Jakiś czas temu napisałam, że szpitale i biegli lubują się w myleniu tropów i szukaniu przyczyn uszkodzenia mózgu u noworodka wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba.

Szczególnie wątpliwe etycznie jest zrzucanie winy na matkę:-(

Więcej na ten temat można przeczytać w poście: “To wina matki…”.

Warto zatem uporządkować sobie fakty:

  • dowodem na to, czy u dziecka doszło do ciężkiego niedotlenienia wewnątrzmacicznego są m.in. badania równowagi kwasowo-zasadowej oraz ocena stanu dziecka po urodzeniu wg skali APGAR;

 

  • niedotlenienie wewnątrzmaciczne jest ciężkim schorzeniem, w którym dochodzić może do uszkodzeń wielonarządowych, dotyczących głównie mózgu, serca, nerek, płuc i jeli;

 

  • wczesne następstwa niedotlenienia to przejściowe ostre zaburzenia neurologiczne, czyli encefalopatia niedotlenieniowo-niedokrwienna. ENN jest stanem klinicznym występującym u noworodka bezpośrednio po porodzie i charakteryzującym się trudnościami z podjęciem i utrzymaniem własnego oddechu oraz obecnością od pierwszej doby życia zespołu neurologicznego pod postacią zaburzeń świadomości, obniżenia napięcia mięśniowego i (często, ale nie zawsze) drgawek;

 

  • za wystąpienie mózgowego porażenia dziecięcego (MPD) u noworodka donoszonego odpowiedzialne jest głównie niedotlenienie wewnątrzmaciczne i poporodowe;

 

  • każdy inny czynnik, jak na przykład uogólnione zakażenie, może mieć dodatkowy, negatywny wpływ na rozwój mózgu dziecka.

Jeśli więc dziecko cierpi na MPD, warto zadać sobie pytanie, czy poród prowadzony był prawidłowo i czy nie można było uniknąć niedotlenienia.

Gdy miał miejsce błąd lekarski przy porodzie, dziecku przysługuje odszkodowanie, zadośćuczynienie i renta. Jest więc o co walczyć!

Do analizy niezbędna jest pełna dokumentacja medyczna z przebiegu ciąży, porodu i z początkowego okresu leczenia noworodka. Zapraszam do kontaktu!

Tel.: +48 (12) 428 00 70

e-mail: krakow@bf.com.pl

www.bf.com.pl

12 h w 6 lat?

Jolanta Budzowska        27 lipca 2018        Komentarze (1)

W sprawie dotyczącej śmierć dziecka w łonie matki, wydano już 3 opinie. A właściwie, łącznie z postępowaniem karnym, 9 opinii. Wypowiadały się dwa ośrodki akademickie i jeden doświadczony indywidualny biegły.

Dziecko zmarło, bo doszło do odklejenia się łożyska. Personel medyczny nie rozpoznał stanu zagrożenia, panika wybuchła dopiero wtedy, gdy położna nie wysłuchała tętna dziecka.

Co w tej sprawie jest nietypowe?

To, co powiedziała mi dziś po rozprawie matka dziecka, moja Klientka:

„Pani Mecenas. Ale to jest właściwie prosta sprawa, dlaczego to tak długo trwa?”

Dobre pytanie. Trafna uwaga Klientki. Ma rację. Oceniając na chłodno sytuację, można powiedzieć tak: jak na sprawy o błąd okołoporodowy, to w tej sprawie mamy rzeczywiście do czynienia z nieskomplikowanym i łatwym do oceny przebiegiem leczenia i porodu. Zakończonym tragicznie.

Ciężarna zgłosiła się do szpitala z pilnym skierowaniem od lekarza prowadzącego ciążę z rozpoznaniem: stan przedrzucawkowy. Wystąpiło nagłe, znaczne nadciśnienie ciążowe. Ciężarna miała obrzęki. Wyniki badań zleconych po przyjęciu były alarmujące: stwierdzono białkomocz. Mimo to, wyniki rutynowych badań KTG i USG wydawały się być ok, nie wskazywały bezpośredniego zagrożenia płodu.

Mijały godziny. Nie wdrożono żadnej diagnostyki, ani leczenia. Nie wykonano kontrolnego KTG ani USG Doppler. Po południu do objawów prezentowanych przez ciężarną dołączyły skąpomocz, utrzymujący się i narastający ból brzucha oraz nudności i wymioty. Po kolejnym, tym razem już gwałtownym, ataku bólu w godzinach wieczornych, matkę dziecka zbadała jedynie położna, nie stwierdzając rozwarcia.

Godzinę później nie wysłuchano tętna dziecka. Drogą cięcia cesarskie – wykonanego już wówczas w trybie pilnym – urodziła się martwa dziewczynka. Stwierdzono, że przyczyną śmierci dziecka w łonie matki było odklejenie się łożyska.

Sprawę możnaby właściwie ocenić w kilku zdaniach: u ciężarnej należało w szpitalu rozpoznać stan przedrzucawkowy. Ponieważ ciąża była donoszona (39 tydzień), nie było racjonalnego powodu, żeby czekać na rozpoczęcie akcji porodowej. Zresztą, poród drogami natury był przeciwskazany w tej sytuacji klinicznej.

Przyjęcie postawy wyczekującej i zwlekanie z decyzją o cięciu cesarskim nie dawało żadnych korzyści matce ani dziecku. Wręcz przeciwnie: zwiększało się ryzyko powikłań. Przede wszystkim narastało ryzyko przedwczesnego oddzielenia się łożyska.

Nie zareagowano na czas, już po raz drugi, także wtedy, kiedy ten czarny scenariusz się ziścił. Lekarz nie przeprowadził żadnych badań, nie zweryfikował stanu płodu, kiedy ciężarna i położna po raz kolejny zgłosiły mu ból, tym razem o niespodziewanej sile. W tym czasie dziecko już umierało.

Biegły napisał:

„W miarę upływu czasu oddzielona powierzchnia łożyska zwiększa się wraz z narastaniem krwiaka pozałożyskowego, co drastycznie pogarsza warunki życiowe płodu. Czyli im dłużej trwa, tym większa powierzchnia łożyska ulega oddzieleniu, tym gorzej dla płodu. Czas od oddzielenia się łożyska ma kluczowe znaczenie dla szczęśliwego lub dramatycznego zakończenia”.

Trudno o bardziej klarowne wytłumaczenie tego, co się wydarzyło w ciągu 12 h od zgłoszenia się matki do szpitala do momentu martwego urodzenia jej córeczki. A jednak życie (sądowe) pokazuje, że nawet najbardziej rzetelne opinie biegłych można kwestionować niemal w nieskończoność. Cierpienia rodziców nie mają kresu. Oczekiwanie na sprawiedliwość przedłuża się, w głównej mierze na skutek niezwykłej aktywności pozwanego szpitala, który nie ustaje w składaniu wciąż nowych zastrzeżeń i niezmiennie – wbrew dowodom – utrzymuje, że leczył wręcz modelowo.

Na szczęście dziś położyliśmy temu kres. Sąd oddalił wniosek pozwanego szpitala o dopuszczenie dowodu z opinii kolejnego biegłego z zakresu ginekologii i położnictwa.  Proces zmierza do końca.

Jest szansa na to, że w 6 lat znajdziemy odpowiedź na pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za to, że 12 h specjalistycznej opieki położniczej w referencyjnym szpitalu okazało się zbyt krótkim czasem na to, by zapobiec śmierci dziecka.

Wyrok karny: bliżej czy dalej do odszkodowania za błąd podczas porodu?

Jolanta Budzowska        08 lipca 2018        Komentarze (0)

Sąd Rejonowy uznał lekarza za winnego zarzucanego mu czynu, a to dlatego, że:

będąc w X lekarzem ginekologiem-położnikiem, na którym ciążył obowiązek opieki nad pacjentką Y, w dniu Z, mimo istniejących u niej wskazań do rozwiązania ciąży poprzez cięcie cesarskie, zbyt późno wykonał u pacjentki to cięcie, czym spowodował u płodu niedotlenienie śródporodowe skutkujące mózgowym porażeniem dziecięcym.

Lekarz ginekolog-położnik został skazany za popełnienie przestępstwa z art. 160 § 2 k.k. w zw. z art. 156 § 2 k.k. w zw. z art. 11 § 2 k.k. (zostawiam numery artykułów Kodeksu Karnego, bo są ważne w kontekście tego, o czym jest ten wpis).

