Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Czy nagłośnienie błędu medycznego nie pomogłoby sprawie?  To jedno z najczęściej zadawanych mi pytań w czasie dyskusji z klientami o strategii prowadzenia procesu.

Różnie z tym bywa. Czasem dobrze jest zainteresować media skandalicznym błędem.

Szczególnie wtedy, kiedy:

  • nie wszystkie okoliczności sprawy są nam znane – wtedy czasem z nagranego reportażu można  uzyskać przydatne informacje, bo ktoś powie coś za dużo…;
  • chcemy, by skontaktowali się z nami inni poszkodowani w tym samym szpitalu, przez tego samego lekarza lub mający podobne problemy ze zdrowiem;
  • sprawa jest tak mocno „zamiatana pod dywan”, że jeśli nie włączą się media, to wszyscy będą się dalej kryć w imię solidarności zawodowej. W obliczu mediów trudniej jest – kładąc na szali swój zawodowy autorytet – formułować jednoznaczne oceny aprobujące postępowanie kolegów po fachu;
  • sprawa jest na tyle poważna, że rolą mediów jest rozpoczęcie dyskusji o skali zjawiska;
  • chcemy, żeby uprawnione organy lepiej zajęły się sprawą – gdy media patrzą na ręce, postępowania zwykle idą sprawniej.

Są i mankamenty:

  • współpraca z mediami to upublicznianie bardzo osobistych spraw, związanych ze zdrowiem i naszą rodziną,
  • często po naglośnieniu sprawy stanowisko podmiotu leczniczego się usztywnia (to jednak mała strata, bo na ugodę i tak na ogół nie ma co liczyć).

Przy okazji warto wspomnieć o nowo wprowadzonych zmianach w Kodeksie Postępowania Karnego i innych ustawach szczególnych w zakresie błędów medycznych i tajemnicy lekarskiej. Według nowych przepisów,  po śmierci pacjenta każda z jego osób bliskich – nie tylko spadkobierca – będzie miała szerokie uprawnienia do żądania informacji na temat przebiegu leczenia zmarłego i do zwolnienia lekarzy i pielęgniarek z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Warto przypomnieć, że osoby bliskie (definicja z ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta) to: małżonek, krewny lub powinowaty do drugiego stopnia w linii prostej (czyli np. wnuk, synowa), przedstawiciel ustawowy, osoba pozostająca we wspólnym pożyciu lub osoba wskazana przez pacjenta. Każda z tych osób ma równocześnie prawo zgłosić sprzeciw wobec zwolnienia z tajemnicy, czyli liberum veto. Więcej na ten temat piszę tutaj.

Istotnym  novum jest też zmiana kodeksu postępowania karnego i wprowadzenie możliwości rozpowszechniania publicznego – czyli informowania mediów – przez osobę, której zgoda była wymagana do zwolnienia z tajemnicy, co do okoliczności objętych tajemnicą, które zostały ujawnione na rozprawie karnej (art. 181 § 1a kpk). To rozwiązanie może uczynić detale procesu karnego przedmiotem publicznej, w szczególności medialnej dyskusji. Czy zawsze będzie to służyć poszkodowanym pacjentom? Życie pokazuje, że rzeczywiście upublicznione przypadki błędów medycznych są wnikliwiej analizowane przez uprawnione organy. Z drugiej jednak strony, publiczna analiza przeprowadzanego postępowania dowodowego może nie służyć realizacji strategii procesowej przez strony procesu.

Trzeba na to uważać. A najlepiej unikać działania na własną rękę i skonsultować ewentualną współpracę z mediami z pełnomocnikiem.

Howgh.

O tym, czy Wielka Brytania wystąpi z Unii czy nie, dyskutują bez wytchnienia wszyscy. Nie ma się co dziwić, w jakimś stopniu każdego z nas to dotyczy.

No właśnie: „w jakimś”;-)

Bo co ma Brexit wspólnego ze sprawami o błąd medyczny, a konkretnie o błąd związany z ciążą i porodem?

Paradoksalnie sporo. Na Wyspach mieszka wielu Polaków. A że jakość opieki medycznej podobno znacząco odbiega tam – na niekorzyść – od poziomu świadczeń w Polsce, to Polacy–Prawie–Brytyjczycy leczą się często w rodzinnym kraju, przy okazji odwiedzin czy podczas wakacji spędzanych w Polsce. Polska bywa też chętnie wybierana jako kraj opieki nad kobietą w ciąży, nie wspominając już operacjach plastycznych. Turystyka medyczna to generalnie całkiem dochodowa branża, bo koszty leczenia w Polsce wciąż różnią się – tym razem na korzyść – od cen w UK.

