Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Prawo do informacji jest jednym z najważniejszych praw pacjenta. Niedawno na stronach Sądu Najwyższego opublikowano ciekawy wyrok.  Dotyczy właśnie wspomnianego prawa do informacji, ale w kontekście przebiegu ciąży i porodu. Przy okazji warto wspomnieć, że właściwie każda sprawa, która trafia na wokandę SN jest nietuzinkowa. Inaczej skarga kasacyjna nie byłaby przyjęta do rozpoznania. Sąd Najwyższy to nie trzecia instancja. Na rozpoznanie merytoryczne zasługuje średnio jedynie 1/3 spraw, którymi strony próbują zainteresować Sąd Najwyższy.

W USG wszystko OK

Wyrok, o którym piszę, wydano w następującym stanie faktycznym. Pacjentka była w okresie ciąży pod kontrolą poradni przyszpitalnej. Lekarz prowadzący ciążę wykonał trzy badania ultrasonograficzne rozwoju płodu. W żadnym z nich nie wykrył wad płodu. Na żadnym z opisów tych badań nie było też adnotacji: „warunki badania ograniczone” lub „badanie trudne technicznie”.

Czyżby lekarz nie miał żadnych wątpliwości? Konsekwentnie informował rodziców  uczestniczących w wizytach i badaniach USG, że dziecko rozwija się prawidłowo. Co więcej, w opisie badań wprost napisał, że obie ręce płodu wykształcone są prawidłowo.

Niestety tak nie było. Syn powodów urodził się drogami natury. Był ogólnie zdrowy, ale stwierdzono u niego wadę rozwojową – wrodzony brak lewego przedramienia z zachowaną obręczą barkową.

Jak to możliwe, że lekarz nie dostrzegł tak dużej wady u płodu?

Co widać w USG?

Trudno dziś dojść do tego, czy lekarz dostrzegł wady płodu i celowo nie powiedział o tym rodzicom, czy też popełnił błąd diagnostyczny i nie dostrzegł w USG braku lewego przedramienia u dziecka.

Zdaniem Sądu Najwyższego doszło do rażącego niedbalstwa i nierozpoznania poważnej i nieusuwalnej wady wrodzonej płodu.

Jest pewne, że jeśli lekarz nie dostrzegł takiej wady podczas żadnego z trzech badań USG, to  świadczy to jak najgorzej o jego kompetencjach. Dlaczego? Bo badania USG w ciąży wykonuje się m.in. właśnie pod tym kątem.

Obowiązkowe badania USG w ciąży przewiduje Standard organizacyjny opieki okołoporodowej i rekomendacje Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.

Usg w ciąży a prawo do informacji

Usg w ciąży a prawo do informacji

USG między 11. a 14. tygodniem

Pierwsze obowiązkowe badanie USG wykonuje się przed upływem 13. tygodnia i 6. dnia ciąży. Potocznie mówi się o nim: „USG genetyczne”. Podczas tego USG  oceniana jest m.in. budowa zewnętrzna i anatomiczna płodu. Oglądane są: głowa, tułów, kończyny dolne i górne. Mierzona jest też długość ciemieniowo-siedzeniowa (CRL), czyli długość płodu od czubka głowy do pośladków.

USG między 18. a 22. tygodniem

Drugie obowiązkowe badanie USG w ciąży to tzw. usg połówkowe. Ma na celu m.in. szczegółową ocenę anatomii płodu pod kątem występowania wad wrodzonych. Analizowana jest budowa  głowy, szyi, klatki piersiowej, serca, jamy brzusznej, kręgosłupa, kości długich dłoni i stóp.

USG między 27. a 32. tygodniem

W badaniu ponownie sprawdza się m.in. anatomię dziecka. Część wad, np. wady kończyn albo wady przewodu pokarmowego mogą pojawić się dopiero w trzecim trymestrze, stąd tak ważne jest badanie USG wykonane właśnie w tym okresie.

