Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]


Od marca 2016 roku obowiązują przepisy przewidujące, że postępowania przygotowawcze dotyczące błędów medycznych mają być prowadzone przez wyższe szczeble – czyli powinny trafiać do prokuratur regionalnych (gdy skutkiem jest śmierć człowieka) oraz do prokuratur okręgowych (gdy skutkiem błędu są poważne uszkodzenia ciała).

O swoich watpliwościach dotyczących tego, jak będą w praktyce funkcjonowały te zasady, obszernie pisałam tutaj.

Nie zdążyliśmy się przekonać, czy nowe przepisy okażą się przydatne, bo właśnie został rozesłany „okólnik” Zastępcy Prokuratora Generalnego, poważnie modyfikujący przepisy.

Z pisma nr PKIIP406.8.2016 z dnia 14 czerwca 2016 roku, adresowanego do Prokuratorów Regionalnych, wynika „prośba o wdrożenie polecenia”, żeby wyższy szczebel, czyli prokuratury regionalne, zajmowały się jedynie przypadkami śmierci:

  • małoletnich,
  • „młodych ludzi”
  • przypadkami rażących błędów i
  • sprawami medialnymi.

Według mnie to dyskryminacja ofiar.

O watpliwościach na temat tzw. „nagłaśniania sprawy”, o których pisałam obszernie tutaj, można wiec zapomnieć. Trudno uwierzyć, ale jedyny słuszny wniosek jest chyba taki, że jeśli przez błąd lekarza straciliśmy osobę bliską, i nie była to „młoda osoba”, to aby sprawą zajęła się prokuratura regionalna, musimy zainteresować nią media. Chcąc nie chcąc.

W 2015 roku prokuratury na terenie całego kraju prowadziły łącznie 3394 postępowania przygotowawcze o przestępstwa polegające na narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez lekarzy lub inne osoby z personelu medycznego, ze skutkiem w postaci zgonu pacjenta lub spowodowania u niego ciężkiego uszkodzenia ciała, a tylko w 2015 wszczęte zostały 1772 takie postępowania.

Nawet, jeśli tylko cześć z tych spraw zostanie nagłośniona, to materiały prasowe i telewizyjne na temat błędów medycznych będą nas atakować zewsząd.

Może to i dobrze. Czas zacząć na poważnie analizować skalę zjawiska.

Każda relacja prasowa na temat tragicznych skutków porodu brzmi niemal tak samo, jak ta z wrocławskiej GW:

„Dziewczynka miała urodzić się zdrowa, ale przez błąd lekarzy doznała porażenia mózgowego i nie ma szans na normalne życie. Po 10 latach od fatalnego porodu sąd przyznał dziecku ponad 600 tys. zł zadośćuczynienia i dożywotnią rentę.

U dziewczynki zdiagnozowano mózgowe porażenie dziecięce, od tamtej pory przechodzi nieustanne leczenie i rehabilitację. Dziewczynka jest przykuta do łóżka, nie potrafi siedzieć bez podparcia ani mówić. W sytuacjach gdy doświadcza silnych emocji, wydaje jedynie dźwięki. Słabo widzi. Zmaga się także z padaczką, która pojawiła się kilka miesięcy po porodzie.”

Kiedy został udowodniony błąd lekarza, sąd musiał odpowiedzieć sobie – i rodzicom dziecka – na pytanie jakie zadośćuczynienie jest odpowiednie dla dziewczynki.

Sąd Apelacyjny w tym przypadku uznał, że 600 tys. zł. Nie wiem, jak to uzasadnił, bo nie występowałam w tej sprawie, ale z moim zespołem prawników z kancelarii BFP mamy za sobą dziesiątki zakończonych spraw związanych z przebiegiem porodu.

Z biegiem lat sądy zasądzają coraz wyższe kwoty, coraz lepiej rozumieją potrzeby poszkodowanych dzieci, za których stan odpowiadają błędy medyczne, w tym błąd lekarza przy porodzie:

– w 2009 roku wygraliśmy dla poszkodowanego chłopca 600 tys. zł. zadośćuczynienia (Sąd Apelacyjny w Lublinie),

– w 2012 roku w jednym z wyroków Sąd Apelacyjny w Warszawie zasądził  700 tys. zł. zadośćuczynienia dla dziecka z MPD,

– w 2015 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu przyznał 800 tys. zł. zadośćuczynienia,

– w 2016 roku zadośćuczynienie wyniosło 1.200 tys. zł. – jest to jak dotąd najwyższe zadośćuczynienie w Polsce – przyznane przez Sąd Apelacyjny w Warszawie.

We wszystkich tych sprawach poszkodowane dzieci dotknęła tragedia najcięższa spośród tych, które można sobie wyobrazić.

Wiem, że sędziowie z należytą troską rozważali, jakie zadośćuczynienie należy się każdemu z tych dzieci. Uzasadnienia brzmią niemal identycznie, przewija się w nich powołanie się na indywidualną krzywdę i konieczność jej zrekompensowania.

Skąd zatem takie rozbieżności? Można je wytłumaczyć dwiema przyczynami: dowodami, jakie zaoferował pełnomocnik i rodzice dziecka (pamiętajmy, że współpraca rodziców z pełnomocnikiem jest na każdym etapie procesu konieczna!) oraz indywidualną wrażliwością sędziego… Różnice są chyba jednak zbyt duże.

Więcej na temat jak szacować zadośćuczynienie w konkretnej sprawie piszę tutaj.

„Pod koniec września 2015 roku Sąd Rejonowy w Opolu uznał winę lekarki, która przyjmowała poród córek bliźniaczek sztangisty Bartłomieja Bonka, jednak odstąpił od wymierzenia jej kary i warunkowo umorzył postępowanie.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok SR, choć uznał, że zachowanie oskarżonej bezpośrednio przyczyniło się do śmierci dziewczynki.

Uzasadniając wyrok sąd wziął pod uwagę to, że lekarka samodzielnie nie mogła decydować o sposobie porodu i wykonywała zalecenia ordynatora. Na sali byli także inni lekarze, którzy w żadnym stopniu nie wyrazili sprzeciwu wobec metody rodzenia siłami natury.” – pisze dziś Gazeta Wyborcza.

Taki wyrok jest potwierdzeniem, jak trudno jest uzyskać wyrok skazujący za błąd lekarza czy pielęgniarki. Zwykle odpowiedzialność rozkłada się na cały personel obecny w danym dniu na dyżurze.

Często akt oskarżenia jest skierowany przeciwko najmłodszemu stażem lekarzowi, bo szuka się kozła ofiarnego, a wiadomo, że ordynatorzy czy szefowie dyżuru mają więcej do powiedzenia niż stażysta czy rezydent. Trudno też jest udowodnić, że gdyby leczenie było prawidłowe, to pacjent by nie zmarł lub byłyby w lepszym stanie zdrowia.

Takie ustalenia sądu karnego, czyli uznanie winy za nieprawidłowe decyzje dotyczące sposobu porodu, na pewno jednak będą przydatne w postępowaniu cywilnym. Droga do uzyskania odszkodowania, zadośćuczynienia i renty dla dziecka jest wtedy znacznie krótsza.

 

…to rodzicom pęka serce…

Czy łatwiej jest się z tym pogodzić, gdy mamy pewność, że nie dało się zrobić nic więcej? Że osoby, opiekujące się matką w ciąży i podczas porodu zrobiły wszystko, co w ich mocy, żeby dziecko urodziło się zdrowe?

Nie wiem.

Wiem jednak, że często rodzicom nie daje spokoju myśl, że gdyby nie zaniedbania, ich dziecko żyłoby.

Wtedy czasem piszą do mnie. A z dokumentacji wyłania się często przerażający obraz niekompetencji i bałaganu organizacyjnego.

Jak wtedy, gdy wczesną nocą jedna z mam zgłosiła się z mężem na poród rodzinny. Wody odchodziły jeszcze w trakcie przyjęcia do szpitala. KTG i inne badania potwierdzały dobry stan dziecka. Zalecono sen… Kiedy skurcze się nasiliły, a rodząca, która nie zmrużyła oka, nie wytrzymywała już bólu, mąż obudził położną. Ta powiedziała, żeby siedzieć na piłce, a potem wróciła do łóżka.

KTG wykonane rano należało już do grupy tzw. podejrzanych, a jego wynik mógł świadczyć o narastającym niedotlenieniu płodu. Zlecono oxytocynę, co miało przyspieszyć poród. W opinii biegłych najpóźniej w tym momencie należało jednak wykonać cięcie cesarskie, a kroplówka naskurczowa tylko pogarszała sytuację. Kolejni lekarze i położne zajmujący się rodzącą nie reagowali na gorsze z chwili na chwilę wyniki KTG.  Potem w ogóle zaprzestano monitorowania kardiotokograficznego. Położna błędnie oceniała tętno matki zamiast tętna płodu.

Dziecko urodziło się martwe po 3 godzinach od ostatniego zapisu.  Rodziców w pierwszej chwili uspokajano, że wszystko jest w porządku. Potem mogli tylko biernie obserwować reanimację swojego dziecka i narastający wokół chaos. Na rozpaczliwe pytania, co się stało, ordynator odpowiedział, że prawdopodobnie dziecko miało wady rozwojowe i dlatego zmarło.