Co, jeśli w trakcie takiego leczenia dojdzie do błędu medycznego?

Dotychczasowy i obecny (do czasu, jak Brexit stanie się faktycznie i formalnie faktem) system opiera się na regulacjach unijnych i jeżeli ich zabraknie, to nie będzie podstaw, aby Brytyjczycy (albo Polacy-Prawie-Brytyjczycy) mogli pozwać polskiego ubezpieczyciela polskiego szpitala u siebie.

Tak robią to teraz: na podstawie unijnego Rozporządzenia Bruksela I.  W takich sytuacjach właściwym prawem materialnym jest prawo miejsca popełnienia błędu medycznego: na podstawie unijnego Rozporządzenia Rzym II.

Jeśli widmo Brexitu się ziści, to tacy poszkodowani będą musieli wytaczać powództwa w Polsce

Już widzę ich miny, jak zasięgną opinii prawnej, czym różni się dochodzenie roszczeń w Polsce, od zwyczajów pod rządami common law;-)

Pozywanie „u siebie” jest znacznie bardziej atrakcyjne: w 99 % ugoda z ubezpieczycielem jest zawierana w trybie negocjacji kancelarii prawnej z ubezpieczycielem. Temat jest mi znany, bo często wydaję opinie eksperckie dotyczące głównie tego, jakie roszczenia przysługują poszkodowanym w myśl  prawa polskiego.

Ten sam ubezpieczyciel w Polsce z założenia neguje możliwość zawarcia jakiejkolwiek ugody, a 99 % spraw trafia do sądu:-(  Też coś na ten temat wiem, bo zanim wyślę pozew, zawsze daję ubezpieczycielowi wybór i szansę na dobrowolne uznanie roszczeń i zapłatę… Prawie zawsze wybierają źle;-), a potem płacą dodatkowo koszty i odsetki.

Tak więc, choć zagadnienie to może być ważne tylko dla – oby nielicznej – grupy poszkodowanych pacjentów, którzy mają miejsce zamieszkania w UK, a doznali szkody na zdrowiu w Polsce, to warto pamiętać  także o takich skutkach decyzji z obszaru wielkiej polityki.

Wolałabym, żebyśmy dobre zwyczaje i wieloletnie, dobre doświadczenia w zakresie dochodzenia roszczeń  w Wielkiej Brytanii powoli przeszczepiali na polski grunt, a nie cofali się w rozwoju:-(

W tekście wspomniałam:

  • Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) NR 1215/2012 z dnia 12 grudnia 2012 r. w sprawie jurysdykcji i uznawania orzeczeń sądowych oraz ich wykonywania w sprawach cywilnych i handlowych (wersja przekształcona), to jest  tzw. Bruksela I po „przekształceniu” w 2012 roku

oraz

  • Rozporządzenie (WE) NR 864/2007 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 lipca 2007 r. dotyczące prawa właściwego dla zobowiązań pozaumownych (Rzym II).

Dwa dni przed terminem drugiego porodu dziecko zmieniło położenie na miednicowe pośladkowe.

Rozpoczęły się skurcze przepowiadające, więc rodząca pojechała do szpitala. Lekarz prowadzący ciążę powiedział jej, że prawdopodobnie konieczne będzie cięcie cesarskie. W USG przy przyjęciu do szpitala masę płodu określono na 3857 g wg Sheparda, 3400 g wg Grannuma, a lekarz rezydent w dekursus wpisał ostatecznie na podstawie wydruku z badania, że szacowana waga to 3973 g informując jednocześnie rodziców, że może to być +/- 20 %.

Lekarz dyżurny podjął jednak decyzję o prowadzeniu porodu siłami natury. Biegli stwierdzili, że było to „pierwotne uchybienie”. Analiza sytuacji położniczej nie stwarzała podstaw do jednoznacznego przyjęcia, że „rodzenie dołem” nie stwarza zagrożenia dla płodu, a „niejasne wątpliwości w takiej ocenie winny spowodować odstąpienie od decyzji porodu siłami natury i rozwiązania ciąży cięciem cesarskim”.

Dziecko urodziło się martwe, ponieważ wystąpiły trudności przy urodzeniu barków, rączek i główki, a wydobywanie dziecka od momentu urodzenia się pośladków i tułowia trwało około kilkunastu minut. Chłopiec ważył 4510 g.

Lekarz dyżurny twierdził, że decyzję o prowadzeniu porodu siłami natury podjął w oparciu o swoje przekonanie, że masa płodu nie przekroczy 3500 g. Dodać należy, przekonanie powzięte w oparciu o wykonane przez innego lekarza USG – czyli lekarz  sam nie szacował wagi dziecka. Poprzestał na relacji niedoświadczonego, młodszego dyżurnego i pobieżne badanie rodzącej.

