szpitalowi w tym momencie zniknął. Nareszcie będziemy mogli przeżyć żałobę, niezakłóconą kolejnymi rozprawami i wracaniem to tego traumatycznego dnia, kiedy na moich oczach pielęgniarka podała błędnie lek, pozbawiając życia mojego dziecka.

Idąc z córką do szpitala miałam nadzieję na staranną diagnozę, liczyłam na najlepszą opiekę, bo to przecież taki znany Szpital, największy na Śląsku, komfortowe warunki – myślałam. Zaufaliśmy temu miejscu. Jednak pobyt na Oddziale Neurologii  to jeden wielki koszmar. Od braku podstawowych zasad higieny, brudnych strzykawek, przeniesienia całkowitej opieki na rodzica, aż do zakażenia szpitalnego, którego konsekwencją było pomylenie drogi podania leku i śmierć naszej córki.

Wyszłam ze szpitala sama. Do końca życia ta pustka nie zostanie niczym wypełniona. To takie uczucie jakbym zostawiła gdzieś dziecko. Bo przecież weszłam do szpitala z dzieckiem. Czasem mam takie wrażenie, że Zosia jest w Krakowie, bo tam ją przewieziono samą, beze mnie, w celu przeprowadzenia sekcji zwłok. Może mój mózg tak ratuje się po tej traumie, żeby nie rozpaść się na kawałki. Dla mnie Zosi nie ma na cmentarzu. Tak mi łatwiej żyć i funkcjonować. Moja terapeutka mówi, że przede mną jeszcze długa droga do przeżycia tej straty , a może nigdy się to nie wydarzy. Bardzo  to bolesne dla mnie, dla taty Zosi, jej rodzeństwa i babci.

Mam nadzieję, że dzisiejszy wyrok nie przejdzie bez echa  dla Szpitala. Może kara spowoduje lepsze zmiany dla małych pacjentów. Szpitale będą miały świadomość, że można udowodnić im winę i wygrać proces sądowy. Wiem, że wielu rodziców boi się rościć swoich praw, a o walce ze Szpitalami to większość nawet nie pomyślała, uważając że to walka z wiatrakami, na pewno przegrana. Lekarze, pielęgniarki czują się bezkarni, lekceważąc swoją pracę. Ja osobiście straciłam zaufanie do Służby Zdrowia i jest to postawa nieodwracalna.

Na szczęcie w naszym przypadku pojawiło się małe światełko w tunelu tej czarnej rozpaczy. Szukając pomocy prawnej znalazłam w internecie Panią mecenas Jolantę Budzowską. Przeczytałam, że walczy ze Szpitalami i udowadnia im błędy medyczne. Z uwagi na to, że walczyła już z Górnośląskim Centrum Zdrowia i wygrała proces, pojawiła się w moim sercu nadzieja. Poczułam, że tylko Pani Jolanta Budzowska może poprowadzić nasz proces, który zamierzaliśmy wytoczyć Szpitalowi. Nie pomyliłam się. Cudowna, ciepła kobieta, niezwykle wrażliwa, empatyczna, a przy tym skuteczna.  Dała nam ogromne wsparcie i poczucie bezpieczeństwa.

W sprawę zaangażowały się media. Mówi się, że media to trzecia władza. Też tak już uważam. Inaczej nikt nie dowiedziałby się o wszystkich nieprawidłowościach w Służbie Zdrowia. Dzięki mediom miałam świadomość, że nasza sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan.

Nie musieliśmy się o nic martwić przez cały proces. To nieoceniona pomoc dla rodziców przy tak wielkiej stracie. Każda rozprawa z udziałem Pani Jolanty Budzowskiej to pomimo tragedii w sercu spokój ducha. Kiedyś Martyna Wojciechowska powiedziała, że

,,Wielkość człowieka polega na tym że mówi mniej niż wie, a o rzeczach skomplikowanych opowiada prostym językiem’’

–  to jest kwintesencja  sposobu bycia Pani  Mecenas. W czasie przeżywania  tragedii, rozpaczy i  żalu do całego świata to bezcenna postawa.

