Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Cięcie cesarskie na życzenie?

Jolanta Budzowska18 lutego 20242 komentarze

W wielu procesach reprezentuję dzieci, które są ciężko poszkodowane na zdrowiu dlatego, że w trakcie porodu nie wykonano na czas cięcia cesarskiego. Z drugiej strony, prowadzę też postępowania w imieniu matek, które doznały uszczerbku na zdrowiu w wyniku wykonanego cięcia cesarskiego.

Według ekspertów odsetek cięć cesarskich nie powinien przekraczać 20% wszystkich porodów. W Polsce jest to blisko 48%.

Wskazania do cięcia cesarskiego

W opinii położników, na wysoką liczbę cięć w Polsce wpływ mają:

  • Ograniczony dostęp do znieczulenia okołoporodowego. Kobiety boją się bólu, co jest oczywiste i uzasadnione.
  • Brak wiedzy przyszłych rodziców, że cięcie cesarskie nie jest idealnym, pozbawionym wad rozwiązaniem.
  • „Naciągane” wskazania pozapołożnicze, wśród których są wskazania ortopedyczne, laryngologiczne czy kardiologiczne do cięcia cesarskiego. Ostateczną decyzję podejmuje lekarz położnik i jeśli nie uwzględni takiego wskazania, a dojdzie do powikłań, to na nim będzie ciążyć odpowiedzialność. Popularnym wskazaniem jest nieprzepracowana tokofobia – lęk przed ciążą i porodem drogami natury, lęk przed skurczami macicy.
  • Przekonanie wśród lekarzy, że „nikt nikogo nie oskarżył za wykonane cięcie, a wielu za niewykonane lub wykonane za późno”.
  • Podejście lekarza: poród drogami natury trwa i trzeba go odpowiednio nadzorować, cięcie można zaplanować w dogodnym dla lekarza (i pacjentki) terminie.
  • Fakt, że w Polsce wykonuje się wiele niepotrzebnych, wykonywanych na zasadzie rutyny, nacięć krocza.

Cięcie cesarskie na życzenie?

Ja dodam do tego jeszcze jedną, według mnie najważniejszą przyczynę zbyt wielu cięć cesarskich. Jednym z istotnych czynników, który powoduje, że kobiety chcą mieć tak zwane cięcie cesarskie na życzenie, jest obawa przed jakością prowadzenia porodu naturalnego. Lęk przed tym, że nie będzie w porę wychwycone zagrożenie dla dziecka i nie będzie w porę właściwej reakcji.

Niedotlenienie podczas porodu 

Takich sytuacji jest niestety nadal zbyt dużo. W jednym z procesów prowadzonych przez kancelarię BFP zapadł niedawno wyrok karny. Sąd skazał lekarkę odpowiedzialną za prowadzenie porodu, w trakcie którego zmarło dziecko, na karę 1 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Skazana ma też zapłacić grzywnę i nawiązkę na rzecz poszkodowanych rodziców. Straciła prawo wykonywania zawodu na 2 lata.

Niedotlenienie dziecka przez błędy lekarza

Biegli stwierdzili, że do śmierci dziecka doszło w wyniku szeregu nieprawidłowości popełnionych przez lekarkę, która nie nadzorowała dobrostanu dziecka w sposób należyty. Po pierwsze, nie zapoznała się z pierwszym zapisem KTG pacjentki. Zapis ten nie był prawidłowy. Był wskazaniem do co najmniej wdrożenia stałego monitorowania tętna płodu za pomocą aparatu KTG. W razie jakichkolwiek dalszych nieprawidłowości trzeba było natychmiast zabiegowo zakończyć ciążę.

Na dalszym etapie porodu oskarżona niewłaściwie zareagowała na zanik tętna dziecka i odpłynięcie zielonych wód płodowych. Tętno co prawda odnaleziono, jednak nie dało się go monitorować za pomocą KTG. Oskarżona zdecydowała, aby mimo to poród prowadzić dalej naturalnie, przez dalszą godzinę. Tymczasem, w obliczu objawów zagrożenia płodu oraz braku możliwości należytego monitorowania tętna płodu, ciążę należało pilnie zakończyć za pomocą cięcia cesarskiego. Niestety, dziecko urodziło się martwe.

Czyn oskarżonej Sąd ostatecznie zakwalifikował jako przestępstwo z art. 160 § 1 i 2 k.k., tj. umyślne narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez sprawcę, na którym ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną.

O tym, że niełatwo jest udowodnić w procesie, czy to cywilnym czy karnym, opóźnienie w decyzji o cięciu cesarskim, możesz przeczytać też w poście „Niedotlenienie podczas porodu – jak to widzą biegli”.

Cięcie cesarskie na życzenie – zagrożenia dla matki

Jak wspomniałam, trafiają też do mnie kobiety poszkodowane na skutek powikłań po cięciu cesarskim. Większość takich sytuacji nie uprawnia jednak do odszkodowania za błąd medyczny. Dlaczego? Bo cięcie cesarskie to poważna operacja. Należy się więc liczyć z tym, że jak z każdym zabiegiem – wiąże się z nią ryzyko powikłań niezawinionych przez personel medyczny i takich zdarzeń medycznych, za które niezwykle trudno jest udowodnić komukolwiek odpowiedzialność.

Należą do nich m.in.:

  • powikłania śródoperacyjne – uszkodzenie narządów jamy brzusznej, m.in. dróg moczowych czy jelit, krwotok;
  • zakażenia rany;
  • powikłania odległe przy kolejnych ciążach, np. ryzyko ciąży w bliźnie czy zrosty.
Poród naturalny czy przez cc?

Cięcie cesarskie na życzenie?

Cięcie cesarskie na życzenie – zagrożenie dla dziecka

Generalnie, cięcie cesarskie nie jest korzystne dla noworodka. Poród drogami natury jest pożądanym okresem adaptacji dziecka z życia macicznego, środowiska wodnego – do życia pozamacicznego. Przy cięciu cesarskim nie ma etapu, kiedy w trakcie porodu ściany kanały rodnego uciskają płuca dziecka, a płyn owodniowy jest samoistnie ewakuowany. Powoduje to większą liczbę powikłań oddechowych u noworodków.

Po przejściu przez drogi rodne noworodek kolonizuje się też florą bakteryjną matki, co kształtuje jego układ immunologiczny na przyszłość i zapobiega wielu chorobom. Tego „cesarka” nie zapewni.

Jak uniknąć powikłań okołoporodowych?

Podsumowując: nie dziwię się tym rodzącym, które nawet mając świadomość ryzyka dla siebie i dla dziecka, związanego z cięciem cesarskim, boją się  tego, że w sytuacji komplikacji w trakcie porodu drogami natury dojdzie do niedotlenienia dziecka, a skutkom nie uda się zapobiec.

Nie dziwię się też tym położnikom, którzy chcieliby przekonać kobiety do rodzenia drogami natury.

Jedno jest pewne: nie zmniejszymy odgórnymi nakazami czy zakazami odsetka cięć cesarskich. Zaufanie kobiet do położników buduje się na fundamencie kompetencji i zaangażowania. I zrozumieniu, że kobieta ryzykuje tym, co ma najcenniejsze: zdrowiem i życiem swojego dziecka, więc nie jest łatwo pozyskać jej zaufanie.

 

 

Odszkodowanie za błąd pielęgniarki

Jolanta Budzowska29 stycznia 2024Komentarze (0)

Nie wiadomo dlaczego pacjentka zgłosiła się do tzw. kliniki medycyny naturalnej, a nie po prostu do lekarza. Nie wiadomo, co kierowało zatrudnioną tam pielęgniarką, że podała kobiecie wodę utlenioną w stężeniu, które okazało się śmiertelne. W szpitalu, do którego trafiła pacjentka, nie udało się uratować jej życia. Osierociła 8-miesięczne bliźnięta. Mimo skazującego wyroku karnego i wygranego procesu cywilnego są obawy, że odszkodowanie za błąd pielęgniarki nie będzie zapłacone.

Pielęgniarkę skazano prawomocnie na karę 1,5 roku więzienia. Odbyła ją w systemie dozoru elektronicznego w domu. To surowa kara. Dla porównania: pielęgniarce, która popełniła błąd lekowy i którą sąd uznał za odpowiedzialną  za śmierć sześciomiesięcznej Zosi, wymierzono karę 2 lat pozbawienia wolności. Przy czym w tym przypadku sąd warunkowo zawiesił wykonanie orzeczonej kary pozbawienia wolności na okres 5 lat próby. Więcej o tej sprawie możesz przeczytać tutaj: „Wyrok karny – pielęgniarka skazana”.

