Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

„Więź rodzinna to jest dobro osobiste” to tytuł bardzo interesującego wywiadu z dr hab. Martą Romańska, sędzią Izby Cywilnej SN, jaki ukazał się właśnie na portalu prawo pl.

Sędzia wraca w rozmowie z red. Katarzyną Żączkiewicz- Zborską do – ponownie – aktualnego problemu, który został na powrót wywołany zeszłoroczną uchwałą „nowej” Izby Sądu Najwyższego: Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Izba ta uchwałą składu 7 sędziów „wkroczyła” w kompetencje Izy Cywilnej i orzekła, że

„Osobie bliskiej poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego rozstroju zdrowia nie przysługuje zadośćuczynienie na podstawie art. 448 kodeksu cywilnego.”

Całą historię opisałam w poście: „3:1, czyli kolejna uchwała SN ws osób bliskich poszkodowanego”.

Ponad półtora roku wcześniej przed tą uchwałą,  27 marca 2018 r.,  Sąd Najwyższy (Izba Cywilna)  orzekł w trzech uchwałach składu 7 sędziów, że

Sąd może przyznać zadośćuczynienie za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu.

Omówienie tych uchwał można znaleźć w moich innych postach na blogu: III CZP 60/17, czyli zadośćuczynienie dla rodziców i rodzeństwa i Zadośćuczynienie dla osób najbliższych.

Sytuacja była więc ustabilizowana, a rodzice dzieci najciężej poszkodowanych przy porodzie, bo to ich w dużej mierze ta uchwała dotyczyła, mogli odetchnąć przynajmniej finansowo. Jeśli stan poszkodowanego dziecka czy dorosłego, nierzadko wegetatywny,  uniemożliwiał nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu z rodziną i – mówiąc kolokwialnie – wywracał życie tej rodziny do góry nogami, to osoby najbliższe mogły liczyć na zadośćuczynienie.

Uchwała „nowej” Izby wprowadziła chaos. Znów Sądy Okręgowe i Sądy Apelacyjne w całej Polsce zaczęły się zastanawiać czy podążać za głównym nurtem orzecznictwa, czy też może najnowsza uchwała powinna być uważana za nowy trend. 

Problem dostrzegli od razu Rzecznik Finansowy i Rzecznik Praw Pacjenta, którzy niemal natychmiast, jeszcze w 2019 r., skierowali ponownie do Izby Cywilnej wniosek o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego:

Czy osobie bliskiej poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego rozstroju zdrowia może przysługiwać zadośćuczynienie pieniężne?

Obaj Rzecznicy opowiedzieli się za uznaniem i potwierdzeniem, że osoby bliskie wobec poszkodowanych, którzy ucierpieli wskutek deliktu, mogą na podstawie art. 448 k.c. dochodzić własnych roszczeń wynikających z naruszenia ich dóbr osobistych – więzi rodzinnych.

Żaden z tych  wniosków nie został jeszcze rozpoznany przez Sąd Najwyższy, a zegar tyka. Spraw się toczą.

W jednym z procesów sąd oddalił nam żądanie zadośćuczynienia dla osób najbliższych chłopca poszkodowanego podczas porodu. Przyczyną było – rzekome – przedawnienie tych roszczeń. Składając apelację, na wszelki wypadek postanowiliśmy się jednak przyłączyć do zgodnego chóru osób domagających się rozstrzygnięcia w pierwszej kolejności przez Sąd Najwyższy kwestii dóbr osobistych: czy więź rodzinna jest takim dobrem. I to zanim Sąd Apelacyjny na dobre zajmie się sprawą.

Jako pełnomocnicy wszystkich powodów w tej sprawie, złożyliśmy przed kilkoma dniami wniosek, aby Sąd Apelacyjny przedstawił do rozstrzygnięcia Sądowi Najwyższemu następujące zagadnienie prawne:

Czy osobie bliskiej poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego rozstroju zdrowia może przysługiwać zadośćuczynienie pieniężne?

To wciąż to samo pytanie, na które – wydawałoby się – odpowiedź jest oczywista. Ufam, że Sąd Najwyższy wyda kolejną uchwałę, która znów sprowadzi nas na spokojne wody stabilnego orzecznictwa. Podpisuję się obiema rękami pod słowami Sędzi Marty Romańskiej, która we wspomnianym na wstępie wywiadzie powiedziała:

„Ja twierdzę, że szereg dóbr osobistych opiera się na społecznym funkcjonowaniu człowieka, więc najbliższej rodzinie zmarłego lub pozostającego w stanie wegetatywnym należy się zadośćuczynienie.”

