Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

…bardzo rzadko mają sens.

Kilka razy zawarłam ugodę przed mediatorem, ale dzisiaj jestem strasznie zła. Nic mnie tak nie irytuje, jak bezmyślność i strata czasu.  Mam za sobą półtoragodzinne „posiedzenie mediacyjne” w Katowicach, czyli półtorej godziny rozmawiania o niczym. Stawili się: mediator, jego asystentka, ja (na szczęście bez sześciorga moich Klientów), dyrektor szpitala ze swoją pełnomocniczką i lekarz ginekolog-położnik „kontraktowy” ze swoją pełnomocniczką.  O mediacje wniósł szpital.

Mediacje mają sens, gdy przeciwnicy widzą możliwość ugody, czyli – w sprawach medycznych – chcą rozmawiać o rekompensacie dla poszkodowanych. Oczywiście, najważniejszym punktem negocjacji jest to, jaka kwota zostanie wypłacona i kiedy, ale jedno założenie trzeba mieć będąc szpitalem lub lekarzem – jestem gotowy negocjować odpowiednie zadośćuczynienie i odszkodowanie.

Szpital i lekarz przyjechali dziś na mediacje – o które sami prosili – tylko po to, żeby powiedzieć, że bez ubezpieczyciela – czyli PZU SA – to oni nic nie mogą. To po co tracili dzisiaj czas: mediatora, sądu (który odroczył rozprawę w procesie cywilnym, bo też liczył na to, że być może sprawa zostanie załatwiona w drodze ugody w mediacji), swój i mój? Dlaczego nie uzyskali wcześniej stanowiska ubezpieczyciela albo nie odwołali spotkania?

Najważniejsze pytanie jednak brzmi: dlaczego nie pomyśleli o uczuciach poszkodowanych? Rok temu, po porodzie, w wyniku krwotoku zmarła matka 3 maleńkich chłopców, żona, jedyna córka swoich rodziców…

Moi Mocodawcy znów liczyli na to, że jest możliwe, aby pacjent, a dzisiaj już jedynie rodzina zmarłego pacjenta, była poważne traktowana przez szpital i personel medyczny.

Znów się zawiedli.

 

Szpital w Leśnej Górze: cięcie!

Jolanta Budzowska02 sierpnia 201621 komentarzy

W postanowieniu o dopuszczeniu dowodu z opinii sąd zobowiązał biegłego do odpowiedzi na pytanie:

„Jakie  są  skutki choroby powoda? Należy to opisać nie tylko językiem medycznym, ale również należy opisać zwykłym językiem, jak objawiają się w życiu codziennym te skutki”.

No właśnie. Nawet skutki choroby sąd chciałby mieć opisane językiem potocznym, a nie z użyciem hermetycznej terminologii medycznej.

A kiedy przychodzi do ustalenia, czy zgoda pacjenta na zabieg była skuteczna, to podejście sędziów bywa zgoła inne. „Modelowy pacjent” to dla sędziów niemal top-model.

Gdy sędzia musi ocenić zachowanie pacjentów i skuteczność wyrażonej przez nich zgody na operację, wymaga czasem od pacjenta, aby ten:

  • pytał lekarza w szczegółach o konkretne ryzyka, nawet te, o których lekarz sam z siebie nie wspomniał (a o których pacjent nie ma pojęcia, bo i skąd),
  • rozumiał przekazywane w biegu fachowym językiem informacje nawet wówczas, gdy formularz zgody ma przeczytać bez okularów „do bliży”, już w drodze na salę operacyjną, albo gdy tekst zgody podsuwa mu się dopiero po premedykacji, przed samym zabiegiem,
  • jasna była dla niego nawet nazwa zabiegu/metoda wpisana po łacinie do formularza,
  • odmówił roztropnie zgody na operację, jeśli boi się ewentualnych komplikacji nawet, jak lista możliwych powikłań jest (nieprawidłowo) rozdęta do granic możliwości i obejmuje wszystko, włącznie ze  śmiercią lub zakażeniem szpitalnym, a pacjent czekał w kolejce na zabieg rok i nie wiadomo, czy i kiedy mógłby liczyć na kolejny termin.

