Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

„Pod koniec września 2015 roku Sąd Rejonowy w Opolu uznał winę lekarki, która przyjmowała poród córek bliźniaczek sztangisty Bartłomieja Bonka, jednak odstąpił od wymierzenia jej kary i warunkowo umorzył postępowanie.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok SR, choć uznał, że zachowanie oskarżonej bezpośrednio przyczyniło się do śmierci dziewczynki.

Uzasadniając wyrok sąd wziął pod uwagę to, że lekarka samodzielnie nie mogła decydować o sposobie porodu i wykonywała zalecenia ordynatora. Na sali byli także inni lekarze, którzy w żadnym stopniu nie wyrazili sprzeciwu wobec metody rodzenia siłami natury.” – pisze dziś Gazeta Wyborcza.

Taki wyrok jest potwierdzeniem, jak trudno jest uzyskać wyrok skazujący za błąd lekarza czy pielęgniarki. Zwykle odpowiedzialność rozkłada się na cały personel obecny w danym dniu na dyżurze.

Często akt oskarżenia jest skierowany przeciwko najmłodszemu stażem lekarzowi, bo szuka się kozła ofiarnego, a wiadomo, że ordynatorzy czy szefowie dyżuru mają więcej do powiedzenia niż stażysta czy rezydent. Trudno też jest udowodnić, że gdyby leczenie było prawidłowe, to pacjent by nie zmarł lub byłyby w lepszym stanie zdrowia.

Takie ustalenia sądu karnego, czyli uznanie winy za nieprawidłowe decyzje dotyczące sposobu porodu, na pewno jednak będą przydatne w postępowaniu cywilnym. Droga do uzyskania odszkodowania, zadośćuczynienia i renty dla dziecka jest wtedy znacznie krótsza.

 

…to rodzicom pęka serce…

Czy łatwiej jest się z tym pogodzić, gdy mamy pewność, że nie dało się zrobić nic więcej? Że osoby, opiekujące się matką w ciąży i podczas porodu zrobiły wszystko, co w ich mocy, żeby dziecko urodziło się zdrowe?

Nie wiem.

Wiem jednak, że często rodzicom nie daje spokoju myśl, że gdyby nie zaniedbania, ich dziecko żyłoby.

Wtedy czasem piszą do mnie. A z dokumentacji wyłania się często przerażający obraz niekompetencji i bałaganu organizacyjnego.

Jak wtedy, gdy wczesną nocą jedna z mam zgłosiła się z mężem na poród rodzinny. Wody odchodziły jeszcze w trakcie przyjęcia do szpitala. KTG i inne badania potwierdzały dobry stan dziecka. Zalecono sen… Kiedy skurcze się nasiliły, a rodząca, która nie zmrużyła oka, nie wytrzymywała już bólu, mąż obudził położną. Ta powiedziała, żeby siedzieć na piłce, a potem wróciła do łóżka.

KTG wykonane rano należało już do grupy tzw. podejrzanych, a jego wynik mógł świadczyć o narastającym niedotlenieniu płodu. Zlecono oxytocynę, co miało przyspieszyć poród. W opinii biegłych najpóźniej w tym momencie należało jednak wykonać cięcie cesarskie, a kroplówka naskurczowa tylko pogarszała sytuację. Kolejni lekarze i położne zajmujący się rodzącą nie reagowali na gorsze z chwili na chwilę wyniki KTG.  Potem w ogóle zaprzestano monitorowania kardiotokograficznego. Położna błędnie oceniała tętno matki zamiast tętna płodu.

Dziecko urodziło się martwe po 3 godzinach od ostatniego zapisu.  Rodziców w pierwszej chwili uspokajano, że wszystko jest w porządku. Potem mogli tylko biernie obserwować reanimację swojego dziecka i narastający wokół chaos. Na rozpaczliwe pytania, co się stało, ordynator odpowiedział, że prawdopodobnie dziecko miało wady rozwojowe i dlatego zmarło.