Prawo do informacji o stanie zdrowia dziecka

Sąd Najwyższy nie miał wątpliwości, że szpital zatrudniający lekarza, który wykonywał feralne badania USG, ponosi odpowiedzialność za brak rzetelnej i prawdziwej informacji o stanie zdrowia płodu. Naruszenie prawa do informacji  uniemożliwiło rodzicom odpowiednie przygotowanie psychologiczne do porodu. Skoro tak, to odpowiedzi wymagają następne pytania:

  • czy
  • komu
  • i w jakiej wysokości należy się zadośćuczynienie za naruszenie prawa pacjenta – prawa do informacji?

Czy ojciec jest pacjentem?

Ojciec dziecka uczestniczył w badaniach USG żony, w trakcie których nie wykryto wady płodu, oraz był przy porodzie.  Wraz z żoną dowiedział się zaraz potem, że urodzone dziecko ma nieusuwalną wadę fizyczną. Sąd Najwyższy pisze w uzasadnieniu:

„Szok jaki przeżyli z chwilą, w której spodziewali się radości z urodzenia syna, przytłumionej natychmiast wiadomością o jego trwałym kalectwie stanowi o poniesionej krzywdzie, wynikającej z naruszenia dóbr osobistych, a przede wszystkim prawa do informacji, przewidzianego w u.p.p. [Ustawie o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta – przyp. JB ], a którego niedopełnienie daje prawo do otrzymania zadośćuczynienia na podstawie art. 448 k.c.”

Sąd Najwyższy podkreślił, że w dzisiejszych czasach świadczenia zdrowotne dotyczące matki i dziecka w okresie ciąży, porodu i po porodzie, odnoszące się do prawidłowego rozwoju płodu, i urodzenia dziecka są świadczeniami również wobec ojca.

Ojciec na bloku porodowym

Brak rzetelnej informacji o stanie zdrowia dziecka jest uchybieniem godności zarówno matki, jak i ojca. Nie można uznać, że w takiej sytuacji ojciec dziecka jest poza zainteresowaniami i opieką placówki leczniczej.  Stan zdrowia mającego się urodzić, a następnie urodzonego dziecka, dotyczy ojca w równym stopniu jak matki.

Na skutek wyroku SN (sygn. II CSK 491/18 z dnia 27 listopada 2019 r.) uprawomocnił się wyrok SO zasądzający rodzicom po 40 tys. zł. za naruszenie prawa do informacji  o stanie zdrowia dziecka.

Mój komentarz dla „Rzeczpospolitej”

O komentarz do tego wyroku i artykułu red. Marka Domagalskiego „Ojciec na porodówce jak pacjent” poprosiła mnie „Rzeczpospolita”. To jego fragment:

„Nie ulega wątpliwości, że wykładnia przepisów o prawach pacjenta powinna iść z duchem czasów, a ojciec jest dziś świadomym uczestnikiem procesu udzielania świadczeń medycznych matce i jego dziecku. Skoro jako przedstawiciel ustawowy po urodzeniu dziecka ma prawo do uzyskiwania informacji o jego stanie zdrowia, to nie ma racjonalnych powodów, aby odmawiać mu tego prawa w stosunku do płodu.

Podobnie orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie w nieprawomocnym wyroku  I C 784/13 z 28.12.2018 r. przyznając identyczną kwotę po 40 tys. zł. rodzicom dziecka, którym – na skutek błędu diagnostycznego, zaraz po porodzie udzielono nieprawdziwej informacji o smierci noworodka i nie podjęto podstawowych czynności mających na celu ratowanie życia ich dziecka. Sąd uznał, że w takich sytuacjach dochodzi do naruszenia zarówno ich dóbr osobistych jak i praw powodów jako pacjentów.”

 

 

 

Problem znikających i pojawiających się dokumentów medycznych oraz przerabianych wpisów w dokumentacji medycznej wcale nie jest marginalny. Przekonałam się o tym dwukrotnie w ostatnim tygodniu.

Jedna sprawa, w której walczyliśmy o udowodnienie, że niedotlenienie płodu było skutkiem błędów przy prowadzeniu porodu, zakończyła się właśnie sądowym happy endem. Druga też z pewnością tak się zakończy!