Indukcja porodu

Jolanta Budzowska11 maja 2020Komentarze (0)

Czas epidemii oczywiście nie wstrzymał porodów, za to niewątpliwie przysporzył trosk rodzącym i ich bliskim. Co prawda, przynajmniej porody rodzinne mają być wznowione, ale nie bez dodatkowych obostrzeń, i  nie  bez  obawy  związanej  z podwyższonym ryzykiem. Są i dobre wieści: mimo zakażenia rodzącej koronawirusem, noworodki rodzą się zdrowe. 

Przyśpieszanie porodu

Daje się jednak zauważyć tendencja do skracania pobytu rodzącej w szpitalu na tyle, na ile jest to możliwe. To czasem wiąże się z koncepcją przyśpieszania porodu, w którym ma pomóc farmakologiczna indukcja porodu. Warto przypomnieć zagrożenia, jakie się z tym wiążą.

Indukcja porodu, błąd lekarski

Indukcja porodu, błąd lekarski

 

Jedna ze spraw, które niedawno trafiły do kancelarii, dotyczyła wstrząsu anafilaktycznego (uczuleniowego). W ramach indukcji porodu lekarz zalecił podanie pacjentce prostaglandyn. Zaraz po tym wystąpiła ostra bradykardia płodu, a poród musiał być rozwiązany drogą cięcia cesarskiego. Niestety, u noworodka wystąpiły poważne powikłania.

Wstrząs anafilaktyczny to ryzyko, którego całkiem wyeliminować się nie da. Nawet najlepiej zebrany wywiad lekarski i najbardziej szczera, pełna współpraca ze strony pacjentki, mogą nie doprowadzić do wykrycia uczulenia. Pacjentka może po prostu nie być tego świadoma. Wielu innych zagrożeń można jednak uniknąć.

Powikłania po oksytocynie

Indukcja porodu oksytocyną (czyli wywołanie czynności skurczowej mięśnia macicy przed jej samoistnym rozpoczęciem) jest typowym sposobem postępowania podczas braku postępu porodu. Jest to zarazem jedna z najczęściej stosowanych w położnictwie procedur. Jednak jak każde działanie lekarskie, aby było bezpieczne, musi być prawidłowo prowadzone.

Indukcja porodu: przeciwskazania

O powikłaniach, które są konsekwencją błędów lekarskich, możemy mówić wtedy, kiedy indukcja jest stosowana, choć nie powinna być zastosowana, bo są do niej przeciwwskazania.

Takimi przeciwwskazaniami są na przykład:

  • łożysko przodujące,
  • przebyte operacje na trzonie macicy, jak np. klasyczne cięcie cesarskie lub wyłuszczenie mięśniaków macicy
  • dysproporcja główkowo-miedniczna,
  • aktywna infekcja opryszczką genitalną,
  • rak inwazyjny szyjki macicy,
  • inne niż główkowe położenie płodu (położenie poprzeczne, miednicowe)
  • prognozowana masa ciała dziecka powyżej 4500 g.

W tym celu lekarz ma obowiązek przeprowadzić szczegółowy wywiad położniczy i zbadać rodzącą. Pacjentka musi także wyrazić na indukcję pisemną świadomą zgodę.

Brak monitoringu KTG

O błędzie porodowym możemy też mówić wtedy, kiedy co prawda indukcja oksytocyną może być stosowana, ale prowadzi się ją nieprawidłowo. Nie jest na przykład dopełniony obowiązek stałego monitorowania płodu oraz czynności skurczowej macicy badaniem KTG (kardiotokograficznym) podczas podawania oksytocyny. Stosowanie się do obowiązujących wytycznych jest konieczne, żeby można odpowiednio wcześnie wykryć możliwe powikłania takie jak niedotlenienie płodu. O niedotlenieniu i MPD przeczytaj więcej w tym wpisie: „Kiedy cięcie cesarskie ratuje życie”.

Do niedotlenia płodu dochodzi najczęściej w wyniku hiperstymulacji macicy. W dużym uproszczeniu, choć podanie oksytocyny ma na celu wzniecenie czynności skurczowej macicy, to skurcze mogą w jej następstwie stać się jeszcze mocniejsze i częstsze, niż by tego chcieli lekarze. Nie jest to bezpieczne ani dla rodzącej , ani dla płodu. Hiperstymulacja może spowodować m.in. pęknięcie mięśnia macicy lub nadmierne krwawienie po porodzie.  Odpowiednie dawkowanie oraz monitoring KTG przy podawaniu oksytocyny najczęściej skutecznie minimalizują to ryzyko.