Sekcja zwłok wykazała, że ich córeczka urodziłaby się zdrowa…

Prokuratura, umarzając postępowanie stwierdziła, że doszło do tylu nieprawidłowości i na tylu etapach porodu, że nie sposób przypisać odpowiedzialności konkretnym osobom. Z rodzącą zetknęło się co najmniej kilka osób, lekarzy i położnych, i żadna z nich nie zachowała się prawidłowo.

Zadośćuczynienie przyznane przez sąd matce wyniosło 120 tys. zł., ojcu 70 tys. zł.  Minął jakiś czas. Mieli to szczęście w nieszczęściu, że – jeszcze w trakcie trwania procesu – urodziło im się dwoje zdrowych dzieci. Już drogą cięcia cesarskiego.

Lekarze mówią, że cięcie cesarskie nie jest antidotum na wszelkie zło  w położnictwie, że 10% cięć cesarskich to operacje na życzenie pacjentek, i że należy z tym walczyć, bo to niebezpieczna tendencja zmierzająca już nie do realizacji reguły „raz cięcie zawsze cięcie”,  a  „raz ciąża zawsze cięcie”.

To prawda – teoretycznie.

Jest jedno „ale”.

Co jest tym właściwym antidotum na zło w położnictwie?

I czy na  pewno  lekarzom  wolno  z  tym  złem  walczyć, ryzykując  nawet  w  najmniejszym stopniu życie i zdrowie rodzącej i dziecka, na zasadzie „powinno się udać urodzić dołem”?

Więcej na temat roszczeń rodziców i osób bliskich w przypadku, gdy z winy personelu medycznego dojdzie do poronienia albo martwego urodzenia, napisałam w obszernym artykule, który niebawem zostanie  opublikowany przez prawniczy portal Wolters Kluwer.

 

USG rodzącej wykonywała lekarz rezydent, która była na początku swojego szkolenia specjalizacyjnego, a jej doświadczenie było praktycznie żadne. Zakwalifikowała rodzącą do porodu naturalnego.  Pomiary biometryczne płodu (biometria płodu) nie wywołały u niej nawet cienia niepokoju, mimo, że nomogram aparatu USG wskazywał, że obwód brzuszka dziecka jest… powyżej skali!

Tajemniczy kod w badaniu USG: AC i HC.

Co oznacza? No właśnie.

AC to obwód brzuszka dziecka.

HC to obwód główki dziecka, ale w USG dotyczy kości czaszki. Wykonywany po porodzie pomiar obwodu główki noworodka obejmuje także skórę i tkankę podskórną.

W tym przypadku AC było większe od HC  o 11 cm!

W sytuacji, gdy obwód brzuszka płodu (AC) jest większy od obwodu główki (HC) o więcej niż 4 cm w dowolnym tygodniu ciąży, należy zgodnie ze standardami opracowanymi przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne (w zakresie postępowania u ciężarnych z cukrzycą), jak i według stanowiska Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, rozważyć ukończenie ciąży drogą cięcia cesarskiego. Przyczyną jest duże ryzyko dystocji barkowej, czyli sytuacji położniczej, w której po urodzeniu główki płodu dalsze rodzenie się barków jest utrudnione.

Znacznie większe AC niż HC sugeruje proporcje ciała charakterystyczne dla makrosomii płodu, czyli masywny tułów i szerokie barki u dziecka. Nie można tego bezpośrednio ocenić ultrasonograficznie.

Matka i dziecko przeżyły ten poród – forsowany do końca siłami natury – tylko dlatego, że podczas rozpaczliwych prób wydobywania dziecka w pobliżu sali porodowej przechodził doświadczony położnik, oprowadzający po oddziale grupę zagranicznych studentów medycyny (taka relacja widnieje w dokumentacji medycznej).  Wiedział, jakie manewry położnicze zastosować (manewr McRobertsa, manewr Woodsa, manewr Rubina). Niestety, mimo jego wysiłków, podjętych w końcowej fazie porodu, dziewczynka cierpi na całkowite porażenie splotu barkowego (typ Erba – Duchenne’a – Klumpke). Jest to najcięższe uszkodzenie. Rokowania są złe. Nie odzyska pełnej sprawności ręki.

Czy dziecko mogłoby być zdrowe?