Niedotlenienie, zamartwica, zielone wody

Pierwszy przypadek to proces o błąd przy porodzie. Chłopiec urodził się w 2012 roku w ciężkiej zamartwicy, z zielonych wód płodowych. Przyczyn złego stanu urodzeniowego było wiele, za wszystkie odpowiadają lekarze i – za winę organizacyjną – szpital. Dziś można to stwierdzić z całą pewnością, bo w ubiegły piątek Sąd Apelacyjny w Warszawie potwierdził wskazujący na błędy szpitala wyrok Sądu Okręgowego.  A nawet – zgodnie z apelacją złożoną przez moją kancelarię BFP– podwyższył zasądzoną wcześniej kwotę!

Zadośćuczynienie za błąd porodowy, którego skutkiem było ostre niedotlenienie, Sąd ustalił ostatecznie na 550 tys. zł., dostrzegając ogrom cierpienia dziecka. Otrzymają je rodzice, bo dziecko, skrajnie poszkodowane podczas porodu, zmarło w wieku niespełna dwóch lat, w trakcie procesu.

Bałagan w dokumentacji medycznej

Szpital bronił się w procesie zażarcie. Twierdził, że winę za niedotlenienie i to, że dziecko urodziło się bez oddechu, praktycznie martwe – ponoszą wszyscy inni, tylko nie personel, który miał obowiązek zadbać o prawidłowy przebieg porodu. O takiej strategii, szczególnie bolesnej dla rodzin poszkodowanych dzieci, już kiedyś pisałam: „To wina matki, a nie szpitala”.

Sąd nie pozostawił suchej nitki na takiej argumentacji szpitala. Ale pojawiło się coś jeszcze: as z rękawa. Po 7 latach trwania procesu, na etapie postępowania apelacyjnego „cudownie” odnalazł się w dokumentacji szpitalnej wynik badania histopatologicznego łożyska! Z kronikarskiego obowiązku dodam, że nigdzie w dokumentacji nie odnotowano, że łożysko zostało skierowane do badania hist.-pat. Także żaden ze świadków szpitala nawet nie zająknął się na ten temat…

Sąd Apelacyjny – mimo istotnych wątpliwości mojej Klientki co do autentyczności tego dokumentu, dopuścił jednak dowód z opinii uzupełniającej. Na nic się jednak zdały te wybiegi procesowe pozwanego szpitala. Biegli – po raz kolejny – potwierdzili, że stan łożyska nie wskazywał na rzekomy przewlekły problem w ciąży.

Spóźnione cięcie cesarskie

Potwierdziły się wszystkie zarzuty z pozwu, a mianowicie, że:

  • błędy w dokumentacji medycznej doprowadziły do tego, że kolejni lekarze zajmujący się rodzącą nie mieli świadomości, że ciąża jest przenoszona
  • nie wykonano na czas badania USG doppler
  • podjęto złą decyzję o indukowaniu porodu oxytocyną przy występującej centralizacji krążenia
  • nie wzięto pod uwagę, że występowało bezwodzie
  • nie wzięto pod uwagę braku czynności skurczowej macicy
  • monitoring KTG nie był odpowiednio prowadzony

i wreszcie:

  • nikt z lekarzy nie zaważył, że nie było rokowań na rozwiązanie bezpieczne ciąży drogami natury! Tylko szybkie cięcie cesarskie mogło spowodować, że noworodek przyjdzie na świat w dobrym stanie. Niestety, tak się nie stało.

Odsetki za czas trwania procesu o niedotlenienie

Dokumentacja medycznaJaki płynie wniosek z tego procesu? Przedłużanie postępowania przez szpital i uciekanie się do desperackich kroków takich jak „odnajdywanie” badania hist.-pat. po 7 latach procesu może prowadzić tylko do jednego: wzrostu kosztów po stronie szpitala.