Klinika czy „klinika”?

Wracając do sprawy podania pacjentce wody utlenionej. Po pierwsze: pacjentka nie trafiła do „kliniki”, ale do jakiegoś podmiotu, który ze stosowaniem medycyny opartej na dowodach naukowych, miał niewiele wspólnego. To ważne z kilku przyczyn.

  • Po pierwsze: nazwa wprowadza w błąd pacjentów, którzy myślą, że oddają się w ręce osób, które leczą.
  • Po drugie: jeśli dla takich podmiotów pracują lekarze i pielęgniarki, to tym bardziej wprowadza to w błąd pacjentów i wzmacnia ich zaufanie do proponowanych terapii.
  • Po trzecie: w przypadku powikłań, pogorszenia stanu zdrowia – pacjenci mają znacznie słabszą ochronę prawną.

Ubezpieczenie OC od błędów medycznych

Podstawowym problemem jest brak obowiązkowego ubezpieczenia OC takich podmiotów. O tym, jak działa ubezpieczenie podmiotów leczniczych i dlaczego jest takie ważne, także dla pacjenta, przeczytasz tutaj: „Postępowanie likwidacyjne w sprawie o błąd medyczny – najczęściej zadawane pytania”.

A skoro nie ma ubezpieczyciela, to odszkodowanie za błąd pielęgniarki może poszkodowanym płacić albo sama „klinika”, albo pielęgniarka. No tak, ale „klinika” w obliczu wieloletniej renty dla bliźniąt (sąd zasądził po 1 tys. zł. miesięcznie dla każdego z dzieci) i wysokiego zadośćuczynienia i odszkodowania, zapewne szybko ogłosi upadłość.

Można poszukiwać możliwości uzyskania rekompensaty od członków zarządu. To jednak praca dla prawnika na kolejne lata, a szanse na sukces mocno wątpliwe. Pielęgniarka jest na emeryturze, nie ma majątku. Jak donoszą media, z trudem płaciła na rzecz dzieci zmarłej zasądzoną od niej rentę.

Wysokie zadośćuczynienie dla męża i dzieci

Sąd okręgowy przyznał tytułem zadośćuczynienia na rzecz męża zmarłej w kwocie 400 tys. zł. W odniesieniu do dzieci zmarłej pacjentki zasądził na rzecz każdego z nich – po 600 tys. zł.

To wysokie kwoty i cieszę się, że – choć zapadły w stosunki do kliniki w wyroku zaocznym – są powszechnie oceniane jako „odpowiednie”. Przez ostatnie lata kwoty zadośćuczynienia rosły jedynie nieznacznie. I to mimo inflacji i utraty wartości pieniądza! Oznaczało to faktyczną deprecjację tak fundamentalnych wartości, jak życie i zdrowie.

Szkoda tylko, że to wysokie odszkodowanie za błąd pielęgniarki pozostanie prawdopodobnie jedynie na papierze.

Odszkodowanie za błąd pielęgniarki

Odszkodowanie za błąd pielęgniarki

Odszkodowanie za błąd pielęgniarki – z uzasadnienia wyroku

I jeszcze ku przestrodze zacytuję fragmenty uzasadnienia ustnego wyroku (za: Pap)

„Spółka zajmowała się proponowaniem tzw. leczenia naturalnego, alternatywnego, preparatami, które nie są zbadane naukowo, nie są dopuszczone jako środki, które są podawane według jakichś procedur medycznych. One oczywiście w odpowiednim stężeniu nie są szkodliwe i podawanie ich wówczas nie jest nielegalne, natomiast procedura przygotowywania tych roztworów, które następnie podawano dożylnie pacjentom, sama w sobie nie była bezpieczna” – mówiła sędzia.

Sędzia przypomniała, że pacjentce podano roztwór perhydrolu, czyli tzw. wodę utlenioną w stężeniu wielokrotnie przekraczającym zaleconą dawkę. Ta zalecona dawka byłaby dawką bezpieczną, choć – jak wskazała sędzia – „terapeutyczne działanie tego roztworu nie jest w żaden sposób naukowo potwierdzone.”