Zgodnie ze rekomendacjami  Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego,  nie było bezwzględnych wskazań do cięcia cesarskiego, ponieważ rodząca nie była pierworódką – choć poród siłami natury miał miejsce 6 lat wcześniej.  Były jednak tzw. wskazania elektywne: poród z położenia podłużnego miednicowego płodu może odbyć się drogami natury jedynie przy odpowiednich warunkach współmierności płodowo-miedniczej.

Lekarz powinien wybrać rozwiązanie najbardziej korzystne dla zdrowia i życia pacjentki oraz jej dziecka. Truizm. Czy w tym przypadku lekarz miał prawo podjąć tak ryzykowną decyzję bez jednoznacznej weryfikacji warunków do prowadzenia porodu siłami natury? Czy rzeczywiście przeanalizował „za” i „przeciw”, czy miał wszystkie potrzebne dane, czy też nadmiernie zaufał swojemu doświadczeniu czy przeczuciu, że będzie dobrze?

Za komentarz powinno wystarczyć „Stanowisko Departamentu Prawnego Ministerstwa Zdrowia z dnia 28.08.2007r. w sprawie wykonania cięcia cesarskiego na życzenie”: 

„W określonych sytuacjach – odnośnie do niektórych procedur – wykonanie przez lekarza zabiegu operacyjnego albo zastosowanie metody diagnostyki stwarzającej podwyższone ryzyko dla pacjenta wymaga pisemnej zgody pacjenta (art. 34 ust. 1 i 2 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty), nie zwalnia to jednak lekarza od odpowiedzialności za wybór metody leczenia jako błędu w sztuce lekarskiej.”

 

Kiedy pacjentka skarży ginekologa?

Jolanta Budzowska25 czerwca 20163 komentarze

Kiedy ginekolog popełnia błąd.

Ale nie chodziło o zabawę w „dziś pytanie – dziś odpowiedź”. Tytuł posta to tytuł konferencji, w której dziś uczestniczę (relacja jest on-line;-). Konferencja była dla ginekologów – to tygrysy lubią najbardziej:-)

Jeśli lekarze są uczeni, jak unikać najczęstszych błędów w diagnostyce USG – to mnie tematyka takiej konferencji bardzo interesuje. Dlaczego? Bo jednocześnie dowiaduję się jakie te błędy są… Łatwiej jest mi potem pod tym kątem weryfikować dokumentację medyczną.

Oczywiście, w ciągu jednodniowej konferencji nie zdobędę certyfikatu Sekcji Ultrasonograficznej Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego i certyfikatu FMF. Na takiej konferencji mogę jednak poznać poglądy uznanych autorytetów z dziedziny ginekologii i położnictwa na temat na przykład pozapołożniczych wskazań do cięcia cesarskiego.  Mogę też się dowiedzieć, jak w praktyce sprawdzają się Rekomendacje PTG z 2015 roku w sprawie przesiewowej diagnostyki USG w ciąży o przebiegu prawidłowym.

Dużo ciekawych informacji. Dużo wskazówek dla lekarzy, jak nie prowadzić dokumentacji medycznej, bo nieprawidłowe zapisy lub niekompletna informacja może być podstawą roszczeń pacjentów.

Czy to źle, że lekarze są szkoleni pod kątem obrony przed skargami pacjentów? Nie, to bardzo dobrze. Bo tacy lekarze leczą staranniej, wiedzą jakich błędów w leczeniu powinni unikać.

Z takiego samego powodu to też dobrze, że dyrektorzy szpitali z uwagą słuchali na innej konferencji mojego ostatniego wystąpienia o postępowaniach z zakresu błędów medycznych, bo znając zagrożenie, może poprawią organizację szpitali pod kątem bezpieczeństwa pacjentów.