Sąd Apelacyjny uznał, że 1 miesiąc od otrzymania pozwu to wystarczający czas, aby szpital, dysponując fachowcami, mógł ocenić, czy pacjent występujący z pozwem, nie ma przypadkiem racji. I zasądził od szpitala odsetki ustawowe za opóźnienie (obecnie 7 % w skali roku) za cały, długi okres trwania postępowania. Łącznie z tymi miesiącami, kiedy SA zajmował się dodatkową analizą „cudownie” odnalezionego wyniku badania łożyska.

O drugim przypadku, tym razem dotyczącym skandalicznego przerabiania wpisów w dokumentacji medycznej napiszę za kilka dni na moim blogu: pomylkalekarza.pl Zapraszam do lektury!

„Wycieczka” do Bangkoku

Jolanta Budzowska23 stycznia 2020Komentarze (0)

Wakacje 3 tygodniowe last minute dla całej rodziny super, na koszt pomagających z całej Polski. Jeden musi płacić w biurze podróży, drugi ma w gratisie.

Opinie, które ranią

Jak nikczemnym i bezmyślnym trzeba być, żeby napisać taki komentarz pod artykułem o wyjeździe na leczenie komórkami macierzystymi chłopca poszkodowanego przez błąd lekarza*?

Internet naprawdę wszystko przyjmie? A może to jest kwestia niewiedzy? Zwykła głupota? Może ktoś, kto żyje beztrosko, nie jest w stanie objąć swoją wyobraźnią, jakiej opieki wymaga czterokończynowo sparaliżowane dziecko?

Nie ma usprawiedliwienia dla takiej ignorancji. Nie wystarczy przeczytać tytuł. Zanim coś skomentujesz, kogoś ocenisz, zajrzysz mu do kieszeni, dowiedz się więcej. O tragicznej sytuacji Pawła Reka i jego rodziców jest bardzo dużo artykułów, a ten o tytule „Paweł Rek leci do Bangkoku na podanie komórek macierzystych. Jak zniesie podróż?” bynajmniej nie jest reklamą biura podróży.

Proces medyczny, czyli gdzie wyobraźnia nie sięga?

Przyznaję. Nie jest łatwo wyobrazić sobie jak wygląda codzienne życie opiekunów dzieci czterokończynowo porażonych. Tym większe jednak oczekiwania mam w stosunku do osób, które w to życie swoimi decyzjami, czy choćby opiniami, w jakichś sposób ingerują.

Dotyczy to internautów, których komentarze bolą rodziców. Chodzi też o biegłych, których zachowanie bywa niedopuszczalne, a fałszywa opinia biegłego potrafi przekreślić szanse na rentę w odpowiedniej wysokości i godne życie.

Dotyczy to wreszcie Sędziów, którzy wydają wyroki w procesach medycznych. Orzekają zgodnie z rotą ślubowania, wymierzając sprawiedliwość zgodnie z przepisami prawa. Bezstronnie i według sumienia. Czasem jednak zdarza się coś więcej. Coś dobrego.

Kilka dni temu odbyła się ostatnia rozprawa w jednej ze spraw, gdzie poszkodowany jest w stanie wegetatywnym. Jego matka jest jego prawnym i faktycznym opiekunem. Szczegółowo opisywała w zeznaniach, jak wygląda codzienna opieka, pielęgnacja i rehabilitacja syna. Jak coraz trudniej dwojgu coraz starszych, dorosłych osób, z własnymi problemami zdrowotnymi, zajmować się dorastającym dzieckiem.

Po cierpliwym wysłuchaniu długich zeznań, już po zamknięciu rozprawy, Sędzia wyraził swój głęboki szacunek do pracy matki i do tego, z jakim ogromnym poświęceniem wiąże się jej rola. Prosił, aby przekazała jego słowa nieobecnemu na sali mężowi.

Muszę przyznać, że wszyscy byliśmy wzruszeni, chyba nawet łącznie z pełnomocnikami pozwanych. Myślę, że takie słowa z ust Sędziego, osoby o ogromnym autorytetem, znaczą dla tej umęczonej matki więcej niż niejedne pieniądze.