Niepokojący wynik USG niedoświadczony lekarz powinien był skonsultować ze starszym dyżurnym. Decyzja o sposobie zakończenia ciąży powikłanej, gdy mechanizm patologii jest znany i możliwy do przewidzenia na długo przed porodem, nie powinna być podejmowana w ostatniej chwili.

Schemat HELPERR (czynności podejmowane w przypadku wystąpienia dystocji barkowej) opracowany przez American College of Obstetrician and Gynecologist powinien wisieć na ścianie każdego oddziału ginekologiczno -położniczego. Każdy położniki i  każda położna powinna go znać na pamięć. I stosować…

Tylko, komu o tym powiedzieć, skoro poród odbył się w renomowanej klinice uniwersyteckiej, a wszystko było „nie tak”?

Czy nagłośnienie błędu medycznego nie pomogłoby sprawie?  To jedno z najczęściej zadawanych mi pytań w czasie dyskusji z klientami o strategii prowadzenia procesu.

Różnie z tym bywa. Czasem dobrze jest zainteresować media skandalicznym błędem.

Szczególnie wtedy, kiedy:

  • nie wszystkie okoliczności sprawy są nam znane – wtedy czasem z nagranego reportażu można  uzyskać przydatne informacje, bo ktoś powie coś za dużo…;
  • chcemy, by skontaktowali się z nami inni poszkodowani w tym samym szpitalu, przez tego samego lekarza lub mający podobne problemy ze zdrowiem;
  • sprawa jest tak mocno „zamiatana pod dywan”, że jeśli nie włączą się media, to wszyscy będą się dalej kryć w imię solidarności zawodowej. W obliczu mediów trudniej jest – kładąc na szali swój zawodowy autorytet – formułować jednoznaczne oceny aprobujące postępowanie kolegów po fachu;
  • sprawa jest na tyle poważna, że rolą mediów jest rozpoczęcie dyskusji o skali zjawiska;
  • chcemy, żeby uprawnione organy lepiej zajęły się sprawą – gdy media patrzą na ręce, postępowania zwykle idą sprawniej.

Są i mankamenty:

  • współpraca z mediami to upublicznianie bardzo osobistych spraw, związanych ze zdrowiem i naszą rodziną,
  • często po naglośnieniu sprawy stanowisko podmiotu leczniczego się usztywnia (to jednak mała strata, bo na ugodę i tak na ogół nie ma co liczyć).

Przy okazji warto wspomnieć o nowo wprowadzonych zmianach w Kodeksie Postępowania Karnego i innych ustawach szczególnych w zakresie błędów medycznych i tajemnicy lekarskiej. Według nowych przepisów,  po śmierci pacjenta każda z jego osób bliskich – nie tylko spadkobierca – będzie miała szerokie uprawnienia do żądania informacji na temat przebiegu leczenia zmarłego i do zwolnienia lekarzy i pielęgniarek z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Warto przypomnieć, że osoby bliskie (definicja z ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta) to: małżonek, krewny lub powinowaty do drugiego stopnia w linii prostej (czyli np. wnuk, synowa), przedstawiciel ustawowy, osoba pozostająca we wspólnym pożyciu lub osoba wskazana przez pacjenta. Każda z tych osób ma równocześnie prawo zgłosić sprzeciw wobec zwolnienia z tajemnicy, czyli liberum veto. Więcej na ten temat piszę tutaj.

Istotnym  novum jest też zmiana kodeksu postępowania karnego i wprowadzenie możliwości rozpowszechniania publicznego – czyli informowania mediów – przez osobę, której zgoda była wymagana do zwolnienia z tajemnicy, co do okoliczności objętych tajemnicą, które zostały ujawnione na rozprawie karnej (art. 181 § 1a kpk). To rozwiązanie może uczynić detale procesu karnego przedmiotem publicznej, w szczególności medialnej dyskusji. Czy zawsze będzie to służyć poszkodowanym pacjentom? Życie pokazuje, że rzeczywiście upublicznione przypadki błędów medycznych są wnikliwiej analizowane przez uprawnione organy. Z drugiej jednak strony, publiczna analiza przeprowadzanego postępowania dowodowego może nie służyć realizacji strategii procesowej przez strony procesu.