U dziecka rozpoznano nie tylko mózgowe porażenie dziecięce o postaci czterokończynowej, ale także padaczkę. Dziewczynka jest całkowicie niesamodzielna – nie chodzi, nie siedzi samodzielnie, nie mówi, wymaga całodobowej opieki osób trzecich i pomocy w najprostszych czynnościach życia codziennego, jest żywiona przez gastrostomię, musi być regularnie rehabilitowana. Stałą, 24-godzinną opiekę nad dziewczynką sprawują jej rodzice.

Czy taki wyrok karny, jak opisany na początku, może ułatwić uzyskanie przez dziecko i jej najbliższych odszkodowania za błąd lekarski?  Czy też może rodzinę czeka kolejny wieloletni proces, zanim otrzymają zadośćuczynienie i rentę dla dziecka? Czy całe postępowanie dowodowe: przesłuchania świadków, opinie biegłych, z których wynika, że doszło do błędu medycznego przy porodzie, trzeba będzie powtórzyć, tym razem przed sądem cywilnym?

Na wszystkie te pytania można wstępnie odpowiedzieć krótko: na szczęście, będzie już znacznie łatwiej. Wyrok karny to w tym przypadku połowa sukcesu.

Zgodnie z art. 11 k.p.c., czyli Kodeksu Postępowania Cywilnego, ustalenia wydanego w postępowaniu karnym prawomocnego wyroku skazującego co do popełnienia przestępstwa wiążą sąd w postępowaniu cywilnym. Trzeba jednak pamiętać, że zakres związania sądu cywilnego prawomocnymi wyrokami skazującymi dotyczy jedynie ustaleń co do okoliczności popełnienia przestępstwa zawartych w sentencji wyroku.  

Mówiąc prościej: to, co sąd karny opisał w sentencji (uwaga! nie w uzasadnieniu) wyroku, jest wiążące dla sądu cywilnego. Tego już nie trzeba będzie już udowadniać. Sąd cywilny nie będzie mógł już mieć innego zdania.

A zatem, w omawianym przypadku sąd cywilny będzie musiał przyjąć za pewnik, że doszło do przestępstwa i że wina skazanego lekarza nie budzi wątpliwości.

Co więcej, ponieważ lekarz popełnił na szkodę dziecka przestępstwo z art. 156 § 2 k.k., a przestępstwo to ma tzw. charakter materialnydo którego tzw. znamion należy skutek w postaci ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, za udowodniony sąd cywilny uzna też związek przyczynowo – skutkowy między błędami lekarskimi popełnionymi przy porodzie, a tym, że dziecko cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. (O tym, kiedy wyrok karny ma inną słabszą “siłę” oddziaływania na sprawę cywilną, napisałam w poście “Czy czekać na zakończenie sprawy karnej przeciwko lekarzowi?”)

Do udowodnienia w procesie cywilnym w omawianym przypadku pozostaną więc:

  • rozmiar krzywdy wszystkich poszkodowanych (dziecka, rodziców i rodzeństwa), co będzie miało wpływ na wysokość zadośćuczynienia dla każdego z nich,
  • poniesione dotąd wydatki i potrzeba ich poniesienia w związku ze stanem zdrowia dziecka,
  • zwiększone potrzeby bieżące w zakresie opieki, rehabilitacji, leczenia itp.,
  • potrzeby w zakresie dostosowania i wyposażenia mieszkania (sprzęt rehabilitacyjny i ułatwiający opiekę, jak podnośnik, stół do masażu itp.).

Choć brzmi to dość groźnie, to po wyroku karnym praca z prawnikiem nad wyliczeniem i udowodnieniem szkody to już ostatnia prosta. A jednocześnie bardzo ważny etap. Warto się zmobilizować.

Kiedy wspólnie pokonamy te trudności, poszkodowane dziecko i jego rodzina będzie zabezpieczona finansowo na resztę życia.

Autorka tekstu, zamieszonego poniżej, jest moją klientką. Istnieje naprawdę, przeżyła chyba największą tragedię, jaka może spotkać matkę: śmierć dziecka tuż przed porodem. Dla personelu medycznego była “pacjentką widmo”. Dowiedziałyśmy się o tym podczas jednej z rozpraw, gdy w zdumieniu obie wysłuchałyśmy zeznań położnej. Czy gdyby miała inny status, gdyby przylepiono jej inną “łatkę”, jej dziecko dziś żyłoby?

Proces cywilny jest w toku, więc uznałam, że lepiej, żeby “pacjentka widmo” póki co została anonimowa, przynajmniej do końca wszystkich postępowania.