Dodała, że pielęgniarka, przygotowując ten roztwór „nie stosowała się do instrukcji, która obowiązywała w tej spółce, tylko przez nieuwagę, na skutek zaniedbania przygotowała roztwór, który okazał się dawką śmiertelną”.

Mimo, że słowo „solidarność” budzi w pierwszym odruchu pozytywne skojarzenia, to niestety mamy też czasem do czynienia z innym znaczeniem tego pojęcia. Chodzi mianowicie o źle pojętą solidarność zawodową lekarzy. Doświadczyłam tego osobiście jako poszkodowana pacjentka. Straciłam dziecko w wyniku błędu medycznego. Błąd medyczny przyczynił się do narażenia na bezpośrednie zagrożenie utraty zdrowia i życia wyczekiwanej córeczki. Moja córka zmarło w czterdziestym tygodniu ciąży, dokładnie w przewidywanym dniu porodu.

Autorką postu jest moja klientka, która latami, niestrudzenie walczyła o udowodnienie winy za wewnątrzmaciczną śmierć jej córeczki przed Sądem Lekarskim, w procesie karnym i w postępowaniu cywilnym, częściowo z pomocą kancelarii BFP. We wszystkich tych postępowaniach wykazała, że doszło do błędu medycznego.

Przeczucie matki – kontrola w szpitalu

Wszystkie nasze rodzinne plany i marzenia zostały zniweczone 2 listopada 2013 roku. W tym dniu  pojawiłam się w szpitalu w celu wykonania kontrolnego badania KTG. Podczas tego badania kilkakrotnie informowałam położną, że nie czuję ruchów dziecka tak jak zwykle. Moje obawy zostały zbagatelizowane. Dowiedziałam się, że osłabienie ruchów tuż przed porodem jest normalne i nie powinnam się tym zamartwiać. Zostałam również poinstruowana, jak obserwować spodziewane skurcze porodowe.

W celu oceny wydruku badania KTG zostaliśmy z mężem skierowani do lekarza dyżurującego. Tego dnia dyżur pełnił sam ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego. Niestety, zostałam przez niego odprawiona w tempie ekspresowym – na korytarzu. Lekarz przybił pieczątki w karcie ciąży i na wyniku badania, i pospiesznie dopisał, że zapis jest „reaktywny”. Następnie oddalił się do dyżurki lekarskiej, nakazując mi oddać wydruk dyżurującej położnej.

Akcja serca dziecka

Szczęśliwi, że serce Kalinki bije prawidłowo, a nasze obawy o jej zdrowie i życie okazały się bezpodstawne, wróciliśmy do domu. Uspokojeni, czekaliśmy z mężem na rozpoczęcie akcji porodowej.

Następnego dnia, 3 listopada, odeszły mi wody, więc udaliśmy się do szpitala. Nie mogliśmy się doczekać momentu, kiedy za kilka, kilkanaście godzin będziemy trzymać w ramionach naszą córeczkę.

Przy rutynowym badaniu KTG po przyjęciu na oddział położna nie mogła znaleźć tętna. Zawołała lekarza, który wykonał badanie USG. Długo wpatrywał się w monitor… Zapytałam więc czy wszystko jest w porządku, na co lekarz odparł:

– Brak akcji serca.

2 listopada

Kolejne godziny pamiętam jak we mgle, bo runął cały nasz świat. Na domiar złego musiałam przygotować się do porodu siłami natury martwej córeczki. Jednak pamiętam pewien moment, gdy lekarz, po tym, jak przekazał nam tragiczną wiadomość, poszedł obejrzeć zapis KTG. Ten wykonany dzień wcześniej przez jego kolegę – ordynatora oddziału. Pamiętam, że gdy wrócił i położył moją kartę ciąży na blat, powiedział cicho, ale dosadnie i ze złością „drugi listopada”, porównując datę badania z przewidywaną datą porodu.