Warunki do indukcji porodu

Trzecia grupa błędów lekarskich związanych z indukcją porodu oksytocyną to stosowanie indukcji wtedy, kiedy jest to przedwczesne. Warunkiem do podania – oprócz istnienia wskazań, a także braku przeciwwskazań – jest przede wszystkim dojrzałość szyjki macicy. Skala Bishopa pozostaje najpowszechniej rekomendowaną metodą oceny dojrzałości szyjki. Natomiast w przypadku nieprzygotowanej szyjki stosuje się tzw. preindukcję porodu. Preindukcja porodu może mieć formę farmakologiczną (prostaglandyna E2 — dinoproston oraz prostaglandyna  E1 — mizoprostol). Stosuje się też mechaniczną preinducję porodu, w tym oddzielenie dolnego bieguna jaja płodowego, amniotomia, cewnik Foleya i cewnik dwubalonowy Cooka. Preindukcja ma na celu przygotowanie szyjki do porodu.

Indukcja porodów w Polsce

Według badania Fundacji Rodzić po Ludzku z 2018 r. w Polsce indukuje się ponad 43% porodów.  Zgodnie z zaleceniami WHO ten odsetek powinien być na poziomie 10%. Decyzja o zastosowaniu indukcji porodu oksytocyną nigdy nie powinna następować bezrefleksyjnie. Wymaga uważnej, zindywidualizowanej kalkulacji korzyści i ryzyka zarówno dla ciężarnej, jak i dla płodu.

Istotne jest, aby na indukcję decydować się tylko w przypadku, gdy jest to niezbędne, czyli gdy zaistnieją ku temu medyczne wskazania. Jeśli nie ma wskazań, a zastosowana zostanie indukcja, a następnie dojdzie do powikłań, to pacjentka ma duże szanse na udowodnienie błędu lekarskiego – błędu w prowadzeniu porodu.

 

Jak wszyscy wiemy, sądy w zasadzie „stoją”. Ustawa o Tarczy nakazuje rozpatrywać tzw. sprawy pilne, wymienione w ustawie.  Z interesującego nas zakresu są to przesłuchania przez sąd osoby w trybie zabezpieczenia dowodu lub co do której zachodzi obawa, że nie będzie można jej przesłuchać na rozprawie.

Niestety, w praktyce z tym różnie bywa, bo sędziowie – w braku środków ochrony osobistej – najnormalniej w świecie boją się np. przesłuchań w domu chorego (nawet nie na Covid- 19) świadka. To już jednak materiał na inny post.

Wyrok na korzyść pacjenta

Wyrok na korzyść pacjenta

Wyrok na korzyść pacjenta?

Napisałam, że sądy stoją „w zasadzie”, bo jak my wszyscy, starają się załatwiać to, co jest w tych warunkach możliwe. Kiedyś, jak wirus odpuści, będzie trzeba przecież nadrobić zaległości… Załatwienia te okazały się być dla naszych Klientów nad wyraz korzystne!

Wysoka renta na zabezpieczenie

Po pierwsze, po pierwszym posiedzeniu, jakie odbyło się w sprawie, a na którym jeszcze miałam przyjemność być osobiście, sąd – już na posiedzeniu niejawnym – wydał postanowienie o zabezpieczeniu renty dla naszego Klienta, poszkodowanego przez błąd medyczny dziecka. Renta została zasądzona w niemałej wysokości: 10.684,32 zł miesięcznie!

Renta jest „tymczasowa”. Ostatecznie o niej, a także innych roszczeniach, sąd rozstrzygnie oczywiście w wyroku. Teraz możemy już jednak spokojnie czekać na wyrok, niezależnie od tego, jak długo będzie trwał proces.  Potrzeby dziecka są zabezpieczone, nie musi rezygnować z rehabilitacji w trakcie postępowania!

1 mln zł. – zadośćuczynienie za błąd okołoporodowy

Nie każda apelacja musi być rozpoznawana przez Sąd Apelacyjny na rozprawie. Czasem nie ma sensu upierać się przy obecności pełnomocników w sądzie. Wystarczy dobra apelacja, nad którą Sąd się pochyli.  Tak też zrobiliśmy w tej sprawie.

Dnia 10 grudnia 2019 roku zapadł wyrok Sądu Okręgowego. Wygraliśmy w całości odszkodowanie i rentę, ale kwota zadośćuczynienia dla dziecka w naszej ocenie byłą zbyt niska. Sąd podszedł do sprawy nieco, hmm, zachowawczo i uznał, że 700 tys. zł. jest odpowiednim zadośćuczynieniem dla małoletniego powoda. Na skutek błędnie prowadzonego porodu i ciężkiego niedotlenienia wewnątrzmacicznego chłopiec jest czterokończynowo porażony.

Nasza apelacja w tym zakresie odniosła sukces. Już po 4 miesiącach Sąd Apelacyjny na posiedzeniu niejawnym uznał, że dziecku należy się 1 mln. zł. zadośćuczynienia!