Podobnie szpitale. Te to już tak się rozpędziły, że czasem lekarze uważają, że podpisany przez pacjenta cyrograf w postaci nierzadko pięcio- lub jeszcze–więcej-stronicowej zgody na operację załatwia raz na zawsze sprawę ewentualnych roszczeń w przypadku błędu medycznego…

Na szczęście tak nie jest: zgoda pacjenta na zabieg nie zwalnia przecież lekarza z obowiązku zachowania należytej staranności!

A jeśli chodzi o to, jak się ma „szpital w Leśnej Górze” – zakodowany w świadomości niektórych sędziów – do rzeczywistości, to jest to zadanie dla  pełnomocnika procesowego. Dlatego także na blogach dużo piszę o znaczeniu zgody na zabieg, między innymi tutaj.

To radca prawny albo adwokat powinien – kiedy trzeba – wytłumaczyć sądowi, jak to jest ze skutecznością zgody na operację wyrażanej w różnych nietypowych okolicznościach szpitalnych.

Na przykład takich.

Pacjentka podpisała zgodę na zabieg cesarskiego cięcia ze względów elektywnych na tydzień przed planowanym terminem porodu. Wskazaniem do cięcia cesarskiego były schorzenia ortopedyczne ciężarnej. Nie została wtedy poinformowana o tym, że w jej przypadku wchodzi w grę poród drogami natury, jak również nie została poinformowana o ryzyku cesarskiego cięcia w przypadku wskazań pilnych lub nagłych. Przeciwnie, pozostawała w przekonaniu, że poród naturalny mógłby spowodować poważne szkody w jej zdrowiu.

Po przyjęciu pacjentki ponad tydzień później do placówki medycznej, lekarze dyżurni  podtrzymali kwalifikację do wykonania cesarskiego cięcia ze wskazań elektywnych.  Lekarz prowadzący ciążę pacjentki nie był w tym dniu obecny w pracy.

Niestety jednak doszło do niczym nieuzasadnionego opóźnienia w przeprowadzeniu operacji, a w międzyczasie  rozpoczął się  II okresu porodu. Zabieg cięcia w tych warunkach był obiektywnie znacznie trudniejszy i obarczony większym ryzykiem powikłań dla matki i dziecka.

Lekarka prowadząca poród tak zeznała o informacji udzielonej (rodzącej!) pacjentce:

„Na sali operacyjnej, jeżeli stwierdziłam, że muszę tutaj pewnymi położniczymi sformułowaniami operować, jak główka była już w szparze sromowej powiedziałam jej, że ma szanse urodzenia drogami natury.”

I to byłoby na tyle.

Lekarka prowadząca poród poinformowała rodzącą jedynie, że istnieje możliwość zakończenia ciąży w drodze porodu naturalnego i że – jak się można domyślać –   cesarskie cięcie wiąże się z (bliżej nieokreślonym) ryzykiem.

Pacjentka nie wyraziła zgody na poród siłami natury.

Mając tylko takie informacje, rodząca nie mogła przecież wyrazić świadomej zgody na zabieg. Powinna zostać na nowo obszernie poinformowana o ryzyku, z jakim wiąże się wykonanie zabiegu cesarskiego cięcia w zmienionych okolicznościach, oraz jakie jest ryzyko porodu naturalnego. I dlaczego nagle przestały być aktualne przeciwskazania do porodu naturalnego, który od początku ciąży, a nawet  jeszcze kilka godzin wcześniej, nie był brany pod uwagę, bo lekarze twierdzili, że byłby niebezpieczny dla jej zdrowia?

Dopiero po uzyskaniu takich informacji, rodząca mogłaby wyrazić nową, poinformowaną zgodę na zabieg cesarskiego cięcia oraz  świadomą odmowę przeprowadzenia porodu siłami natury.

Pacjentka nie miała żadnych potrzebnych informacji, a personel prowadzący poród postawił ją „pod ścianą”. Nie było więc mowy o świadomych decyzjach ani przejęciu ryzyka przez rodzącą. Poważne powikłania, które wystąpiły po porodzie u matki, obciążają więc klinikę położniczą.

I raczej nie będzie z tej historii scenariusza dla kolejnego odcinka „Na dobre i na złe”, w którym  pacjenci leżą w komfortowych salach, nie ma kłopotów ze sprzętem, a lekarze i pielęgniarki ciągle się uśmiechają i z wielką radością spieszą z pomocą chorym.

 

NIK opublikował właśnie wynik kontroli pt.  „Opieka okołoporodowa na oddziałach położniczych” (P/15/065).

Postępowanie kontrolne dotyczyło sprawdzenia, czy oddziały położnicze zapewniały pacjentkom i noworodkom świadczenia medyczne odpowiedniej jakości.

Konkluzja jest czytelna: nie wszystkie oddziały są w pełni bezpieczne dla rodzącej i dziecka.

Z mojego punktu widzenia, najistotniejsze nieprawidłowości  stwierdzone w niektórych placówkach, a wypunktowane przez NIK to:

  • braki w wyposażeniu (tylko osiem z 29 zbadanych przez NIK oddziałów spełniało wszystkie wymogi dotyczące wyposażenia),

 

  • sale poporodowe, na których przebywają po porodzie matki z dziećmi, nie były wyposażone w sprzęt umożliwiający mycie i pielęgnację noworodka, co oczywiście może przełożyć się na zakażenie szpitalne,

 

  • niewystarczająca obsada kadrowa (w większości (22) skontrolowanych szpitali podczas dyżuru był np. tylko jeden anestezjolog, który był przypisany do udzielania świadczeń na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii lub bloku operacyjnym), co oczywiście ma wpływ między innymi na dostępność znieczulenia do porodu oraz możliwość szybkiego wykonania cięcia cesarskiego. O znaczeniu czasu w podjęciu decyzji o cięciu, pisałam między innymi tutaj. A prawo do łagodzenia bólu porodowego jest jednym z ważniejszych praw rodzącej,  wynika z obowiązujących, co obszernie komentowałam w tym poście,

 

  • braki kadrowe dotyczą też lekarzy innych specjalności. Na dwóch oddziałach pracowała mniejsza liczba lekarzy niż wymagana, a w trzech dyżury pełnione były samodzielnie przez lekarzy, którzy nie posiadali wymaganej specjalizacji,

 

  • aż w 17 szpitalach nieprzerwany czas pracy poszczególnych lekarzy, zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych, wynosił od 31,5 do 151 godzin. Oznacza to, że niektórzy lekarze pracowali non stop przez kilka dni,

 

  • w żadnym ze skontrolowanych oddziałów nie przestrzegano wszystkich standardów opieki okołoporodowej,

 

  • zdarzają się przypadki, w których – pomimo wskazań medycznych – nie zapewniono rodzącej pełnej opieki medycznej i nie wykonano cesarskiego cięcia bądź wykonano je zbyt późno (mimo wzrostu ogólnej liczby cc),
  • pacjentki, u których podczas pobytu w szpitalu z I poziomu referencyjnego, stwierdzi się stan średniej lub ciężkiej patologii, powinny być przekazane do oddziału o wyższym poziomie referencyjności – co nie zawsze ma miejsce.

     

Pełny  tekst raportu i omówienia przeczytać można tutaj. Warto to zrobić, bo raport zawiera nazwy konkretnych kontrolowanych szpitali oraz wskazuje, czy i do jakich nieprawidłowości stwierdzono w danej placówce.  Może się przydać, jako argument w sądzie, albo – lepiej – pomoże w decyzji, który szpital wybrać na miejsce porodu.


Od marca 2016 roku obowiązują przepisy przewidujące, że postępowania przygotowawcze dotyczące błędów medycznych mają być prowadzone przez wyższe szczeble – czyli powinny trafiać do prokuratur regionalnych (gdy skutkiem jest śmierć człowieka) oraz do prokuratur okręgowych (gdy skutkiem błędu są poważne uszkodzenia ciała).

O swoich watpliwościach dotyczących tego, jak będą w praktyce funkcjonowały te zasady, obszernie pisałam tutaj.

Nie zdążyliśmy się przekonać, czy nowe przepisy okażą się przydatne, bo właśnie został rozesłany „okólnik” Zastępcy Prokuratora Generalnego, poważnie modyfikujący przepisy.

Z pisma nr PKIIP406.8.2016 z dnia 14 czerwca 2016 roku, adresowanego do Prokuratorów Regionalnych, wynika „prośba o wdrożenie polecenia”, żeby wyższy szczebel, czyli prokuratury regionalne, zajmowały się jedynie przypadkami śmierci:

  • małoletnich,
  • „młodych ludzi”
  • przypadkami rażących błędów i
  • sprawami medialnymi.