Sędziowie przez duże „S”

Trudność, z jaką muszą mierzyć się Sędziowie orzekający w sprawach osób z głębokimi niepełnosprawnościami, jest ogromna. Polega na tym, że Sędzia w praktyce nie ma możliwości bezpośrednio ocenić stanu fizycznego i psychicznego poszkodowanego dziecka i warunków, w jakich żyje jego rodzina. Musi polegać na zeznaniach świadków, opiniach biegłych czy zdjęciach.

Czy pełny obraz sytuacji da Sędziemu, który być może nigdy nie zetknął się twarzą w twarz z dzieckiem z najcięższą postacią mózgowego porażenia dziecięcego, opinia biegłego stwierdzająca:

Głębokie upośledzenie. Rokowania złe”?

Tym większej empatii wymaga orzekania w takich sprawach. Dobrze, że sprawy poszkodowanych pacjentów sądzą Sędziowie przez duże „S”, a nie anonimowi internauci z fejkowych kont.

Opieka nad poszkodowanym pacjentem

Opieka nad poszkodowanym pacjentem

Zdjęcie przedstawia pokój jednego z moich klientów u którego byłam wczoraj, żeby zobaczyć, w jakich warunkach żyje. W praktyce jest to niemal mała sala szpitalna.

Dorosły już mężczyzna jest żywiony przez PEG. Intensywnie rehabilituje go wielu specjalistów, od logopedy, po neurorehabilitanta. Opiekuje się nim 24 h/na dobę dwoje dorosłych rodziców.

***

* Chodzi o Pawła Reka, którego reprezentuję w postępowaniu cywilnym i karnym.

Nie po raz pierwszy przekonałam się ostatnio, że moimi czytelnikami są nie tylko poszkodowani pacjenci, ale i lekarze, prawnicy, likwidatorzy szkód osobowych w zakładach ubezpieczeń, pielęgniarki, położne i zapewne wiele innych – sądząc po statystykach – osób, które z sobie tylko wiadomych przyczyn trafiły na mój blog.

Stało się to przy okazji prośby, z jaką zwróciła się do mnie pewna pielęgniarka. Pielęgniarka, która nie chciała milczeć.

W sprawach o błąd medyczny pomagam poszkodowanym pacjentom, więc czytelnicy nie-pacjenci traktują mnie zapewne jak „adwokata diabła”, od którego można posiąść wiedzę tajemną (?) i wykorzystać ją przy nadarzającej się okazji przeciwko pacjentowi w sądzie. Zwykle jednak chowają się w cieniu. Członkowie personelu medycznego rzadko szukają u mnie pomocy prawnej w sprawach, gdzie po przeciwnej stronie jest pacjent, bo wiadomo, że jej nie znajdą.

Bywają jednak wyjątki. A ja wyjątkowo takich porad lekarzom, pielęgniarkom i położnym udzielam.

Jakie to sytuacje? Najczęściej, kiedy lekarze czy pielęgniarki buntują się przed zmuszaniem ich przez przełożonych do takiej organizacji pracy, która wprost zagraża życiu i zdrowiu pacjenta.

Przykłady?

  • Pan doktor, specjalista z zakresu ginekologii, który został rozpisany do planowej, rozległej operacji bez asysty. Chyba, że za asystę uznać studenta medycyny, wyznaczonego do tej operacji przez szefa bloku operacyjnego.

Gdyby w trakcie operacji przeprowadzanej w „asyście” studenta doszło do poważnych powikłań śródoperacyjnych, to oczywiście za nieopanowanie tych powikłań winiłabym szpital, ponieważ skład zespołu operacyjnego nie dawał pacjentowi gwarancji bezpieczeństwa. Zdecydowanie szpital nie mógłby się bronić argumentem, że zrobiono wszystko, co należało.

  • Pani pielęgniarka nakłaniana, aby na sali pooperacyjnej „podbijała” KTG pacjentki w zaawansowanej ciąży, która właśnie przeszła trudny zabieg chirurgiczny.