Wiem, że ludzi przerażają długoletnie procesy ze szpitalami i odpuszczają wiele spraw, które ewidentnie można by wygrać i poczuć sprawiedliwość. Tyle się teraz słyszy o coraz to nowych uchybieniach i wypadkach w Służbie Zdrowia. Na szczęście  jest w Polsce taka Pani mecenas Jolanta Budzowska nazywana – Postrachem Szpitali. Mnie osobiście to też przekonało do wyboru pomocy w osobie prawnika. Wygrała dla nas proces. Jesteśmy ogromnie wdzięczni i zostanie już Pani w naszych sercach na zawsze. Sprawiedliwości stała się zadość.

 mama Zosi

Dziękuję. JB

Błąd pielęgniarki

Pomyłkowe podanie leku

Czy w procesie o błąd podczas porodu szpital może się bronić brakami sprzętu lub lekarzy?

Oczywiście, że może. Szpitale, broniąc się przed odpowiedzialnością za błąd okołoporodowy, uciekają się do najróżniejszych argumentów.

Moim „ulubionym” argumentem (bo tak absurdalnym że trudno w ogóle uwierzyć, że można na coś takiego wpaść) jest ten, że podczas operacji cesarskiego cięcia „z pewnością nie pozostawiono w brzuchu pacjentki chusty, bo pielęgniarka instrumentariuszka i lekarka przeliczyły zużyte podczas operacji materiały i wszystko się zgadzało”. W skrócie: nie, bo nie. Albo: nie, bo my twierdzimy, że nie. Dodam, że pacjentka nie miała nigdy wcześniej żadnej operacji brzusznej! A do wykrycia chusty doszło wkrótce po porodzie drogą cięcia cesarskiego…

Ale do rzeczy. Jak pokazuje powyższy przykład, argumentów na obronę szpitala, od którego pacjent dochodzi odszkodowania za błąd okołoporodowy, jest nieskończenie wiele. Dwa z nich rzeczywiście zaczynają wysuwać się na plan pierwszy.

Czy brak lekarzy odpowiada za wzrost liczby błędów?

Co, kiedy żaden lekarz ginekolog położnik nie chce zatrudnić się w danym szpitalu? Czy okresowe braki kadrowe są problemem rodzącej? W pewnym sensie tak. Niestety rośnie wówczas prawdopodobieństwo, że rodząca nie otrzyma na czas fachowej pomocy przy porodzie.

Wzrasta też ryzyko, że pacjentka trafi w ręce świeżo upieczonych: pani lub pana doktora. Zwykle jest to rezydent, dobrze, jeśli nie tuż po rozpoczęciu specjalizacji… Czy jest możliwe, że źle ocenią ryzyko kontynuowania porodu drogami natury? Jak najbardziej. Aczkolwiek trzeba przyznać, że gdyby nie oczywisty brak doświadczenia rezydentów, to można by na nich w pełni liczyć. Często ich wiedza i zaangażowanie przewyższają kwalifikacje lekarzy „zmęczonych życiem”.

Z punktu widzenia odpowiedzialności za błąd porodowy w szpitalu, kłopoty dyrekcji z pozyskaniem fachowego personelu nie mają jednak dla pacjentów znaczenia. Skoro szpital podjął się udzielania świadczeń, przyjmuje kobiety do porodu, to odpowiada za błąd i kropka. Na przykład za to, że cięcie cesarskie zostało wykonane za późno, bo zespół operacyjny zbierał się zbyt długo. Może anestezjolog musiał dojechać z domu?

Brak sprzętu przyczyną błędu okołoporodowego?

Podobna sytuacja ma miejsce z odpowiedzialnością szpitala za brak odpowiedniego wyposażenia i sprawne działającej aparatury medycznej. Taki na przykład ultrasonograf z funkcją Doppler (USG Doppler). Szpital, który oferuje świadczenia z zakresu położnictwa i ginekologii musi spełnić określone warunki. Bez tego nie dostanie kontraktu z NFZ. Szpitale o wyższym poziomie referencyjnym mają mieć np. odpowiednią ilość aparatów KTG czy aparat USG określonej jakości. Aparat USG z opcją kolorowego Dopplera i obecny w szpitalu lekarz, który ma umiejętność wykonywania zaawansowanych badań USG, to już dziś standard. Niezbędny, by zapewnić bezpieczny poród. Dlaczego?

Bo kiedy pojawiają się nieprawidłowości w badaniu KTG, to należy przeprowadzić kontrolę dobrostanu płodu. Jedną z możliwych metod jest wykonanie badania dopplerowskiego USG albo testu biofizycznego płodu – testu Manninga. W badaniu USG nieprawidłowości przepływu krwi w tętnicy pępowinowej i w tętnicy środkowej mózgu płodu – centralizacja krążenia – wskazują na deficyt tlenowy. Deficyt tlenowy jest jednoznaczny z brakiem dobrostanu wewnątrzmacicznego płodu. Trzeba działać natychmiast. Każda stracona minuta to prosta droga do poważnego niedotlenienia okołoporodowego i MPD.

 

Błąd okołoporodowy

Błąd okołoporodowy

Błąd lekarski czy błąd organizacyjny?

Niewykonanie badań dodatkowo weryfikujących budzące niepokój zapisy KTG to ewidentny błąd okołoporodowy. Czasem jednak lekarz nie miał możliwości wykonania takich badań, bo szpital nie dysponował sprawnym KTG albo fachowcem, który potrafił wykonać i zinterpretować badanie USG Doppler. Nie możemy wówczas mówić, że to był błąd lekarski. Za organizację szpitala odpowiada jego dyrekcja.

W takich przypadkach to, że w procesie o błąd medyczny pozywa się szpital lub jego ubezpieczyciela, a nie konkretne osoby z personelu, ma sens.

Chusta operacyjna po cięciu

Jolanta Budzowska18 sierpnia 2019Komentarze (0)

Zajmuję się właśnie sprawą pacjentki, której podczas cięcia cesarskiego pozostawiono w jamie brzusznej chustę operacyjną. Początkowo, kiedy po porodzie stan położnicy był niepokojąco zły, pojawiła się diagnoza bliżej nieokreślonego krwiaka lub guza. U chorej rozwinął się jednak rozległy stan zapalny. Pacjentka cierpiała niewyobrażalny ból, podawano jej przez długi okres antybiotyki. Oczywiście, nie było mowy o normalnej opiece nad wytęsknionym dzieckiem i o karmieniu piersią. W USG wyszło, że przyczyną dolegliwości jest chusta operacyjna, z czasem już w licznych zrostach w jamie brzusznej. Przeprowadzono w trybie pilnym laparotomię. Po operacji naprawczej na brzuchu została ogromna blizna. Na psychice pacjentki nie mniejsza, mimo że od tamtych wydarzeń upłynęło już sporo czasu.

Dlaczego o tym piszę? Ciało obce po operacji brzusznej nie należy do sytuacji science fiction. Według amerykańskich badań do pozostawienia ciała obcego w ciele pacjenta najczęściej dochodzi podczas zabiegów chirurgii ogólnej, ginekologii i położnictwa oraz w ortopedii. Chustę operacyjną, która nie powinna się tam znaleźć, odnajduje się w jamie brzusznej pacjenta średnio z częstotliwością raz na rok w średniej wielkości szpitalu. Czyli – wydawałoby się – rzadko. Można powiedzieć nawet, że zaskakująco rzadko, kiedy się weźmie pod uwagę, że często czytamy czy słyszymy o takich przypadkach.

Ryzyko chusty operacyjnej, czyli jak w Ameryce?

Jak zwykle jest jednak kilka „ale”. Ryzyko, a zatem i częstotliwość faktycznych zdarzeń wzrasta, gdy:

  • zabieg jest ze wskazań nagłych,
  • następują nieplanowane zmiany w zakresie operacji lub
  • waga pacjenta jest wyższa niż przeciętna.