Według mnie to dyskryminacja ofiar.

O watpliwościach na temat tzw. „nagłaśniania sprawy”, o których pisałam obszernie tutaj, można wiec zapomnieć. Trudno uwierzyć, ale jedyny słuszny wniosek jest chyba taki, że jeśli przez błąd lekarza straciliśmy osobę bliską, i nie była to „młoda osoba”, to aby sprawą zajęła się prokuratura regionalna, musimy zainteresować nią media. Chcąc nie chcąc.

W 2015 roku prokuratury na terenie całego kraju prowadziły łącznie 3394 postępowania przygotowawcze o przestępstwa polegające na narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez lekarzy lub inne osoby z personelu medycznego, ze skutkiem w postaci zgonu pacjenta lub spowodowania u niego ciężkiego uszkodzenia ciała, a tylko w 2015 wszczęte zostały 1772 takie postępowania.

Nawet, jeśli tylko cześć z tych spraw zostanie nagłośniona, to materiały prasowe i telewizyjne na temat błędów medycznych będą nas atakować zewsząd.

Może to i dobrze. Czas zacząć na poważnie analizować skalę zjawiska.

Każda relacja prasowa na temat tragicznych skutków porodu brzmi niemal tak samo, jak ta z wrocławskiej GW:

„Dziewczynka miała urodzić się zdrowa, ale przez błąd lekarzy doznała porażenia mózgowego i nie ma szans na normalne życie. Po 10 latach od fatalnego porodu sąd przyznał dziecku ponad 600 tys. zł zadośćuczynienia i dożywotnią rentę.

U dziewczynki zdiagnozowano mózgowe porażenie dziecięce, od tamtej pory przechodzi nieustanne leczenie i rehabilitację. Dziewczynka jest przykuta do łóżka, nie potrafi siedzieć bez podparcia ani mówić. W sytuacjach gdy doświadcza silnych emocji, wydaje jedynie dźwięki. Słabo widzi. Zmaga się także z padaczką, która pojawiła się kilka miesięcy po porodzie.”

Kiedy został udowodniony błąd lekarza, sąd musiał odpowiedzieć sobie – i rodzicom dziecka – na pytanie jakie zadośćuczynienie jest odpowiednie dla dziewczynki.

Sąd Apelacyjny w tym przypadku uznał, że 600 tys. zł. Nie wiem, jak to uzasadnił, bo nie występowałam w tej sprawie, ale z moim zespołem prawników z kancelarii BFP mamy za sobą dziesiątki zakończonych spraw związanych z przebiegiem porodu.

Z biegiem lat sądy zasądzają coraz wyższe kwoty, coraz lepiej rozumieją potrzeby poszkodowanych dzieci, za których stan odpowiadają błędy medyczne, w tym błąd lekarza przy porodzie:

– w 2009 roku wygraliśmy dla poszkodowanego chłopca 600 tys. zł. zadośćuczynienia (Sąd Apelacyjny w Lublinie),

– w 2012 roku w jednym z wyroków Sąd Apelacyjny w Warszawie zasądził  700 tys. zł. zadośćuczynienia dla dziecka z MPD,

– w 2015 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu przyznał 800 tys. zł. zadośćuczynienia,

– w 2016 roku zadośćuczynienie wyniosło 1.200 tys. zł. – jest to jak dotąd najwyższe zadośćuczynienie w Polsce – przyznane przez Sąd Apelacyjny w Warszawie.

We wszystkich tych sprawach poszkodowane dzieci dotknęła tragedia najcięższa spośród tych, które można sobie wyobrazić.

Wiem, że sędziowie z należytą troską rozważali, jakie zadośćuczynienie należy się każdemu z tych dzieci. Uzasadnienia brzmią niemal identycznie, przewija się w nich powołanie się na indywidualną krzywdę i konieczność jej zrekompensowania.

Skąd zatem takie rozbieżności? Można je wytłumaczyć dwiema przyczynami: dowodami, jakie zaoferował pełnomocnik i rodzice dziecka (pamiętajmy, że współpraca rodziców z pełnomocnikiem jest na każdym etapie procesu konieczna!) oraz indywidualną wrażliwością sędziego… Różnice są chyba jednak zbyt duże.

Więcej na temat jak szacować zadośćuczynienie w konkretnej sprawie piszę tutaj.