Na kanwie lektury jej wstrząsającej opowieści pomyślałam, że powinniśmy się częściej dzielić swoimi doświadczeniami. Może w ten sposób łatwiej będzie walczyć o prawa poszkodowanych pacjentów? Może uchroni to innych przed błędami lekarskimi i błędami położnych podczas prowadzenia porodu?

Zachęcam Państwa do opisywania swoich historii, chętnie udostępnię łamy swoich blogów dla celu publikacji Państwa relacji. Nie milczmy!

*              *              *

PACJENTKA WIDMO

Nigdy nie przypuszczałam, że w swoim życiu będę miała do czynienia z prokuraturą i sądami wszelkiej maści, a tym bardziej, że będę na sali sądowej spotykać się z lekarzami. Jednak życie pisze różne scenariusze. Szczęśliwa młoda kobieta, która przez dziewięć miesięcy nosi pod sercem swoje pierwsze, jakże upragnione dzieciątko, nawet nie przypuszcza, że cokolwiek może pójść nie tak. Niestety, okazuje się, że w wyniku błędnych procedur, błędnej diagnozy, bagatelizowaniu zagrożenia przez personel medyczny, czasem zwykłego „tumiwisizmu”, zupełnie zdrowe dziecko przychodzi na świat martwe. W obliczu tak olbrzymiej tragedii, która sieje  psychiczne spustoszenie, kiedy nie widzi się sensu dalszej egzystencji, gdy w życiu na dobre rozgaszcza się depresja, trzeba wykrzesać resztki sił, by dowiedzieć się dlaczego ukochane dziecko leży dwa metry pod ziemią, zamiast poznawać świat.

Następuje kolejne bolesne zderzenie z rzeczywistością. Pomimo zgłoszenia sprawy w różnych instytucjach do tego powołanych, to osoba pokrzywdzona musi trzymać pieczę nad wszystkim. Pomimo zaangażowania policji, prokuratury, okazuje się, że najważniejszych wyników badań w zabezpieczonej dokumentacji medycznej brak i dopiero dzięki osobistej interwencji dokumenty zostają zabezpieczone, że wykonana sekcja zwłok nie wskazuje nawet w przybliżeniu na czas zgonu i trzeba wykonać kolejną.

Mówiąc wprost, gdyby nie osobiste zaangażowanie w sprawę, najprawdopodobniej główne dowody zaginęłyby w tajemniczych okolicznościach (dziwnym trafem, w wielu sprawach dotyczących błędów okołoporodowych, giną zapisy KTG). Nie ma co ukrywać, wtedy wszelkie postępowania zostałyby umorzone, gdyż nikt nie byłby w stanie komukolwiek udowodnić winy. Dlatego tak ważne jest, by w przypadku podejrzenia popełnienia błędu medycznego, przypomnieć sobie dokładnie, jakie badania wówczas mieliśmy wykonywane i osobiście wszystkiego dopilnować. Gdy już pierwsze czynności zostaną wykonane, nasze skargi okażą się zasadne, dokumentacja zostaje przekazana biegłym – lekarzom, którzy wydają opinię w przedmiotowej sprawie.

Biegli – temat rzeka. Pierwsza opinia miała być gotowa w ciągu… roku. Tyle w teorii. W praktyce trwało to ponad dwa lata (gdyby nie zaangażowanie mediów, trwałoby to jeszcze dłużej). Biegli opóźnienia w wydaniu opinii tłumaczyli remontem. Nasuwa się zatem pytanie, czy wówczas byli zwolnieni z wykonywania czynności służbowych, czy może razem z robotnikami szpachlowali ściany… Tego się już nie dowiem. Ponad dwa lata czekaliśmy na opinię biegłych, gdzie wnioski to zaledwie 1,5 strony A4. Opinia oczywiście lakoniczna, a jej uzupełnienie trwało kolejny rok, przy czym niezbędne okazało się kolejne uzupełnienie, na które również czekaliśmy wiele miesięcy i wreszcie po niemal czterech latach uzyskaliśmy odpowiedzi na najważniejsze pytania. Dla równowagi, drugi ZMS wydał opinię w niespełna trzy miesiące, szczegółowo poddając analizie wszystkie ważne aspekty. Tutaj, same wnioski w tej samej sprawie to niemal 15 stron A4.

Początkowo twierdziłam, że postępowanie karne i dyscyplinarne w zupełności wystarczą. Nie chciałam walczyć o odszkodowanie za błąd przy porodzie, za śmierć mojej córki. Jednak zdając sobie powoli sprawę, że lekarze w naszym kraju, pomimo udowodnionych błędów pozostają praktycznie bezkarni, zmieniłam zdanie. Niestety, pieniądze to chyba jedyny straszak, który zmusza też władze szpitali i personel medyczny do zmiany procedur. A właśnie o to, my – poszkodowani, walczymy. Jest to nadrzędy nasz cel, by uświadomić tym, którzy zawinili, gdzie popełniono błąd i wyegzekwować zmiany, które w przyszłości zwiększą bezpieczeństwo pacjentów. Wiedziałam jedno – śmierć mojego dziecka nie może pójść na marne.

Jeśli już decydujemy się na proces cywilny, sprawą kluczową staje się wybór pełnomocnika. Powinniśmy darzyć go ogromnym zaufaniem. Bardzo ważna jest fachowość prawnika. Dlatego warto wybrać kancelarię, która specjalizuje się właśnie w sprawach dotyczących błędów medycznych. Na pewno lepszym fachowcem będzie osoba z wąską specjalizacją. Pamiętam pierwszą rozmowę z Panią Mecenas, rozmawiałyśmy również o zapisie KTG i zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy rozmawiam z prawnikiem, czy może z lekarzem. Wtedy wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę. Niesamowite jest to, że pomimo natłoku obowiązków, wielu klientów, odpowiedzi na zadane pytania otrzymuję zawsze w ekspresowym tempie. O ile człowiek czuje się bezpieczniej i pewniej w tej trudnej walce, gdy ma tak ogromne, fachowe wsparcie. Tym bardziej, gdy pełnomocnik nazywany jest „postrachem polskich szpitali”. 😉

Całkiem niedawno odbyła się pierwsza rozprawa w postępowaniu cywilnym. Przesłuchiwani byli świadkowie zdarzenia, m. in. lekarz, który popełnił błąd przy ocenie zapisu KTG oraz położna, która zapewniała mnie, że słabnące ruchy tuż przed porodem to normalna rzecz i nie ma powodu do zmartwień.

Wtedy dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawej rzeczy, o której do tej pory nie miałam pojęcia. Okazało się, że byłam „pacjentką widmo”. Bardzo ciekawe określenie – nieprawdaż? Położna dość dokładnie wytłumaczyła, które pacjentki określano w ten sposób. Pozwolę sobie przytoczyć fragment wypowiedzi świadka:

„Nie odnotowywałam nigdzie tej swojej rozmowy z powódką, danych z wywiadu, bo to było na takiej zasadzie jakby nieoficjalnej, że te pacjentki przychodziły z karteczką od lekarza z gabinetów prywatnych i się tego nigdzie nie odnotowywało, co też zgłaszałyśmy naszej oddziałowej, bo kolidowało to z naszymi innymi obowiązkami. Nie miałyśmy obowiązku odnotowywać takich wizyt pacjentek w dokumentacji szpitalnej, nazywałyśmy je pacjentkami widmo, bo nie wiedziałyśmy na jakiej zasadzie przychodzą, czy pani prezes dogadała się z lekarzami, itp…”.

No cóż, myślę, że personel medyczny i władze szpitala jednak na długo zapamiętają “pacjentkę widmo”. Tak naprawdę można było uniknąć tych wszystkich procesów. Wystarczyłoby zwykłe spotkanie władz szpitala z personelem i nami – poszkodowanymi. Niestety, nie ma co liczyć na słowo: „przepraszam”. Lepiej jest iść w zaparte i tuszować błędy lekarzy, pomimo ewidentnych zaniedbań.

Jaką radę mogę dać innym poszkodowanym w wyniku błędów medycznych?

Przede wszystkim nie należy się poddawać i uzbroić w cierpliwość. Trzeba przygotować się na to, że proces będzie trwał kilka lat (bywa, że i kilkanaście). Sama miałam chęć w pewnych momentach zrezygnować z walki o sprawiedliwość. Myślę, że najgorsza jest bierność. Jeśli wiemy, że doszło do błędu medycznego, jego zgłoszenie powinniśmy potraktować jak nasz obywatelski obowiązek, choć wiem, że to nie jest łatwa decyzja. Pamiętajmy, że dzięki naszym staraniom mogą zmienić się procedury w szpitalu, może zostać zakupiony nowy, lepszy sprzęt, może zmienić się nastawienie personelu medycznego. To wszystko może pomóc w uniknięciu kolejnych tragedii.