Wyrok zaoczny na 300 tys. zł. i 30 tys. zł. kosztów

Kiedy pozwany zachowuje bierność w postępowaniu sądowym, naraża się na – delikatnie rzecz ujmując – przykre konsekwencje.

W tej sprawie pozwany nie odebrał (mimo dwukrotnego awiza) korespondencji sądowej z naszym pozwem (i to przed „koronawirusem”). W takiej sytuacji przyjmuje się za prawdziwe twierdzenie powoda o okolicznościach faktycznych przytoczonych w pozwie lub w pismach procesowych doręczonych pozwanemu przed rozprawą, chyba, że budzą one uzasadnione wątpliwości albo zostały przytoczone w celu obejścia prawa (art. 339 § 2 k.p.c.). 

Niedawno na portalu sądowym ukazało się rozstrzygniecie. Sąd uznał, że treść pozwu i załączników jest na tyle przekonująca, że nie zawahał się wydać wyroku zaocznego na posiedzeniu niejawnym. Oczywiście, pozwany może złożyć sprzeciw od wyroku zaocznego. Niewątpliwie ma już jednak bardziej pod górkę, niż na początku procesu.  Sąd zasądził wszystkie kwoty, których żądaliśmy w pozwie.

 

O kolejnych dobrych wiadomościach nie omieszkam poinformować!

 

Teleporada i jej zasadzki

Jolanta Budzowska20 kwietnia 20205 komentarzy

Teleporada – odszkodowanie od lekarza

Teleporada, udzielana przez specjalistów i lekarzy POZ, stała się ostatnio podstawową formą leczenia. Wizyty na odległość umożliwiają okresową kontrolę, można otrzymać zalecenia lekarskie, e-zwolnienie, e-receptę, zlecenie na wyrób medyczny. To w dzisiejszych czasach czasem jedyna możliwość uzyskania szybkiej konsultacji. Czy na pewno pacjent korzystający z teleporady może czuć się bezpiecznie?

Większe bezpieczeństwo – czy na pewno?

Jak reklamuje NFZ:

„Dzięki telewizycie ograniczamy ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa, zapewniając większe bezpieczeństwo pacjentom i personelowi medycznemu.”

Niewątpliwie, z punktu widzenia epidemiologicznego, teleporada jest bezpieczną formą kontaktu z lekarzem. Jest tylko jedno „ale”.

Czy lekarze biorą odpowiedzialność za takie porady?

Można odpowiedzieć:

„Oczywiście, tak. Przecież to jedna z form udzielania świadczeń leczniczych. Dlaczego dobro pacjenta miałoby być w tym przypadku wyjęte spod prawa?”

A jednak problem istnieje.

Jak wielokrotnie pisałam, dokumentacja medyczna jest podstawowym źródłem wiedzy o faktach: jak przebiegało leczenie, w jakim stanie był pacjent, jakie działania podjął lekarz. Co za tym idzie: w razie sporu o błąd medyczny, to z dokumentacji medycznej biegli i sąd korzystają w pierwszej kolejności. Zeznania świadków – mimo formalnej „równości” dowodów – są zwykle na drugim planie.

Teleporada wyklucza błąd medyczny?

W toku teleporady może dojść do błędu medycznego.

Na przykład:

  • zdalny wywiad zostanie zebrany nieprawidłowo
  • przepisując lek, lekarz ustali nieprawidłową dawkę
  • lekarz zbagatelizuje objawy podawane przez pacjenta i nie zasugeruje mu skorzystania z osobistej wizyty w placówce medycznej lub skontaktowania się ze stacją sanitarno-epidemiologiczną.

Jeśli nie zadbamy zawczasu o swoje interesy, możemy w praktyce stracić prawo do odszkodowania. Dlaczego?

Teleporada a dokumentacja medyczna

Choć szef NFZ zapewnia, że e-porada:

„ jest traktowana na równi z wizytą w gabinecie lekarskim”,

teleporadę od wizyty różni jeden istotny szczegół. Lekarz udziela teleporady z pominięciem obowiązków dotyczących dokumentacji medycznej wynikających z przepisów o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta.  (art. 7 ust. 4 Ustawy o Tarczy Antykryzysowej).

Dokumentacja medyczna prowadzona jest jedynie w postaci karty teleporady (art. 7 ust. 7 i ust. 8).

Krótkie życie karty teleporady

Karta teleporady zawiera (oprócz danych pacjenta i osoby udzielającej teleporady)  informacje dotyczące stanu zdrowia oraz zalecanego procesu diagnostycznego i leczniczego:

  • rozpoznanie choroby lub problemu zdrowotnego,
  • zalecenia,
  • informacje o wystawionych zaświadczeniach, receptach lub skierowaniach,
  • inne informacje istotne dla procesu leczenia.