Gdyby w trakcie prowadzonego na OIOM zapisu KTG doszło do nierozpoznanych zaburzeń tętna płodu, których nikt nie potrafił zinterpretować, winiłabym szpital, ponieważ nad pacjentką nie było odpowiedniego nadzoru. Pacjentką opiekowała się co prawda pielęgniarka, a nie salowa, ale pielęgniarka nie ma kwalifikacji do oceny KTG, w przeciwieństwie do położnej. Przez taki błąd organizacyjny mogło dojść do wewnątrzmacicznego zgonu dziecka.

  • Lekarz rezydent, który ma pełnić samodzielny dyżur nocny na neonatologii.

Gdyby w nocy doszło do NZK (nagłego zatrzymania krążenia) u noworodka, a na czas nie pojawiłby się lekarz, który potrafiłby zaintubować noworodka, winiłabym szpital.

Piszę: „winiłabym szpital”, bo pozwanym zwykle jest podmiot leczniczy, a nie konkretny członek personelu, ale nie oznacza to bezkarności lekarza czy pielęgniarki. Wszystkie te osoby, które nie mając warunków albo kwalifikacji, podjęłyby się wykonywania narzucanych im obowiązków w takich okolicznościach, mogłyby mieć poważne kłopoty prawne.

Mogą odpowiadać karnie, a jeśli pracują na tzw. kontrakcie, mogą ponosić także odpowiedzialność odszkodowawczą, ramię w ramię ze szpitalem. Tylko dyrekcja zwykle pozostaje nie tknięta… Dlatego jedyną gwarancją bezpieczeństwa własnego (personelu medycznego) i pacjentów jest NIEMILCZENIE.

Szanowni Członkowie Personelu Medycznego!

Václav Havel

Václav Havel

Opisujcie w dokumentacji dokumentacji medycznej, że np. zgłoszono oddziałowej konieczność nadzoru nad prowadzonym zapisem KTG przez położną. Napiszcie, że nie wykonano ciężarnej zgłaszającej się do porodu USG z powodu braku dostępnego na sali przyjęć sprzętu. Piszcie, jak jest!

Kiedyś oburzałam się, że prawnicy lekarzy szkolą ich, że dokumentację pisze się dla prokuratora. Jest w tym jednak ziarenko prawdy, ale w innym znaczeniu. Jeśli po skardze pielęgniarki, położnej czy rezydenta nie będzie śladu w dokumentacji medycznej, to kiedy „mleko się rozleje”, to oddziałowa czy ordynator będą chronić siebie, a nie pielęgniarkę  czy młodego lekarza.

Coraz częściej z przyczyn organizacyjnych, braków kadrowych i oszczędności, ryzykuje się życie i zdrowie pacjentów. Przynajmniej nie milczmy!

Ostatnia nasza wygrana w sprawie o błąd porodowy potwierdza to, o czym wielokrotnie przypominam na blogu. Mianowicie: im większa staranność rodziców w gromadzeniu dokumentacji medycznej i wszelkiego rodzaju faktur, paragonów i potwierdzeń, tym większa szansa na to, że renta dla dziecka, jaką Sąd przyzna w wyroku, będzie odpowiednio wysoka.

Porodu, z którego urodził się powód, nie prowadzono w sposób prawidłowy. Najistotniejsze zastrzeżenia dotyczyły braku niezbędnego monitorowania tętna płodu w kluczowym okresie porodu.  Personel medyczny nie zadbał o badanie KTG. Nawet nie osłuchiwano tętna dziecka. W efekcie, ani położna, ani lekarz nie dostrzegli objawów narastającego niedotlenienia.  Nikt nie podjął na czas decyzji o zakończeniu porodu metodą zabiegową. Dziecko urodziło się ostatecznie przez cięcie cesarskie, ale było już za późno. Biegli potwierdzili, że doszło do niedotlenienia wewnątrzmacicznego.  Uznali, że pomiędzy zbyt późnym zakończeniem porodu, niedotlenieniem, a w efekcie ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu i rozstrojem zdrowia dziecka zachodzi bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy.