Sekcja zwłok wykazała, że ich córeczka urodziłaby się zdrowa…

Prokuratura, umarzając postępowanie stwierdziła, że doszło do tylu nieprawidłowości i na tylu etapach porodu, że nie sposób przypisać odpowiedzialności konkretnym osobom. Z rodzącą zetknęło się co najmniej kilka osób, lekarzy i położnych, i żadna z nich nie zachowała się prawidłowo.

Zadośćuczynienie przyznane przez sąd matce wyniosło 120 tys. zł., ojcu 70 tys. zł.  Minął jakiś czas. Mieli to szczęście w nieszczęściu, że – jeszcze w trakcie trwania procesu – urodziło im się dwoje zdrowych dzieci. Już drogą cięcia cesarskiego.

Lekarze mówią, że cięcie cesarskie nie jest antidotum na wszelkie zło  w położnictwie, że 10% cięć cesarskich to operacje na życzenie pacjentek, i że należy z tym walczyć, bo to niebezpieczna tendencja zmierzająca już nie do realizacji reguły „raz cięcie zawsze cięcie”,  a  „raz ciąża zawsze cięcie”.

To prawda – teoretycznie.

Jest jedno „ale”.

Co jest tym właściwym antidotum na zło w położnictwie?

I czy na  pewno  lekarzom  wolno  z  tym  złem  walczyć, ryzykując  nawet  w  najmniejszym stopniu życie i zdrowie rodzącej i dziecka, na zasadzie „powinno się udać urodzić dołem”?

Więcej na temat roszczeń rodziców i osób bliskich w przypadku, gdy z winy personelu medycznego dojdzie do poronienia albo martwego urodzenia, napisałam w obszernym artykule, który niebawem zostanie  opublikowany przez prawniczy portal Wolters Kluwer.

 

USG rodzącej wykonywała lekarz rezydent, która była na początku swojego szkolenia specjalizacyjnego, a jej doświadczenie było praktycznie żadne. Zakwalifikowała rodzącą do porodu naturalnego.  Pomiary biometryczne płodu (biometria płodu) nie wywołały u niej nawet cienia niepokoju, mimo, że nomogram aparatu USG wskazywał, że obwód brzuszka dziecka jest… powyżej skali!

Tajemniczy kod w badaniu USG: AC i HC.

Co oznacza? No właśnie.

AC to obwód brzuszka dziecka.

HC to obwód główki dziecka, ale w USG dotyczy kości czaszki. Wykonywany po porodzie pomiar obwodu główki noworodka obejmuje także skórę i tkankę podskórną.

W tym przypadku AC było większe od HC  o 11 cm!

W sytuacji, gdy obwód brzuszka płodu (AC) jest większy od obwodu główki (HC) o więcej niż 4 cm w dowolnym tygodniu ciąży, należy zgodnie ze standardami opracowanymi przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne (w zakresie postępowania u ciężarnych z cukrzycą), jak i według stanowiska Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, rozważyć ukończenie ciąży drogą cięcia cesarskiego. Przyczyną jest duże ryzyko dystocji barkowej, czyli sytuacji położniczej, w której po urodzeniu główki płodu dalsze rodzenie się barków jest utrudnione.

Znacznie większe AC niż HC sugeruje proporcje ciała charakterystyczne dla makrosomii płodu, czyli masywny tułów i szerokie barki u dziecka. Nie można tego bezpośrednio ocenić ultrasonograficznie.

Matka i dziecko przeżyły ten poród – forsowany do końca siłami natury – tylko dlatego, że podczas rozpaczliwych prób wydobywania dziecka w pobliżu sali porodowej przechodził doświadczony położnik, oprowadzający po oddziale grupę zagranicznych studentów medycyny (taka relacja widnieje w dokumentacji medycznej).  Wiedział, jakie manewry położnicze zastosować (manewr McRobertsa, manewr Woodsa, manewr Rubina). Niestety, mimo jego wysiłków, podjętych w końcowej fazie porodu, dziewczynka cierpi na całkowite porażenie splotu barkowego (typ Erba – Duchenne’a – Klumpke). Jest to najcięższe uszkodzenie. Rokowania są złe. Nie odzyska pełnej sprawności ręki.

Czy dziecko mogłoby być zdrowe?

Niepokojący wynik USG niedoświadczony lekarz powinien był skonsultować ze starszym dyżurnym. Decyzja o sposobie zakończenia ciąży powikłanej, gdy mechanizm patologii jest znany i możliwy do przewidzenia na długo przed porodem, nie powinna być podejmowana w ostatniej chwili.

Schemat HELPERR (czynności podejmowane w przypadku wystąpienia dystocji barkowej) opracowany przez American College of Obstetrician and Gynecologist powinien wisieć na ścianie każdego oddziału ginekologiczno -położniczego. Każdy położniki i  każda położna powinna go znać na pamięć. I stosować…

Tylko, komu o tym powiedzieć, skoro poród odbył się w renomowanej klinice uniwersyteckiej, a wszystko było „nie tak”?