Kto wie, może gdyby ktoś, kto przed nami przeżył podobną tragedię w wyniku zaniedbań szpitala, zgłosił sprawę do odpowiednich instytucji, dziś prowadzałabym swoją córkę do przedszkola zamiast zapalać znicze i przynosić kwiaty na grób?

To zależy. Jak szpitale będą postępować jak w tej sprawie, to może tak być. Zacznijmy od tego, że podczas porodu, jaki miał miejsce w 2008 roku, popełniono ewidentne błędy.

Poszkodowany noworodek, dziś 10-letnia dziewczynka, jest niepełnosprawna w stopniu najwyższym, jaki tylko można sobie wyobrazić. Jest całkowicie zależna od rodziców, a z matką łączy ją silna więź, wręcz symbiotyczną.  Jej mama nie może się od niej oddalić nawet na dłuższą chwilę.

Zadośćuczynienie za błąd przy porodzie

Sąd Najwyższy stwierdził w wydanym dzisiaj wyroku, że kwoty zadośćuczynienia:

– 1.200.000 zł. dla ciężko poszkodowanego przez błąd okołoporodowy dziecka – za krzywdę związaną ze szkodą na zdrowiu,

– 300.000 zł. dla jego matki i 200.000 zł. dla jego ojca – za krzywdę wyrządzoną naruszeniem ich dóbr osobistych w postaci więzi rodzinnej

– nie są wygórowane w stanie faktycznym, o jakim przyszło orzekać sądowi.

9 lat procesu

Systematycznie relacjonowałam na blogu przebieg postępowania w tej sprawie.

Nie wszyscy pamiętają, że proces w tej sprawie zaczął się w 2009 roku, kiedy poszkodowana przy porodzie dziewczynka miała rok. Po wielu latach procesu dobrnęliśmy do etapu Sądu Apelacyjnego. Kiedy szpital złożył skargę kasacyjną od korzystnego dla moich Klientów wyroku tego Sądu, w toku jej rozpatrywania, Sąd Najwyższy postanowił zapytać poszerzony skład SN o to, czy w ogóle osoby najbliższe poszkodowanemu mają prawo do zadośćuczynienia, czy też może nie zasługują na rekompensatę swojej krzywdy.

Sąd Najwyższy w marcu tego roku, w składzie siedmiu sędziów, wydał przełomową uchwałę. Definitywnie przesądził w niej, że najbliżsi osoby, która doznała ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu, mogą mieć prawo do zadośćuczynienia na swoją rzecz.

Sprawa wróciła więc do SN w „zwykłym” składzie trojga sędziów zawodowych, aby SN orzekł ostatecznie, jakie kwoty są „odpowiednim” odszkodowaniem za błąd medyczny, do jakiego doszło w rozpatrywanej sprawie.

I to właśnie dzisiaj Sąd Najwyższy rozstrzygnął ostatecznie tę kwestię, oddalając skargę kasacyjną szpitala i utrzymując w mocy korzystny dla nas wyrok Sądu Apelacyjnego, który przyznał poszkodowanym kwoty zadośćuczynienia wymienione na początku tego wpisu.

Dlaczego nie jest to „zwykły” wyrok?

Po pierwsze, bo jest to wyrok Sądu Najwyższego, a już samo ta okoliczność plasuje takie rozstrzygnięcie wysoko i każe traktować poglądy wyrażone w takim rozstrzygnięciu jako pewien kierunek, którym powinny podążać inne sądy, szczególnie niższych instancji, orzekając w podobnych sprawach.

Po drugie, sam Sąd, uzasadniając dziś ustnie wyrok podkreślił, że ma świadomość, iż jest to pierwsze stanowisko SN na temat wysokości zadośćuczynienia należnego osobom najbliższym poszkodowanego, jakie SN zajmuje po uchwale składu siedmiu sędziów.

Przyjęte przez Sąd Najwyższy kwoty powinny więc wyznaczać poziom zadośćuczynień zasądzanych w podobnych sprawach. Warto zatem się przyjrzeć, jak uzasadnił Sąd Najwyższy swoje rozstrzygnięcie w tym aspekcie.