Wydawałoby się, że są to wystarczające informacje. Tak, pod warunkiem, że nie znikną. I tu dochodzimy do sedna:

Karty teleporady są przechowywane przez okres 30 dni od dnia udzielenia teleporady (ust.9)

Co ma zrobić pacjent, u którego dojdzie do pogorszenia stanu zdrowia po 30 dniach od błędnej teleporady? Choć teoretycznie roszczenia o odszkodowanie za błąd medyczny przedawniają się po 3 latach od dowiedzenia się o nim, możliwości udowodnienia błędnej teleporady po 30 dniach zmniejszają się niemal do zera.

W postępowaniu likwidacyjnym przed ubezpieczycielem i  w procesie sądowym zostanie dowód z zeznań lekarza i zeznań pacjenta. Klasyczne „słowo przeciwko słowu”. Komu biegli i sąd dadzą wiarę? Najpewniej, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, personelowi medycznemu.

Lekarstwo na kartę teleporady

Jakie jest – nomen omen – lekarstwo na „znikającą” dokumentację z teleporady? Pozostaje tylko udokumentowanie przez pacjenta teleporady, poprzez jej nagranie. O tym czy można nagrać wizytę, pisałam w poście „Czy mogę nagrać lekarza?”. W przypadku teleporady, w mojej ocenie nagranie rozmowy jest jak najbardziej uzasadnione, choćby po to, by pacjent mógł potem odsłuchać zapis rozmowy i precyzyjnie, na potrzeby leczenia, odtworzyć sobie zalecenia lekarza czy jego wskazówki odnośnie przyjmowania leków. I oby to nagranie nie przydało się w sądzie.

Każdy kij ma dwa końce

Nagranie przez pacjenta teleporady ma też walor, nazwijmy go, edukacyjny. Pacjent, który wie, że nagrywa rozmowę z lekarzem, będzie chciał jak najstaranniej i jak najbardziej wyczerpująco udzielić wszystkich informacji o swoim stanie zdrowia, przebiegu dotychczasowego leczenia, objawach i przyczynach, dla których poszukuje pomocy medycznej. W razie sporu sądowego i posłużenia się nagraniem, może to być broń obosieczna, szczególnie, gdy pacjent zataił np. informacje dotyczące uczulenia na leki i następnie doszło do wstrząsu anafilaktycznego.

 

Uzupełnienie

Zgodnie ze (słuszną) sugestią wyrażoną w komentarzu do tego postu, wyjaśniam, że opisane wymogi formalne w stosunku do karty teleporady oraz 30-dniowy termin jej przechowywania dotyczą świadczeń opieki zdrowotnej udzielanych w związku z przeciwdziałaniem COVID-19 za pośrednictwem systemu teleinformatycznego udostępnionego przez ministerstwo.

Nie zmienia to jednak faktu, że następstwa takiej teleporady – w szczególności, jeśli dotyczą np. kobiety w ciąży – mogą mieć bardzo poważne i wykraczające poza 30 dni konsekwencje. Stąd wszystkie moje uwagi poczynione w poście pozostają aktualne.

 

Ciąża i poród a koronawirus. Wywiad z lekarzem. 

Mój rozmówca jest lekarzem ginekologiem-położnikiem, pracującym w jednym ze szpitali jednoprofilowych w mieście wojewódzkim, a także – w normalnych warunkach – przyjmującym pacjentki w ramach prywatnego gabinetu. Pozostanie anonimowy, bo w dzisiejszych czasach lekarze, którzy mówią prawdę, bywają zwalniani z pracy.

 

Jak Pan ocenia aktualną sytuację?

– Ja akurat pracuję w Szpitalu Ginekologiczno-Położniczym, jednoprofilowym, nie mamy właściwie pacjentek o innym profilu. Teraz widać, jak to wszystko do tej pory działało „na styk”. Wystarczy jedno małe załamanie, a pojawia się efekt domina. Problemy, które wcześniej były jakoś łatane nadmierną pracą personelu czy kreatywnością przy braku leków czy materiałów, teraz stają się już nie do rozwiązania. Przykładowo, nawet zwykłe maseczki do operacji są wydawane „do rąk”, bo ich dostępność jest ograniczona. Przy zabiegach używa się strojów wielorazowych, jednorazowe są zarezerwowane tylko do szczególnych przypadków.

 

To znaczy? Do zabiegów podwyższonego ryzyka epidemiologicznego?  