Ocena badania KTG - solidarność zawodowa lekarzy

Ocena badania KTG – solidarność zawodowa

Nie mieliśmy na to wpływu…

Gdy minął pierwszy szok, zrodziło się mnóstwo pytań, na które chcieliśmy poznać odpowiedzi. Zastanawialiśmy się, co pokazał wynik badania? Czy na pewno był prawidłowy? Dlaczego zgłaszany brak ruchów Kalinki został zbagatelizowany? Dlaczego nie wykonano żadnych dodatkowych badań, by sprawdzić dobrostan naszej córki? Kiedy dokładnie serce Kalinki przestało bić? Czy można było zrobić cokolwiek, by Kalinka urodziła się żywa? Odpowiedź lekarza, który wykonał badanie 2 listopada 2013 roku, brzmiała:

– Czasem się tak zdarza, nie mieliśmy na to wpływu.

i nie była w żadnym razie satysfakcjonująca. Wręcz przeciwnie.

Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa

Kiedy zaczęliśmy łączyć wszystkie wydarzenia ostatnich dni, pojawiały się kolejne wątpliwości. Dlatego też złożyliśmy zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa do prokuratury z prośbą o natychmiastowe zabezpieczenie dokumentacji medycznej, a w szczególności zapisu badania KTG.

Skierowaliśmy też skargę do Pani Prezes szpitala oraz do Okręgowej Izby Lekarskiej. W toku postępowań udowodniliśmy, że 2 listopada 2013 roku lekarz popełnił błąd diagnostyczny. Zapis KTG nie był reaktywny, a wątpliwy. Obligowało to lekarza do natychmiastowego przeprowadzenia dodatkowych badań w celu wykluczenia niedotlenienia, a w razie pogłębiania się nieprawidłowości, zakończenia ciąży drogą cesarskiego cięcia.

Jednocześnie prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko lekarzowi. Lekarz ostatecznie został skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz karę grzywny. Nasze podejrzenia o możliwym błędzie lekarskim okazały się więc w pełni słuszne.

Obrona lekarza

Oskarżony lekarz, podczas procesu karnego przyjął linię obrony wskazującą na to, że sprzęt, na którym pracował, czyli aparat KTG-  do zapisów kardiotokograficznych był… zepsuty i zakłamywał wyniki! Tak! Sprzęt, na którym określano dobrostan mających się narodzić dzieci, jego zdaniem, zakłamywał wyniki, wskazując zawężoną oscylację.

Mimo, że minęło tyle czasu, nadal nie potrafię zrozumieć, jak ordynator oddziału mógł pozwalać na wykonywanie badań na sprzęcie, który rzekomo fałszował wyniki badań, i to w sytuacji, kiedy do dyspozycji lekarzy były dwa inne, nowsze aparaty?

Solidarność zawodowa lekarzy

Aby być bardziej wiarygodnym, oskarżony poprosił lekarzy, pracujących w szpitalu  o podpisanie oświadczenia, że sprzęt, na którym pracowali, fałszował wyniki badań KTG.

Co zrobili lekarze?

Podpisali te oświadczenia, najprawdopodobniej nieświadomi tego, że zostaną wezwani do sądu w celu złożenia wyjaśnień. Obiecałam sobie, że jeśli potwierdzą to podczas rozprawy, złożę kolejne zawiadomienie do prokuratury. Według mnie byłoby to świadome narażanie na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia mających się narodzić dzieci oraz ich matek.

Trudno zrozumieć, czym kierowali się lekarze, jak i sam oskarżony, przygotowując i podpisując takie oświadczenia. Źle pojęta solidarność zawodowa, spowodowała, że zrobili coś, co kompletnie pozbawione było logiki, pogrążając jednocześnie oskarżonego, jak również siebie samych.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Ostatecznie linia obrony lekarza legła w gruzach.

Jednak smutne było to, że lekarz prowadzący przez 9 miesięcy moją ciążę, pobierający opłatę za każdą minutę spędzoną przeze mnie w jego gabinecie, ostatecznie przyznał, że nie przeczytał dokładnie oświadczenia, które podłożył mu kolega, a które na jego prośbę podpisał.  Przecież sprawa dotyczyła śmierci dziecka jego pacjentki!

Kolejny z lekarzy podczas przesłuchania „doznał amnezji” i nie pamiętał, kto dał mu do podpisania oświadczenie (na dwa tygodnie przed rozprawą). Sam oskarżony był zdziwiony i z uśmiechem zapytał: „Naprawdę nie pamiętasz?” Całe te przesłuchanie przypominało tragikomedię…

Solidarność zawodowa lekarzy – opinie biegłych

Drugim przykładem źle pojętej solidarności zawodowej było wydanie opinii w postępowaniu dyscyplinarnym przez konkretną biegłą, wskazaną przez obwinionego lekarza.

W opinii tej pani profesor – świadomie bądź nie – pominęła najbardziej istotną kwestię – nieprawidłowości w zapisie KTG.

Refleksje po zakończonych postępowaniach

Według mnie, źle pojęta solidarność zawodowa lekarzy prowadzi do niekorzystnych konsekwencji zarówno dla pacjentów, jak i dla samych medyków.

Jednym ze skutków jest uniknięcie odpowiedzialności przez lekarzy, bo tylko niewielka część pacjentów decyduje się na wniesienie pozwu do sądu, bojąc się tego, że nie udowodnią błędu. Możnaby pomyśleć, że to dobrze dla lekarzy.

Niestety jednak,  w efekcie, poszkodowani pacjenci nie otrzymują odpowiedniego wsparcia i rekompensaty, które są im należne choćby od ubezpieczycieli lekarzy. To prowadzi z kolei do pogłębienia braku zaufania pacjentów do tej grupy zawodowej.

Prawdziwa solidarność zawodowa lekarzy nie powinna polegać na zatajaniu popełnianych błędów.

Kontaktując się z rodzinami, które straciły dzieci w podobnych okolicznościach, dowiadywałam się, że w zapisach KTG pojawiały się niemal identyczne nieprawidłowości. Być może raportując błędy i dokonując ich analizy, udałoby się uczulić lekarzy na takie sytuacje i zapobiec powtarzalnym zdarzeniom niepożądanym? Może, gdyby ktoś zweryfikował to, czy aparat KTG był sprawny, czy nie – w prosty sposób udałoby się zapobiec tragicznym skutkom nieprawidłowej oceny wyników badań na tym aparacie?

Marzy mi się system, który promuje uczciwość, odpowiedzialność i bezpieczeństwo pacjenta.

***

Ten tekst powstał jako refleksja po zakończonych już postepowaniach. Na blogu opublikowany jest także inny artykuł tej samej pacjentki: „Pacjentka widmo”.

Tradycyjnie już, kiedy rok zbliża się ku końcowi, a wszyscy żyjemy nadchodzącymi Świętami, miałam zamiar podsumować zakończone procesy o błąd porodowy. I kiedy tak przeglądałam wyroki zapadłe w 2023 r. w sprawach prowadzonych przez kancelarię BFP, to doszłam do smutnego wniosku, że najwięcej w tym okresie mieliśmy do czynienia z tak poważnymi błędami porodowymi, że doprowadziły one do śmierci matki lub dziecka, a czasem obojga.

Sprawy o błąd porodowy – ważne rozstrzygnięcia 

Jedna z takich spraw po latach została zakończona ugodą w procesie cywilnym. Mimo warunkowej zgody ciężarnej na poród drogami natury (stan po cięciu cesarskim), lekarz nie prowadził odpowiedniego nadzoru nad porodem. Z kolei położna najpierw zbagatelizowała niepokojące wyniki badania KTG , a następnie w ogóle odłączyła aparat KTG.  Z sobie tylko znanych powodów uznała, że wystarczy okresowo mierzyć tętno dziecka.

Dziecko urodziło się martwe, a u jego matki w krótkim czasie po porodzie doszło do krwotoku. Po serii błędnych i opóźnionych decyzji lekarzy nie udało się uratować także jej życia.

Zawarta ugoda sądowa zabezpieczy na tyle, na ile jest to możliwe, przyszłość córki zmarłej kobiety. Zadośćuczynienie otrzymał także jej mąż i siostra. Ugody nie dożył tato zmarłej.  Łącznie uzyskaliśmy dla poszkodowanych ponad 900 tys. zł. Proces karny trwa.

Druga sprawa, o której ponownie chciałam wspomnieć, to opisywany przeze mnie niedawno, a zakończony w pierwszej instancji proces związany ze śmiercią pacjentki po cięciu cesarskim. Udowodniliśmy nierzetelność dokumentacji medycznej, co jest niezwykle trudne (przeczytaj też: „Jak udowodnić błąd w trakcie porodu?”), a co było kluczem do wygranej. Gdyby nie podważenie treści wpisów położnych, nie udałoby się udowodnić odpowiedzialności szpitala za niezdiagnozowany krwotok pooperacyjny i śmierć pacjentki.

Postępowanie przygotowawcze w tej sprawie zostało umorzone. Prokuratura nie dopatrzyła się winy personelu medycznego. W procesie cywilnym poszkodowanym: mężowi, 3 dzieci i mamie pacjentki (ojciec nie dożył wyroku) sąd przyznał łącznie ponad 2 mln. zł. Wyrok nie jest prawomocny.

Z bardziej optymistycznych spraw związanych z tematem „błąd porodowy”?

Mam osobistą satysfakcję płynącą z tego, że na skutek zauważonych przez naszą kancelarię błędów związanych z profilaktyką immunizacji w sytuacji konfliktu serologicznego, ubezpieczyciele lekarzy i szpitali przeprowadzą odpowiednie szkolenia. Może ukręcą praktyki, jak te opisane przeze mnie w poście: „Orzecznik – biegły w głoszeniu nieprawdy”. W efekcie, jak się spodziewam, będzie coraz mniej lekarzy głoszących herezje i niestosujących się do zaleceń aktualnej wiedzy medycznej. A w konsekwencji: pacjentki będą bezpieczniejsze. 

Co mnie niepokoi?

Momentami ostentacyjne wręcz lekceważenie przez ubezpieczycieli decyzji Rzecznika Praw Pacjenta. Coraz częściej zdarza się, że RPP – stwierdzając naruszenie prawa  pacjenta do leczenia zgodnie z aktualną wiedzą medyczną – swoje, a ubezpieczyciel swoje. RPP najczęściej bazuje na opinii  powołanych przez siebie konsultantów. I najczęściej są to specjaliści, którzy nie wypadli sroce spod ogona: mają tytuły naukowe i sprawują np. funkcję Konsultanta Wojewódzkiego lub Krajowego w danej dziedzinie.

Ubezpieczyciele z kolei zasięgają opinii swoich orzeczników. Ale nawet, gdy te opinie stwierdzają błąd, decyzja bywa odmowna. Wg mnie jedynym rozwiązaniem jest rodzaj sankcji dla zakładów ubezpieczeń. W przypadku zanegowania odpowiedzialności w toku postępowania likwidacyjnego, i późniejszego wygrania procesu przez pacjenta, ubezpieczyciel powinien płacić bardzo wysokie odsetki karne. O podobnym rozwiązaniu, funkcjonującym w Hiszpanii, napiszę wkrótce.

Miało być optymistycznie, a wyszło – jak to bywa, gdy chodzi o błąd porodowy – jak zwykle.

Podsumowanie roku - 2023 r. Błąd porodowy

Oby wszystkie ciąże i porody miały szczęśliwe zakończenie – czego na nowy 2024 rok życzę wszystkim, także lekarzom, położnym i prawnikom!

W sprawie pani Izabeli z Pszczyny skierowano akt oskarżenia przeciwko trzem lekarzom.

Akt oskarżenia to kamień milowy w sprawie śmierci pani Izabeli, ale też w kwestii walki o prawa kobiet i likwidację zakazu aborcji.

Postępowanie przygotowawcze, zwieńczone wniesieniem do sądu aktu oskarżenia przeciwko trzem lekarzom, potwierdziło zarzuty formułowane przez rodzinę pani Izabeli.

Jestem ciekawa linii obrony oskarżonych lekarzy, bo twierdzenie, że ich działania były zgodne z aktualną wiedzą medyczną, jest według mnie niczym innym jak zaklinaniem rzeczywistości.

Kwestia tego, jakie były przesłanki podejmowanych przez nich decyzji, w szczególności czy było to przekonanie o niedopuszczalności aborcji w tej konkretnej sytuacji może, ale nie musi, być przedmiotem postępowania dowodowego w sądzie. To zależy od oskarżonych.

Niezależnie od ich strategii procesowej jest bezdyskusyjne, że obowiązujące przepisy antyaborcyjne w praktyce są pułapką prawną dla lekarzy i jednocześnie śmiertelnym – w dosłownym tego słowa znaczeniu – niebezpieczeństwem dla kobiet.

Jolanta Budzowska, radca prawny, pełnomocnik Grzegorza Sajbora i mamy Pani Izabeli