Czy wreszcie ja powinnam uczestniczyć w konferencjach dla lekarzy? Bywam na wykładach z zakresu zakażeń szpitalnych, na konferencjach Towarzystwa Chirurgów Polskich, a teraz ukrywam się nieco;-) wśród uczestników sympozjum ginekologicznego. Zdecydowanie tak! Polemika z biegłymi w procesie o błąd medyczny to nie przelewki, a wiedzy nigdy dosyć. Z podobnych przyczyn jestem regularnym czytelnikiem i fanką bloga mec. Radosława Tymińskiego, który specjalizuje się w obronie lekarzy, a Pan Mecenas – z tego co wiem, również podczytuje moje blogi:-)

Crème de la crème: po południu (nadal w ramach konferencji) idę na warsztaty na temat tego, jak sporządzać protokoły operacyjne:-)

Ten moment, kiedy sędzia uzasadniając ustnie wyrok stwierdza, że sporządzając pisemne uzasadnienie będzie korzystać przede wszystkim z pozwu, bo jest tak dobrze napisany…;-)

Równie rzadko się zdarza, żeby sąd uwzględnił w całości żądanie pozwu. Zwykle, nie wiedzieć czemu, sędzia czuje się w obowiązku „obciąć” mniej lub bardziej kwotę zadośćuczynienia, jaka jest wskazana w pozwie. Trochę tak, jakby jej akceptacja bez zastrzeżeń umniejszała rolę sądu.

Zadośćuczynienie ma być „odpowiednie”, ale oszacowanie tej „odpowiedniości” jest więc bardzo trudne. Nie ma dwóch identycznych sytuacji, a i analiza uzasadnień w podobnych  sprawach niewiele ułatwia.  Temu, dlaczego odpowiednie jest np. 100 tys. zł., a nie 200 tys. zł.,  sądy nie poświęcają w nich zbyt wiele miejsca.  Zwykle zamyka się to stwierdzeniem: „Żądaną przez powoda kwotę X należy uznać jednak za nadmiernie wygórowaną. W ocenie sądu odpowiednia w tej sytuacji będzie kwota Y”.

I bądź tu mądry.

Tym bardziej ucieszyłam się z dzisiejszego wyroku: 500 tys. zł. zadośćuczynienia z odsetkami,  pełne odszkodowanie oraz renta (też z odsetkami), a na okrasę koszty postępowania dla strony wygrywającej, czyli reprezentowanej przeze mnie dziewczynki! Dokładnie tyle, ile wskazaliśmy w pozwie. I jeszcze: sprawa w pierwszej instancji trwała niewiele ponad 3 lata, czyli raczej krótko. Sprawy o błąd przy porodzie należą do najbardziej skomplikowanych i prawie zawsze zajmują sądom więcej czasu.

Zeznania świadków też odbiegały od „typowego” standardu zeznań świadków szpitala w sprawie o błąd medyczny. Lekarze i pielęgniarki zwykle znają dokumentację medyczną niemal na pamięć. Tym razem położne zeznały jednak także o tym, czego nie było w dokumentacji…

Po badaniu KTG, które na całej długości wykazało milczącą oscylację tętna płodu, wezwany przez nie lekarz dyżurny nie zbadał matki małoletniej powódki, a jedynie zalecił budzenie płodu oraz podanie dwóch butelek płynu PWE i antybiotyku. Nic to nie dało. KTG w dalszym ciągu wskazywało milczącą oscylację. Taki stan przeciągał się w czasie. Trwały konsultacje z lekarzami. Decyzję o cięciu cesarskim podjęto po 2 godzinach, dopiero po tym, kiedy wystąpiła znaczna deceleracja (spadek) tętna płodu – do 70 uderzeń na minutę, która mimo upływu czasu nie wracała do normy.

Małoletnia powódka w momencie urodzenia nie wykazywała żadnych oznak życiowych; stan ogólny określony został jako bardzo ciężki. Wyciągnięta została z gęstych, zielonych wód płodowych. Ocena stanu zdrowia dziecka w skali Apgar wynosiła odpowiednio: 0 punktów w 1 minucie, 1 punkt w 5 minucie oraz 2 punkty w 10 minucie życia.

Dzisiaj najpoważniejszą konsekwencją przebytego niedotlenienia jest obustronny niedosłuch (w stopniu średnim) u dziecka. Jak stwierdziła biegła:

,,Analiza całości dokumentacji medycznej dotyczącej przebiegu okresu okołoporodowego, stanu zdrowia dziecka w pierwszych minutach życia, konsultacja kardiologiczna, neurologiczna wskazują, z dużym prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że niedosłuch u małoletniej jest wyłącznie wynikiem ostrego niedotlenienia spowodowanego zamartwicą”.

Sąd – podobnie jak ja i rodzice dziecka – uznał, że odpowiednie zadośćuczynienie w tej sytuacji to 500 tys. zł. i zasądził tyle, ile żądaliśmy. Skoro ta kwota jest utrzymana w rozsądnych granicach,  a jednocześnie wynagradza w ocenie poszkodowanych krzywdę dziecka, to przecież nie ma powodu, aby silić się na – z założenia naciągane – uzasadnienie, że nie 500 tys. zł., a np. 450 tys. zł. albo 350 tys. zł… Prawda?