1.200.000 zł. zadośćuczynienia za błąd medyczny

Kwota 1.200.000 zł. zadośćuczynienia dla dziecka nie powinna, zdaniem SN, wzbudzać wątpliwości. Z pewnością nie jest rażąco wygórowana, co próbował udowodnić szpital. Dziecko doświadcza bezmiaru krzywd, zostało pozbawione wszystkich przejawów ludzkiej egzystencji, zniszczono jego życie od początku do końca. Zadośćuczynienie jest przyznawane jednorazowo, ale trzeba je postrzegać perspektywicznie, musi obejmować ryzyka niekorzystnych zdarzeń, do jakich może dojść w przyszłości, na przykład związanych ze śmiercią rodziców, którzy dzisiaj sprawują opiekę nad poszkodowaną córką.

Błąd okołoporodowy, zadośćuczynienie dla rodziców

Krzywda rodziców w takim przypadku także jest bezdyskusyjna. Więź, jaka mogła łączyć matkę i ojca z dzieckiem, nie istnieje. Owszem, łączy ich silna więź rodzinna, ale o zupełnie innym charakterze. Sąd użył nawet słowa „patologicznym” w rozumieniu – obiegającym od normy. Podczas, gdy typowa więź dziecko – rodzic z czasem ulega przekształceniu, rozluźnieniu w miarę, jak dzieci dorastają, w tym przypadku rodzice nigdy nie będą mogli liczyć na pomoc dziecka w czasie, kiedy oni będą w dojrzałym wieku i w okresie starości. Przeciwnie, do końca życia będą czuli na swoich barkach brzemię odpowiedzialności za los córki.

Zróżnicowanie zadośćuczynienia dla matki (300 tys. zł.) i ojca (200 tys. zł.) także zostało uznane przez SN za prawidłowe w rozpatrywanej sprawie, a to z uwagi na nie identyczną sytuację, w tym zdrowotną, rodziców.

W mojej ocenie ważne jest przede wszystkim, że Sąd Najwyższy nie zakwestionował słuszności zasądzonych kwot. Są one, co trzeba obiektywnie zauważyć, chyba najwyższe spośród zasądzonych dotąd przez inne sądy zadośćuczynień na rzecz członków rodzin za naruszenie dobra osobistego w postaci prawa do życia w rodzinie. Czy jednak taka krzywda rodziców nie zasługuje na więcej niż symboliczne 50 czy 100 tys. zł. zadośćuczynienia?

Niewątpliwie tak. I temu dał wyraz Sąd Najwyższy.

I na koniec…

Może i trudno się dziwić, że szpital walczył do końca, do ostatniej kropli krwi. Prawie dosłownie, bo taki proces nie jest łatwym przeżyciem dla rodziców.

Ja się jednak dziwię, że choć dla wszystkich od początku było oczywiste, że podczas porodu popełniono kardynalne błędy, to szpital nigdy, na żadnym etapie tego procesu przed Sądem Okręgowym, a potem i Sądem Apelacyjnym, nie zaproponował ugody, ani nie podjął naszych propozycji polubownego rozwiązania sporu. A można było podatnikom zaoszczędzić przynajmniej odsetek, które zapłaci szpital za 9 lat procesu…

Cieszę się z korzystnego wyroku, ale to zwycięstwo ma nieco gorzki smak. Kiedy mówię, że w sprawie o błąd medyczny, w walce ze szpitalem, trzeba być gotowym na wszystko, to … wiem, co mówię. Ten proces nie musiał tak wyglądać.

Rodzicom można było zaoszczędzić wielu przykrych przeżyć. Traumy, jaka związana była z toczącym się tak długo postępowaniem. Z wysłuchiwaniem argumentów szpitala, jak to rodzice domagają się odszkodowania, a przecież nie kochają swojego dziecka mniej przez to, że ono cierpi i nie mają z nim kontaktu, że przecież nikt im nie dał gwarancji szczęścia rodzinnego. I wyliczania, nawet dzisiaj na rozprawie przez SN, ile to setek tysięcy złotych dostaną z odsetek. Tak, jakby ponosili odpowiedzialność za to, że szpital jako dłużnik, nie płaci swoich zobowiązań i kwot zasądzonych wyrokiem Sądu Apelacyjnego…

Eh.