Amerykańskie źródła milczą jednak na temat jeszcze jednego czynnika ryzyka, który wydaje się być nad wyraz aktualny w sytuacji braków kadrowych w polskich szpitalach.

Skład zespołu operacyjnego a sprawa polska

Według mnie ryzyko pozostawienia chusty operacyjnej w jamie brzusznej pacjentki podczas cięcia cesarskiego lub innego zabiegu brzusznego radykalnie wzrasta także wtedy, gdy skład zespołu operacyjnego jest nieprawidłowy.

Tak też zresztą było w opisanym na wstępie przypadku cięcia cesarskiego. Zabieg wykonywał jeden lekarz operator. Zamiast lekarza – „pierwszej asysty”, asystowała mu pielęgniarka instrumentariuszka. Z kolei rolę pielęgniarki instrumentariuszki pełniła salowa. Nie wiadomo tylko, kto w zastępstwie salowej dbał o czystość sali operacyjnej…

Salowa lekiem na całe zło

Faktem jest, że nie ma przepisów prawa, które określałyby skład zespołu operacyjnego. Jest jednak fachowa literatura. Od pielęgniarek pracujących na bloku operacyjnym wymaga się wiedzy w zakresie pielęgniarstwa operacyjnego. Do każdego zabiegu operacyjnego powinny przystąpić dwie pielęgniarki operacyjne, każda ze ściśle określonymi zadaniami: pielęgniarka tzw. „czysta” i krążąca, tzw. „brudna”. Nie jest dopuszczalne zastępowanie pielęgniarki osobą nie posiadającą kwalifikacji.

#ToNieZMojejKaretki

Opisana na wstępie sytuacja nie jest oczywiście jedynym znanym przypadkiem „łatania dziur” kadrowych w szpitalach z oddziałami ginekologiczno-położniczymi i noworodkowymi. Kto jest na FB może śledzić dramatyczne doniesienia spływające z całej Polski do ratowników medycznych To Nie z Mojej Karetki, Ratownicy piszą o tym, jak funkcjonują niektóre oddziały w polskich szpitalach. Gdy w na oddziale patologii noworodka w szpitalu klinicznym jedna położna ma pod opieką 4-6 wcześniaków na respiratorach. Gdy w innym szpitalu salowe na bloku operacyjnym szykują igły do operacji czy zabiegów i „robią” jako brudna pielęgniarka.

Ja sama mogłabym dostarczyć wielu kolejnych przykładów, płynących choćby z nadsyłanych do mnie listów i maili. Chętnie też zapoznam się z Waszymi relacjami w komentarzach.

Rosyjska ruletka

Czy ktoś ma wątpliwości, że w takich warunkach ryzyko powikłań, choćby tak pozornie „wyjątkowych” jak pozostawienie chusty operacyjnej w brzuchu pacjenta, radykalnie wzrasta? Ja nie mam. Dyrektorzy szpitali grają z nami, pacjentami, w rosyjską ruletką.

Fachowo taką sytuację zalicza się do błędów organizacyjnych lub technicznych w ramach pojemnego worka „błąd medyczny”. Odszkodowanie zapłaci szpital, chyba że mu się poszczęści i polisa ubezpieczeniowa wystarczy na pokrycie kosztów takiego hazardowego podejścia do naszego zdrowia.

Ps. 1.

Odezwą się na pewno pielęgniarki i salowe, może też lekarze rezydenci, wysyłani przez przełożonych na straceńcze misje samodzielnych dyżurów czy pełnienia roli, do której nie mają kwalifikacji: co robić? Odmawiać. A jeśli sytuacja jest podbramkowa, to przynajmniej opisywać w dokumentacji medycznej, że dane osoba podejmuje się konkretnej czynności „na wyraźne polecenie oddziałowej/ordynatora/dyrektora” lub że ma to miejsce „w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia pacjenta”. Pamiętajcie, że lekarz, który podejmuje się leczenia pacjenta, w sytuacji, gdy nie jest specjalistą z danej dziedziny, gdy dojdzie do błędu medycznego, będzie oceniany tak, jakby tym specjalistą był.