– Nie. Chodzi o to, że zwykle, jak się wchodzi na blok operacyjny, to zanim ubierzemy się w sterylny strój, musimy wcześniej zdjąć ubranie robocze (to, w którym np. odbywamy wizyty na oddziałach). Normalnie mamy wtedy możliwość zakładania jednorazowych strojów (flizelinowych). Teraz, z braku tych jednorazowych,  używane są tylko wyjątkowo. Tylko wtedy, gdy trzeba przebrać się na szybko, np. do natychmiastowego cięcia cesarskiego. A normalnie, do rutynowych zabiegów, używamy teraz tych wielorazowych, które są potem prane w szpitalach.

 

Jakie inne ograniczenia dotknęły teraz Pana szpital?

 – Stroje to drobiazg, poważnym problemem jest wyłączenie z użytku radiologii. Aktualnie wszyscy radiolodzy są na kwarantannie. Nie mamy więc możliwości zrobienia w szpitalu tomografii komputerowej (CT) czy rezonansu magnetycznego (MR). To bardzo ogranicza możliwości diagnostyczne, bo wiadomo, że pacjentki w ostrym stanie nie możemy przewieźć na badanie w innej placówce. Jako szpital jednoprofilowy nie mamy też u siebie lekarzy różnych innych specjalności. Korzystamy z konsultantów z zewnątrz, u nas bywali dorywczo. Teraz, wiadomo, jak mają pełne ręce roboty w macierzystym szpitalu, to mniej chętnie jeżdżą od szpitala do szpitala. Więc automatycznie ogranicza nam to możliwość konsultacji.

 

Wracając do tych praktycznych aspektów funkcjonowania na przykładzie radiologii – macie wszystkich radiologów na kwarantannie, bo mieliście ognisko czy ktoś miał „podejrzany” wywiad epidemiologiczny?

 

Nie, nie u nas zrodził się problem. Radiologów i sprzęt zapewnia firma zewnętrzna, my jedynie udostępniamy pomieszczenie. Któryś z radiologów miał w innym szpitalu kontakt z osobą chorującą na COVID 19, co wyłączyło cały zespół na czas kwarantanny. Stoi u nas ich sprzęt, ale bezużyteczny bez obsługi. Nawet nie moglibyśmy załatwić zastępstwa (pomijając, że jest to mało realne w braku radiologów na rynku), bo urządzenia do tomografii i rezonansu nie są nasze. Pomieszczenie zamknięto na klucz.

 

To w ogóle jest problem, prawda? Mam na myśli fakt, że lekarze, pielęgniarki, położne pracują jednocześnie w kilku placówkach. Raz, że stwarza to podwyższone ryzyko przeniesienia zakażenia, dwa – daje się we znaki „krótka kołdra”. Nie można być jednocześnie w kilku miejscach.

 

Zgadza się. W jednym szpitalu wprowadzono kwarantannę, a że personel danego oddziału pracował też w innych szpitalach, to te inne szpitale i oddziały mają dodatkowy, kadrowy cios. Coraz trudniej jest załatać grafiki.

 

A jak wygląda organizacja pracy na izbie przyjęć?

 

– W większości zamknięto przychodnie ginekologiczne, także naszą. Pacjentki, które zwyczajnie nie mają dokąd pójść na kontrolę, okupują izby przyjęć. Mamy tłumy na izbie przyjęć. Trudno mówić o prawidłowej organizacji.

 

Ale izba przyjęć, to jest izba przyjęć do szpitala, tak? Czyli to są pacjentki, które mają wskazania do hospitalizacji?

 

– Nie. Często są to pacjentki, których np. lekarze nie przychodzą do pracy, bo się boją albo są w kwarantannie. Przed pacjentkami zamknięto gabinety, więc nie mają możliwości konsultacji. Skoro pozostawiono je samym sobie, to uznają, że izba przyjęć jest dla każdego otwarta.  A przecież izba przyjęć jest do stanów nagłych, a nie do rutynowych kontroli. Bo potem pacjentka ze stanem ostrym może w tym tłumie zginąć, chociaż byłby najlepszy, najczujniejszy lekarz. To oczywiście zwiększa ryzyko błędu lekarskiego, bo w masie oczekujących na triaż trudniej znaleźć tę naprawdę wymagającą pomocy. Wiele roszczeniowych pacjentek swoim hałasem zagłusza te ciche, które jej naprawdę potrzebują. Nie wszystkim uda się pomóc na czas.

 

Nasza izba przyjęć stała się takim SOR dla ciężarnych, rodzących i innych pacjentek ze schorzeniami ginekologicznymi, które nie mają dokąd pójść. Tak nie powinno być.

 

Czy to nie rodzi też podwyższonego ryzyka epidemiologicznego w dzisiejszych czasach? Jak radzicie sobie wobec tego z wdrożeniem zaleceń PTGiP odnośnie m.in. triażowania pacjentek pod kątem oceny, czy pacjentka nie jest chora na COVID 19?

