Gdzie najlepiej rodzić?

Jolanta Budzowska        06 lipca 2016        6 komentarzy

W szpitalu publicznym. Nie w różowo-niebieskiej,  prywatnej „klinice”.

Dlaczego?

Z dwóch zasadniczych powodów:

  1. Myślmy nie tylko o porodzie bez powikłań, ale o tym, co może się wydarzyć w razie kłopotów. Duże szpitale mają sprzęt i pełne zaplecze diagnostyczne i intensywnej terapii dla matki i dziecka. Mogą udzielić pomocy natychmiast.
  2. Pacjenci nie dostaną odszkodowania i renty za błędy medyczne, jeśli spółka prowadząca prywatny szpital upadnie. Bankructwo publicznych ZOZ jest niemożliwe.

Która z mam się interesuje tym , czy „szpital”, do którego idzie rodzić to spółka z o.o., spółka komandytowa itd. czy samodzielny publiczny ZOZ?

Żadna?

I tu, i tu możemy rodzić „na NFZ”, ale w razie błędu przy porodzie sytuacja pacjenta jest kompletnie różna.  

Jeśli rodzimy w szpitalu publicznym, to nawet w razie jego likwidacji zobowiązania, np. do wypłacenia poszkodowanemu dziecku dożywotniej renty, przejmuje organ założycielski lecznicy. Najczęściej jest to powiat, a więc z reguły jednostka wypłacalna. Jeżeli jednak w grę wchodzi spółka kapitałowa, to jej bankructwo oznacza, że po zakończeniu postępowania upadłościowego pacjent pozostaje z niczym…

Prowadziłam sprawę, w której sąd okręgowy przyznał dziecku odszkodowanie, zadośćuczynienie oraz rentę płatną co miesiąc od jednej z prywatnych klinik działającej w formie spółki z o. o. Więcej na ten temat napisała Gazeta Krakowska tutaj. Chodziło o błąd medyczny podczas porodu, w wyniku którego dziecko od urodzenia znajduje się w bardzo ciężkim stanie. Czternastoletni dzisiaj chłopczyk jest sparaliżowany czterokończynowo, od szyi w dół, oddycha za pomocą respiratora. Wymaga stałej opieki osoby dorosłej. Poród, mimo że klinika była prywatna, objęty był kontraktem z NFZ.

Odszkodowanie oraz zadośćuczynienie częściowo wypłacił poszkodowanemu ubezpieczyciel, częściowo pozwana prywatna klinika. Suma gwarancyjna z polisy się jednak szybko wyczerpała. Winna klinika wypłacała więc choremu dziecku rentę jeszcze około dwóch lat. Później złożyła wniosek upadłościowy, a sąd ogłosił jej bankructwo. Chłopiec został bez zasądzonej prawomocnym wyrokiem renty na koszty opieki i leczenia.

Bez pomocy.

Za organizację systemu opieki zdrowotnej odpowiada Skarb Państwa, ale tylko na papierze.

Dziecko zostało pozbawione środków do życia w majestacie prawa.

 

{ 6 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

rafal Lipiec 6, 2016 o 14:31

kolejny dobry wpis na blogu, ale mam co do niektórych rzeczy trochę inny pogląd
1. w szpitalu czy tam klinice prywatnej jest milej, personel jest uprzejmy, budynek ładniejszy przez co myśle, że łatwiej przejść przez cały ten okres
2. w dużych klinikach ( nie lokuje tu konkretnej placówki, ale np. szpital medicover w W-wie jest zastrzeżenie w umowie, ze jak co się dzieje to pacjentka i dziecko sa od razu przewozeni do specjalistycznej placówki), większe szpitale prywatne maja odpowiednie zaplecze i oddzialy, żeby podjąć się trudniejszych przypadkow
3. w prywatnym bardziej dba się o pacjenta – ” klienta”, lekarze tez się bardziej starają, płacisz za usluge i nie trzeba dawac w przyslowiowa lape, żeby się ktoś zainteresowal
4. w publicznych szpitalach panuje powszechny brak informacji i całkowity brak organizacji pracy, nikt nic nie wie
5. zdecydowanie duzy + na korzyść ZOZ dla pacjenta, jeśli jest później potrzeba dochodzenia rekompensaty, tylko tutaj mówimy o pozywaniu placówki medycznej,
w prywatnych klinikach lekarze nie sa zatrudnieni na etat, wiec jeśli cos się stanie prywatnie to nie trzeba pozywac prywatnego szpitala, ale lekarza, a on na pewno nie upadnie