Trzeba na to uważać. A najlepiej unikać działania na własną rękę i skonsultować ewentualną współpracę z mediami z pełnomocnikiem.

Howgh.

O tym, czy Wielka Brytania wystąpi z Unii czy nie, dyskutują bez wytchnienia wszyscy. Nie ma się co dziwić, w jakimś stopniu każdego z nas to dotyczy.

No właśnie: „w jakimś”;-)

Bo co ma Brexit wspólnego ze sprawami o błąd medyczny, a konkretnie o błąd związany z ciążą i porodem?

Paradoksalnie sporo. Na Wyspach mieszka wielu Polaków. A że jakość opieki medycznej podobno znacząco odbiega tam – na niekorzyść – od poziomu świadczeń w Polsce, to Polacy–Prawie–Brytyjczycy leczą się często w rodzinnym kraju, przy okazji odwiedzin czy podczas wakacji spędzanych w Polsce. Polska bywa też chętnie wybierana jako kraj opieki nad kobietą w ciąży, nie wspominając już operacjach plastycznych. Turystyka medyczna to generalnie całkiem dochodowa branża, bo koszty leczenia w Polsce wciąż różnią się – tym razem na korzyść – od cen w UK.

Co, jeśli w trakcie takiego leczenia dojdzie do błędu medycznego?

Dotychczasowy i obecny (do czasu, jak Brexit stanie się faktycznie i formalnie faktem) system opiera się na regulacjach unijnych i jeżeli ich zabraknie, to nie będzie podstaw, aby Brytyjczycy (albo Polacy-Prawie-Brytyjczycy) mogli pozwać polskiego ubezpieczyciela polskiego szpitala u siebie.

Tak robią to teraz: na podstawie unijnego Rozporządzenia Bruksela I.  W takich sytuacjach właściwym prawem materialnym jest prawo miejsca popełnienia błędu medycznego: na podstawie unijnego Rozporządzenia Rzym II.

Jeśli widmo Brexitu się ziści, to tacy poszkodowani będą musieli wytaczać powództwa w Polsce

Już widzę ich miny, jak zasięgną opinii prawnej, czym różni się dochodzenie roszczeń w Polsce, od zwyczajów pod rządami common law;-)

Pozywanie „u siebie” jest znacznie bardziej atrakcyjne: w 99 % ugoda z ubezpieczycielem jest zawierana w trybie negocjacji kancelarii prawnej z ubezpieczycielem. Temat jest mi znany, bo często wydaję opinie eksperckie dotyczące głównie tego, jakie roszczenia przysługują poszkodowanym w myśl  prawa polskiego.

Ten sam ubezpieczyciel w Polsce z założenia neguje możliwość zawarcia jakiejkolwiek ugody, a 99 % spraw trafia do sądu:-(  Też coś na ten temat wiem, bo zanim wyślę pozew, zawsze daję ubezpieczycielowi wybór i szansę na dobrowolne uznanie roszczeń i zapłatę… Prawie zawsze wybierają źle;-), a potem płacą dodatkowo koszty i odsetki.

Tak więc, choć zagadnienie to może być ważne tylko dla – oby nielicznej – grupy poszkodowanych pacjentów, którzy mają miejsce zamieszkania w UK, a doznali szkody na zdrowiu w Polsce, to warto pamiętać  także o takich skutkach decyzji z obszaru wielkiej polityki.

Wolałabym, żebyśmy dobre zwyczaje i wieloletnie, dobre doświadczenia w zakresie dochodzenia roszczeń  w Wielkiej Brytanii powoli przeszczepiali na polski grunt, a nie cofali się w rozwoju:-(

W tekście wspomniałam:

  • Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) NR 1215/2012 z dnia 12 grudnia 2012 r. w sprawie jurysdykcji i uznawania orzeczeń sądowych oraz ich wykonywania w sprawach cywilnych i handlowych (wersja przekształcona), to jest  tzw. Bruksela I po „przekształceniu” w 2012 roku

oraz

  • Rozporządzenie (WE) NR 864/2007 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 lipca 2007 r. dotyczące prawa właściwego dla zobowiązań pozaumownych (Rzym II).