 

Mamy mocno ograniczone możliwości lokalowe. Pacjentek przychodzi dwa razy więcej niż jesteśmy w stanie pomieścić. Więc na pewno modelowo to sobie nie radzimy.

 

PTGiP zaleca wydzielenie dodatkowej izby przyjęć „kryzysowej”, epidemiologicznej w szpitalach jednoprofilowych. Macie taką?

 

Tak, takie są zalecenia, ale dla nas nierealne. Żeby je wypełnić, byłby np. potrzebny oddzielny lekarz do takich pacjentek, a oddzielny do „zwykłych”.  Nie mamy tylu lekarzy. Teraz, gdy jeszcze z uwagi na kwarantanny odpadło nam kilku lekarzy, to nawet na normalnym poziomie nie jesteśmy w stanie domknąć grafików. Jesteśmy na granicy zamknięcia punktu dla kilku tysięcy pacjentek.

 

A co z planowanymi zabiegami?

 

– To też jest problem. Onkologicznych pacjentek oczywiście nie ubyło. A my mamy do dyspozycji znacznie mniej sal operacyjnych z powodu braku personelu i sprzętu. Dlatego pacjentki onkologiczne, zamiast być operowane z dnia na dzień, w bezpiecznych dla nich ramach czasowych, czekają po kilka, kilkanaście dni w kolejce na operację. Nie ma pielęgniarek, nie ma anestezjologów, bo część osób została zatrzymana w swoich macierzystych szpitalach.  Mamy anestezjologów z zewnątrz, wszyscy są na kontraktach, u nas tylko dorabiają. Ale nie w tych czasach.

 

A miał Pan już do czynienia z taką sytuacją, że pacjentka, która wymagała pilnej lub natychmiastowej operacji, czy to cięcia cesarskiego, czy innej, musiała czekać ponad miarę, którą Pan by oceniał, jako bezpieczną dla Pana, jako osoby decyzyjnej o czasie operacji?

 

– Nie, takie coś w ogóle nie wchodzi w grę. Jeśli jest taka sytuacja, to znieczulenia porodów czy inne zabiegi, które mogą poczekać, są odkładane. Zbiera się personel niemal natychmiast. Z każdej sali operacyjnej kogoś tam się zabiera i tworzy się na szybko zespół, żeby zoperować taką pacjentkę w rezerwowej sali, która jest zawsze w gotowości. Takie coś jest dla mnie w ogóle niewyobrażalne, żeby nie wykonać nagłej operacji. Nawet w tej chwili. Oczywiście, naciągamy wtedy przepisy, bo np. ktoś znieczula jednocześnie na dwóch salach, tak nie powinno być. Albo ginekolog z instrumentariuszką kończy operację, w tym czasie drugi ginekolog biegnie do drugiej operacji. Na szczęście, sal operacyjnych mamy dużo, jakoś to się pozbiera. A jak tego nie zrobimy, to pacjentka umrze. Przepisy przepisami, ale życie ludzkie na pierwszym miejscu.

 

To stan wyższej konieczności, ratowanie życia, więc takie decyzje są najzupełniej zrozumiałe. Przejdźmy do innego tematu: zabezpieczenia dla personelu i pacjentek przed koronawirusem. Jesteście przygotowani?

 

– Jeśli u mnie byłaby pacjentka chora na infekcję wirusową, której nie można odesłać, np. kobieta w drugiej fazie porodu i nie można jej odesłać do szpitala dedykowanego (jednoimiennego*), to my nie mamy, tak naprawdę, żadnych prawdziwych zabezpieczeń dla personelu. Mamy jedynie wydzielone pomieszczenie. I taki personel miałby wielkiego pecha, bo ryzykuje sobą. Potem idzie na kwarantannę z przyczyn oczywistych. To nie koniec problemów, bo kto się ma dalej tą pacjentką zajmować, jeśli nie można jej przekazać? Każda kolejna zmiana lekarzy i pielęgniarek czy położnych będzie pracowała bez żadnych zabezpieczeń epidemiologicznych (specjalnych masek, kombinezonów itd.).

 

Czyli nie macie specjalnych środków do opieki nad tymi chorymi, którzy z jednej strony są w ciężkim stanie i nie ma możliwości bezpiecznego przekazania ich do szpitala jednoimiennego, a jednocześnie prezentują objawy zakażenia koronawirusem?

 

– Nie. Nic nie mamy. Nie mamy tych wielkich ochronnych strojów, jakie widać w mediach – takich „kosmonautów”. Nie ma też skąd zdobyć, nie ma środków ochrony osobistej nawet w hurtowniach. To jest duży problem. Każdy z nas modli się, żeby nie trafić na takiego pacjenta, bo wtedy sam sobą ryzykuje. A my też mamy rodziny. Zawsze nam tłumaczono, że mamy przede wszystkim dbać o nasze bezpieczeństwo, żeby móc ratować innych. Teraz to niemożliwe.  

 

Wracam jednak do zaleceń PTGiP. Ten algorytm wygląda bardzo rozsądnie (przyp.: pytam o zalecenia dla typowych oddziałów ginekologiczno-położniczych w aktualnej sytuacji pandemii), prawda? 

– Tak, taka kolorowa tabelka.

 

Macie możliwość wykonania pacjentkom podejrzanym o zakażenie koronawirusem szybkich testów COVID 19?

 

– Nie ma takiej możliwości.  U mnie w szpitalu kilku lekarzy było podejrzanych z powodu objawów (gorączka, kaszel, duszność). Pojechali do szpitala zakaźnego, czekali na testy 56 godzin w trybie przyspieszonym, żeby wrócić jak najszybciej do pracy. Siedzieli w domu, a ich dyżury wzięli inni lekarze. A to były takie testy na cito, żeby mogli wrócić do pracy. [edit: po naszej rozmowie Pan Doktor sprawdził i potwierdził, że dzisiaj jest zamkniętych w sejfie kilka testów. Warunków, kiedy miałby możliwość ich użycia, nie zna.]

 

Na jakie traktowanie może zatem liczyć ciężarna z objawami zakażenia koronawirusem, która trafia do Was w drugim okresie porodu?

 

– Objawy zakażenia ani podejrzany wywiad epidemiologiczny nie spowodują odesłania. Co by nie było, w drugim okresie porodu zawsze trzeba pacjentkę przyjąć. Jak nie, to co: będzie rodzić w karetce? To już lepiej, żeby rodziła w szpitalu. Sam czas na zamówienie transportu, oczekiwanie na przyjazd karetki, przekazanie, wyładowanie zwiększałby ryzyko.  Nie, ja sobie nie wyobrażam tego po prostu.

 

Ale jeśli jest rzeczywiście chora na COVID 19 to spowoduje wyłączenie z pracy części szpitala, czy tak?

 

– Mamy przeznaczone jedno pomieszczenie dla takich podejrzanych pacjentek, niepewnych. Możemy tam wykonać nagłą laparotomię. Nie da się tam zrobić laparoskopii. Jeżeli pacjentka ma ciążę pozamaciczną i krwawi, to możemy tam wykonać niestety tylko zabieg metodą laparotomii, ale przynajmniej uratujemy życie, a przy okazji nie skazimy całego szpitala. Gdyby trafiła nie tym wydzielonym szlakiem zakaźnym, a normalną ścieżką na blok, to skaziłaby nam sześciosalowy blok operacyjny.  Tak to zakazi jedną salę, która jest teraz używana jedynie jako rezerwowa.

 

– Zespół zajmujący się taką pacjentkę poszedłby oczywiście od razu na kwarantannę, do czasu wyniku testów, które ma sens robić dopiero po kilku dniach.

 

Pacjentki rozumieją powagę sytuacji?

 

– Na ogół tak, ale jeszcze zdarzają się spięcia na izbach przyjęć. Nie ma porodów rodzinnych, niestety pacjentkom często jeszcze trudno się z tym pogodzić, że mąż nie wejdzie do szpitala. Ale mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni.

 

Co by Pan radził kobietom w ciąży w obecnych czasach?

 – Jak nie muszą, żeby nie przychodziły do szpitala. Szczególnie wtedy, kiedy naprawdę nic się nie dzieje, a przychodzą tylko po to, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku. Szpital nie jest po to. To także nie jest miejsce bezpieczne. Ogromna ilość ludzi przebywa w małych pomieszczeniach. Wg mnie zakażenie jest większym ryzykiem niż przełożenie zwykłej wizyty kontrolnej o tydzień.

Dziękuję za rozmowę. 

*wykaz szpitali zakaźnych jednoimiennych znajdziesz tutaj (na dole wpisu): „Zalecenia PTGiP dla kobiet w ciąży i w trakcie porodu”

 ***

Jeśli chcesz przeczytać o najnowszych wytycznych Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników, to zajrzyj tutaj: „Zalecenia PTGiP dla kobiet w ciąży i w trakcie porodu”

Jeśli interesuje Cię to, jak wygląda od kuchni praca chirurga i jak dochodzi do błędów lekarskich, zajrzyj tutaj: „Rozmowa o błędach medycznych z lekarzem, któremu nie jest wszystko jedno”.

Poród a koronowirus. Photo by Jonathan Borba on Unsplash

Poród a koronowirus. Photo by Jonathan Borba on Unsplash