Ps. 2.

O ciałach obcych pozostawionych w pacjencie pisałam już wielokrotnie. Zainteresowanych konkretnymi sprawami, tym, jakie wyroki zapadają i czy trudno jest udowodnić odpowiedzialność szpitali za pozostawioną chustę operacyjną, zapraszam na mój drugi blog pomylkalekarza.pl:

Zwykle piszę – co jest prawdą – że lekarze, szpitale i w ogóle podmioty lecznicze bronią się w sprawach o błędy medyczne „do ostatniej kropli krwi”. Zaprzeczają oczywistym faktom,  kwestionują nawet najlepiej uzasadnione opinie biegłych,  zaskarżają każde niekorzystne dla nich rozstrzygnięcie. To okoliczność, która pogłębia poczucie krzywdy u pacjentów. Nie dość, że padli ofiarą błędu medycznego, to jeszcze w poszukiwaniu sprawiedliwości są w nieskończoność konfrontowani z bolesnymi wydarzeniami.  

Jednak tym razem było inaczej.  W tym przypadku postawa lekarza wzbudziła mój szacunek.

Mediacje karne w Gdańsku

Mediacje karne w Gdańsku

Prokurator stawia zarzuty lekarzowi

Historia wyglądała tak, że postępowanie przygotowawcze (karne) doszło do etapu, kiedy opinie biegłych potwierdziły zarzuty rodziców. Dziecko zmarło podczas porodu, w łonie matki, ponieważ przeoczono objawy zagrażającej zamartwicy. Czy tylko lekarz był winny, czy też może położna powinna była go wcześniej zaalarmować? A może  lekarz, pełniący pojedynczy dyżur, miał inne pilne obowiązki? Czy były współprzyczyny złego stanu zdrowia dziecka? Te rozważania zostawmy na boku. Faktem jest, że prokurator postawił lekarzowi zarzut narażenia dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia (art. 160 kk).

Mediacje w postępowaniu karnym

Położnik nie kwestionował swojej winy. Zadeklarował dobrowolne poddanie się karze. Ponieważ  pokrzywdzeni muszą się zgodzić na takie rozwiązanie, prokurator skierował sprawę do mediacji, abyśmy mogli ustalić warunki porozumienia. Muszę przyznać, że dla mnie była to pierwsza mediacja w postępowaniu karnym.  Jak się okazało, dla pozostałych uczestników (mediatora, obrońcy lekarza, prokuratora) – też. Częściej zdarzają się mediacje w postępowaniu cywilnym, choć i tu wola ugody to raczej wyjątek niż reguła.

Po negocjacjach ustaliśmy, że pokrzywdzeni otrzymają zadośćuczynienie z tytułu śmierci osoby bliskiej, odszkodowanie za znaczne pogorszenie sytuacji życiowej, zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta i zwrot poniesionych kosztów. Razem blisko 350 tys. zł. Lekarz i szpital byli oczywiście ubezpieczeni.

Warunkowe umorzenie postępowania karnego przeciwko lekarzowi

Zgodziliśmy się na warunkowe umorzenie postępowania przeciwko lekarzowi. Nie, nie tylko z tego powodu, że zostanie wypłacone odszkodowanie. Przede wszystkim dlatego, że lekarz z własnej inicjatywy wpisał do treści projektowanej ugody następujące słowa:

„Lekarz XX wyraża szczere ubolewanie z powodu śmierci dziecka yy i zz. Oświadcza, że bardzo przeżył i do dzisiejszego dnia przeżywa to tragiczne wydarzenie, zwłaszcza że było jedynym takim w całym jego życiu zawodowym. XX serdecznie przeprasza yy i zz za niepodjęcie ciągłej, osobistej kontroli zapisu KTG w ciągu całego okresu trwania rozpoczętej w dniu 00.00.000 r. próby oksytocynowej, co przełożyło się na opóźnioną decyzję o podjęciu cięcia cesarskiego. Lekarz przyznaje, że stanowiło to błąd, którego powinien był uniknąć.”