Zadośćuczynienie za błąd przy porodzie

Po trwającym blisko 4 lata procesie Sąd potwierdził, że dziecko ma prawo do zadośćuczynienia i odszkodowania.  Zasądził 700 tys. zł. zadośćuczynienia za doznaną przez nie krzywdę i wysokie odszkodowanie. Tak na marginesie, to przyznana kwota zadośćuczynienia nie jest niestety odpowiednia, w tym zakresie będziemy składać apelację.

Renta dla dziecka

Ale co ważniejsze: sąd przyznał także rentę dla dziecka za błąd przy porodzie, którego padło ofiarą. W toku procesu wielokrotnie zwiększaliśmy wysokość żądanej renty. Nic dziwnego: dziecko rośnie, a wraz z nim rosną potrzeby małego pacjenta cierpiącego na MPD. Wraz z rodzicami skrupulatnie wskazywaliśmy, co się zmieniało na przestrzeni czasu. I tak renta, z początkowo żądanych nieco ponad 3 tys. zł. na dzień wydania wyroku wyniosła blisko 9 tys. zł. miesięcznie. Na wzrost tej kwoty wpłynęły zmiany częstotliwości i kosztów turnusów rehabilitacyjnych, dojazdów, zajęć rewalidacyjnych i edukacyjnych. Stopniowo zwiększał się też wymiar rehabilitacji, wzrosły ceny leków i środków pielęgnacyjnych. Także całodobową opiekę sprawuje już więcej niż jeden opiekun. Sąd w całości podzielił nasze zdanie i zasądził rentę dokładnie zgodnie z żądaniami pozwu.

Fundacja Między Niebem a Ziemią - renta dla dziecka

Fundacja Między Niebem a Ziemią – renta dla dziecka

Faktury, zaświadczenia, paragony…

Jak widać, po powierzeniu sprawy kancelarii nie można w całości sobie „odpuścić”: na gromadzenie rachunków i dokumentowanie potrzeb dziecka rodzice w praktyce są skazani do końca życia.

Czasem jednak wydatki, jakie faktycznie ponosimy to jedno, a potrzeby dziecka to drugie. Najczęściej rodzice dziecka nie mogą sobie przecież pozwolić na wszystko, co przydałoby się dziecku.  Wówczas – oprócz rachunków potwierdzających poniesione koszty – ważne będą wszelkiego rodzaju zaświadczenia lekarskie. Dużą rolę ogrywają też biegli. W wydanych opiniach opiszą potrzebne formy rehabilitacji. Pomoże to Sądowi zweryfikować nasze obliczenia żądanej renty dla dziecka.

A co po wygranej?

Pierwszy etap gromadzenia rachunków to proces sądowy. Wtedy nie budzi wątpliwości, że w naszym interesie jest aktualizowanie sytuacji poszkodowanego pacjenta i jego rodziny.

Kolejny etap, to czas „po prawomocnej wygranej”. Zadośćuczynienia i odszkodowania nikt już dziecku nie odbierze. Niestety co do renty, to pozwany w każdej chwili może powiedzieć „sprawdzam”. Robią tak co jakiś czas szczególnie ubezpieczyciele. Wtedy lepiej dysponować nie tylko aktualną dokumentacją medyczną, ale i – w zakresie, w jakim jest to możliwe – dowodami na ponoszone wydatki, finansowane z zasądzonej wyrokiem renty dla dziecka.

Ps. Zdjęcie przedstawia prześliczne bombki choinkowe, które można było kupić na tegorocznych wieczorach charytatywnych, organizowanych przez Fundację Między Niebem a Ziemią.  Fundacja raz w roku przyjmuje pod swoją opiekę nowe rodziny. Może właśnie Tobie lub kogoś, kogo znasz, potrzebna jest pomoc? Pomagamy nie tylko nieuleczalnie chorym dzieciom, ale też członkom ich rodzin. O działaności Fundacji możesz przeczytać więcej we wpisie: „Kabuli Nkalango, adoptowana córka Martyny Wojciechowskiej”.