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 6, 2016 o 14:41

Dziękuję za (pozytywną) recenzję;-)
Wpis na blogu nie wyczerpywał tematu, tzn. nie analizował wszystkich „za i przeciw”.
Ad. 1 – zgoda. Co więcej, przeciwko klinikom o tzw. najwyższym stopniu referencyjności, paradoksalnie przemawia fakt, że bardzo często szereg czynności jest tam wykonywanych przez przez praktykantów (studentów), stażystów i rezydentów, a nie najbardziej doświadczonych lekarzy.
ad. 2. Większość dużych prywatnych klinik ma przynajmniej umowę. Ale umowa działa, jak już jest się „pod ścianą”, wcześniej ktoś musi zdiagnozować problem, ktoś podjąć decyzję. A i samo zamówienie transportu i transport – trwają.
ad. 3. – zgoda.
ad. 4. – brak informacji i organizacji pracy – to zależy. Jaki pan, taki kram – wszystko zalezy na ogół od ordynatora i szefa placówki. Prowadzę proces przeciwko prywatnej klinice, gdzie był zwyczaj, że wydruki z KTG wykładało się na ladę w recepcji i podbijał ten z lekarzy, który akurat przechodził. Bez zagłębiania się w treść. A dziecko powoli umierało z niedotlenienia…
ad. 5. – tak, o tym piszę. Pozywanie prywatnego szpitala z lekarzami zatrudnionymi na kontrakcie, to gehenna dla pacjenta – bo lekarze mają status albo pozwanych albo interwenientów i efekt jest taki, że ma się kilku niezależnie działających przeciwników procesowych. A na „egzekwowalność” to się raczej nie przekłada, proces trwa kilka lat, a majątki już dawno przepisane na żonę…

Odpowiedz

rafal Lipiec 20, 2016 o 23:02
QVX Lipiec 9, 2016 o 07:00

Akurat nazwa klinika w przypadku jednostek położniczych niepublicznych to często tylko szumne określenie, a taka jednostka kompetencją odpowiada nierzadko zwykłemu oddziałowi w powiatowym szpitalu lub wręcz nieistniejącym już izbom porodowym (ostatnia zamknięta w 2008 r.). I to jest przyczyną problemów, że takie jednostki zabierają się do rzeczy przekraczających ich możliwości.
A z linku wynika, że do uszkodzenia doszło w wyniku porodu kleszczowego. I to właśnie był problem – polecam tekst Punktacja z książki Atula Gawande Lepiej (polecam zresztą całą książkę i 2 inne: Komplikacje i Śmiertelni). Tam ładnie opisano, dlaczego kleszcze itp. zostały wyparte w praktyce przez cięcie cesarskie.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 9, 2016 o 09:51

Tak, to był poród kleszczowy. Nieumiejętnie wykonany – doprowadził do przerwania rdzenia w odcinku szyjnym. A poród kleszczowy był koniecznością, bo nie można było zrobić cięcia cesarskiego – anestezjolog dyżurował „pod telefonem” w domu, na drugim końcu miasta… Taka to właśnie była klinika ginekologiczno-położnicza.
Atula Gawande znam – pasjonująca lektura!
ps. Ładny nick:)

Odpowiedz

Agnieszka Lipiec 10, 2016 o 13:08

Znam się na temacie tylko od strony praktycznej 🙂 tzn. lata temu rodziłam przez cesarkę. Rodziłam w państwowej klinice – warunki były naprawdę nienajlepsze (w czasie obserwacji ciąży schudłam dwa kilogramy mimo dożywiania przez rodzinę), ale uważam, że wszelkie niedogodności są do wytrzymania dla dobra dziecka. Dla mnie najważniejsze było, że na miejscu był oddział neonatologii, gdyby cokolwiek poszło nie tak.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: