Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Wstęp będzie nieco przydługi, ale tych, którzy po przeczytaniu tytułu zastanowili się przez moment, czy na pewno trafili na ten blog, na który zamierzali, uspokoję, że tak. Trafili na bardzo dobry blog😉

Na youtubie łatwo można znaleźć film Konferencja Marka Gungora: „Czym się różni mózg mężczyzny od mózgu kobiety”. Ten film wiele tłumaczy.

Bo było to tak: oglądałam sobie spokojnie w TV jednym okiem mecz piłkarski Polska – Ukraina. To nie było być albo nie być dla Polski, a kibic piłki nożnej ze mnie raczej średni. Niemniej jednak zawsze, gdy Polacy w coś grają, adrenalina mi znacząco rośnie. Wyszłam więc z założenia, że aby nadmiernie i w sposób szkodliwy dla zdrowia nie pochłonęła mnie akcja na boisku, drugim okiem przeglądnę sobie Rzeczpospolitą.

To, że robienie dwóch rzeczy na raz nie jest czymś niezwykłym dla kobiety, także dla kobiety-prawnika, objaśnia wyczerpująco wspomniany Mark Gungor. Od skojarzenia do skojarzenia, w Rzeczpospolitej jest zwykle sporo o podatkach. A jak o podatkach i prawie, to moje myśli niemal zawsze wędrują do spraw związanych z błędami medycznymi.

W meczu 1:0 dla Polski.

W tym momencie już do końca upewniłam się, że moje wsparcie mentalne nie jest naszym chłopakom dłużej potrzebne. Za to poszkodowanym na skutek błędów medycznych i owszem.

I tak możemy przejść płynnie do sedna, czyli do kwestii podatku dochodowego od  rekompensaty finansowej za błąd medyczny. W kilku słowach:

  • kwoty odszkodowania lub zadośćuczynienia otrzymane za błąd medyczny na podstawie wyroku lub ugody sądowej są zwolnione od podatku dochodowego;
  • odszkodowania za błąd lekarski wynikające z zawartych umów lub ugód innych niż ugody sądowe podlegają opodatkowaniu – czyli na przykład ugody pozasądowe zawarte z ubezpieczycielem lub szpitalem przed wytoczeniem procesu;
  • co do zadośćuczynienia – jest dyskusyjne, czy w razie wypłaty na podstawie ugody pozasądowej też należy się od nich podatek (bo przepis mówi jedynie o odszkodowaniu);
  • jeśli poszkodowany nie zawarł żadnej ugody, bo ubezpieczyciel lub szpital dobrowolnie wypłacił całość lub część odszkodowania lub zadośćuczynienia za błąd medyczny, istnieje co najmniej wątpliwość, czy otrzymane przez poszkodowanego kwoty nie są przypadkiem opodatkowane;
  • od zasądzonych odsetek podatek dochodowy się należy (to są tzw. „przychody z innych źródeł”).

Oczywiście, to tylko główne reguły. Pojawiają się różne interpretacje i wyroki sądów administracyjnych, ale prawo podatkowe to grząski grunt i należy się po nim poruszać ostrożnie.

Gdy pomyślę, że dla polskiego fiskusa OK jest jedynie ugoda zawarta przed sądem (najczęściej podpisana po kilku latach i uzyskaniu kosztownych opinii biegłych), a nie jest OK ugoda zawarta po tym, jak szpital i jego ubezpieczyciel dobrowolnie uznają swój błąd medyczny i zaproponują pacjentowi polubowne załatwienie sporu, jeszcze zanim sprawa trafi do sądu – to nóż mi się w kieszeni otwiera.

O co chodzi? O to, żeby poszkodowanych pchać do sądu? Żeby tych, którzy za namową ubezpieczycieli podpisali ugodę pozasądową zaskakiwać podatkiem dochodowym od otrzymanego odszkodowania?

I tak poziom adrenaliny mi mimo woli wzrósł. A Polacy utrzymali wynik do końca meczu.

Wychodzimy z grupy! Brawo!

 

Gdyby zapytać tzw. przypadkowego przechodnia, jaki przedmiot jest najbardziej charakterystyczny dla prawnika procesowego, to stawiam, że najczęstsze odpowiedzi byłyby takie: toga, kodeks, aktówka, długopis (?).

Pudło:-)! Prawidłowa odpowiedź brzmi: walizka na kółkach, zawierająca kilka solidnych tomów akt, ważąca znacznie powyżej 10 kg. Trzeba mieć kondycję, żeby prowadzić sprawy sądowe o błąd medyczny, bo często sama niezbędna na sali rozpraw dokumentacja medyczna liczy kilkaset stron.

Po kilku dniach rozpraw w różnych miastach Polski przyszedł więc czas na wypoczynek, a konkretnie  połączenie przyjemnego z pożytecznym. Najpierw konferencja u Rzecznika Praw Obywatelskich na temat: „Wybrane aspekty praw człowieka a bioetyka. Zgoda na zabieg.” (o zgodzie napiszę innym razem, bo to niezwykle ważna dla pacjentów kwestia), a potem wykład dla dyrektorów szpitali w Krynicy Górskiej. Mówiłam o tym, co szpitale powinny brać pod uwagę przy zakupie polisy ubezpieczeniowej odpowiedzialności cywilnej, czyli z grubsza rzecz ujmując, opowiadałam o tym, jakie wyroki zapadają i dlaczego. Wygłaszania wykładów podejmuję się tylko wyjątkowo, bo najchętniej zapraszają mnie „wrogowie” – czyli potencjalni przeciwnicy procesowi: ubezpieczyciele, lekarze, firmy medyczne. Wychodzę z założenia, że nie powinnam ułatwiać im życia, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem;-)  W tym przypadku było jednak inaczej: dobrze ubezpieczony szpital to korzyść dla pacjenta.

Ubezpieczyciel odpowiada za szpital, ale tylko w granicach sumy ubezpieczenia i zgodnie z treścią zawartej umowy ubezpieczeniowej. Ma obowiązek ubezpieczyć się minimum na kwotę, jaką od danego podmiotu wymaga Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 22 grudnia 2011 roku w w sprawie obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej podmiotu wykonującego działalność leczniczą.

W przypadku szpitali od 1 stycznia 2012 roku takie obowiązkowe OC to minimum 100 000 euro w odniesieniu do jednego zdarzenia oraz 500 000 euro w odniesieniu do wszystkich zdarzeń, których skutki są objęte umową.  Szpitale niestety nadal zbyt rzadko wykupują dodatkowe polisy, czyli na ogół w razie kłopotów nie mogą się wylegitymować wyższym ubezpieczeniem, niż to     podstawowe, wymagane przez prawo.

Co to oznacza w praktyce? Jeżeli zdaniem pacjenta odpowiednie zadośćuczynienie w jego przypadku wynosi 500 tys. zł., a dodatkowo należy mu się odszkodowanie i renta, to z góry wiadomo, że  taka polisa szpitala nie wystarczy na pokrycie tych zobowiązań. Zasądzona przez sąd renta płatna jest przecież do końca życia, a czasem może być też zwiększona (z obywatelskiego obowiązku dodaję, że może być także zmniejszona, jeśli pozwany udowodni, że stan zdrowia i potrzeby poszkodowanego już nie wymagają takich wydatków). Dodatkowo, jeśli z określonego błędu, na przykład okołoporodowego, wynikają daleko idące konsekwencje dla więcej niż jednej osoby (najczęściej dziecka), np. zadośćuczynienie należy się też członkom rodziny, to nadal wszystkie te osoby mają do dyspozycji kwotę „na jedno zdarzenie”, czyli wspomniane 100 000 euro.

Pacjent najczęściej nie może więc pozwać wyłącznie ubezpieczyciela szpitala, chociaż teoretycznie mógłby to zrobić, w myśl art. 822 par. 4 Kodeksu Cywilnego:

„Uprawniony do odszkodowania w związku ze zdarzeniem objętym umową ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej może dochodzić roszczenia bezpośrednio od ubezpieczyciela.”

Gdybyśmy pozwali tylko ubezpieczyciela, to roszczenie przeciwko szpitalowi mogłoby się przedawnić jeszcze zanim taki proces by się skończył…

Pozostaje nam zatem wybór: pozwać sam szpital (bo w razie przegranej szpitala, a naszej wygranej, ubezpieczyciel i tak za niego wypłaci kwotę, na jaką szpital jest ubezpieczony) albo pozwać i szpital, i ubezpieczyciela. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy rozważamy jednoczesne pociągnięcie do odpowiedzialności lekarza kontraktowego czy kolejny podmiot leczniczy, który w toku leczenia pacjenta przyczynił się do pogorszenia stanu jego zdrowia.

To, jaki scenariusz realizować, pozostaje do decyzji prawnika reprezentującego poszkodowanego pacjenta i jest elementem strategii procesowej w konkretnej sprawie. Czasem, wbrew pozorom, lepiej mieć dwóch, a nawet więcej przeciwników.  Dlaczego?

Tajemnica:-) Na szkoleniu dla dyrektorów szpitali też o tym nie powiedziałam:-)

O biegłych w procesach medycznych napisano już chyba wszystko. Jakoś jednak bez echa przeszły dwie ostatnie, a przy okazji dość istotne, zmiany dotyczące statusu biegłych: zaostrzenie ich odpowiedzialności karnej oraz wprowadzenie możliwości dodatkowego „karania” przez obniżenie lub nieprzyznanie wynagrodzenia przez sąd. Zajmę się więc analizą wybranych aspektów opiniowania w sprawach o błąd medyczny w konwencji „fakty i mity”, żebyśmy byli na bieżąco z tym zagadnieniem.

Mit: „sąd jest najwyższym biegłym”

Fakt: jeżeli, to tylko w znaczeniu, że ostatecznie to sąd wydaje wyroki. Jeśli chodzi o sędziowską ocenę opinii, to niestety sędzia ma prawo jedynie zanegować wartość opinii biegłego i sięgnąć po inną. Czyli układ zero – jedynkowy. Jeżeli w sprawie istnieje potrzeba wykorzystania wiadomości specjalnych dla stwierdzenia okoliczności o istotnym znaczeniu dla jej rozstrzygnięcia, nie ma możliwości zrezygnowania z opinii  albo zastąpienia jej innymi dowodami, lub też własną wiedzą sądu. Dla oceny, czy opinia jest przydatna i wartościowa, sąd dysponuje jednak niestety jedynie takimi narzędziami, jak zasady prawidłowego rozumowania oraz wskazania wiedzy i doświadczenia życiowego.  Bywa, że to stanowczo zbyt mało… W praktyce więc rzeczywiście – mówiąc potocznie –  to biegli wydają wyroki. Dlaczego? Patrz: „Praktyka”.

Praktyka: jeśli pełnomocnik (radca prawny, adwokat) strony procesu nie zakwestionuje skutecznie opinii i nie wskaże sądowi jej mankamentów, to sędzia nie ma interesu w tym, żeby „drążyć”, czy opinia jest rzeczywiście sporządzona w oparciu o aktualną wiedzę medyczną i poparta rzetelną analizą akt. Oczywiście, musi mieć przynajmniej pozory fachowości.  Sądy szczególnie chętnie akceptują opinie, które kończą się rutynowym zwrotem: „W postępowaniu leczniczym nie można dopatrzyć się błędów w leczeniu, które pozostawałyby w związku przyczynowo – skutkowym z aktualnym stanem zdrowia powoda” (lub podobnym). Stare powiedzenie pełnomocników brzmi: zapada taki wyrok, jaki sędziemu jest łatwiej udowodnić…

Mit: „biegli są bezkarni”

Fakt: 

  1. Wynagrodzenie

Jeżeli   biegły wyda fałszywą opinię, nie przysługuje mu wynagrodzenie oraz zwrot jakichkolwiek kosztów poniesionych przez biegłego związanych z jej sporządzeniem lub złożeniem.

Jeżeli opinia jest nierzetelna lub została sporządzona lub złożona ze znacznym nieusprawiedliwionym opóźnieniem, wynagrodzenie ulega odpowiedniemu obniżeniu; można również odstąpić od przyznania wynagrodzenia lub zwrotu jakichkolwiek kosztów poniesionych przez biegłego związanych z jej sporządzeniem lub złożeniem.

  1. Odpowiedzialność karna

Jeśli biegły przedstawia fałszywą opinię mające służyć za dowód w postępowaniu określonym karnym, podlega odpowiedzialności karnej.

  1. Odpowiedzialność cywilna

Biegły sądowy możne ponosić odpowiedzialność deliktową wobec osób trzecich za szkodę spowodowaną wydaniem nieprawdziwej (nierzetelnej) opinii w postępowaniu sądowym. Biegły odpowiada osobiście za wykonane przez siebie czynności, mimo że do wykonania ich zobowiązał go sąd.

  1. Inne

Jeśli biegły postępuje niezgodnie ze złożonym przyrzeczeniem albo nienależycie wykonuje swoje obowiązki, może zostać skreślony z listy biegłych sądowych.

Praktyka: Opinia teoretycznie może być uznana za fałszywą wówczas, gdy ocena wyrażona w opinii pozostaje w wyraźnej sprzeczności:

  • z rzeczywistym stanem rzeczy, czyli z faktami
  • aktualnym stanem wiedzy w dziedzinie, której opina dotyczy, lub
  • została oparta na wyraźnie błędnej metodzie badawczej.

Opinia mija się z prawdą, jeżeli biegły podaje w niej nieprawdziwe fakty, wyciąga z faktów wnioski wyraźnie niezgodne z kryteriami uznawanymi za niewątpliwe w dziedzinie, której opinia dotyczy lub nie zamieszcza w opinii istotnych wniosków wynikających z przeprowadzonych badań.

Problem polega „jedynie” na tym, że fałszywość opinii biegłego należy udowodnić… opinią innego biegłego sądowego! Nie znam wyroku sądu, który uznałby, że biegły sądowy ponosi odpowiedzialność i powinien zapłacić stronie procesu odszkodowanie za wydanie fałszywej opinii.

Jeśli chodzi o odpowiedzialność karną biegłego, to przestępstwo przedstawienia fałszywej opinii może być popełnione także nieumyślnie. Jak jednak zauważają karniści, odpowiedzialność biegłych za nieumyślne wydanie fałszywej opinii

„w istocie spełnia on swoją zamierzoną funkcję jedynie iluzorycznie. Liczba spraw toczących się przed sądami powszechnymi i prawomocnie zakończonych jest de facto niewielka. Ponadto Ministerstwo Sprawiedliwości nie prowadzi statystyk w zakresie toczących się postępowań o poszczególne czyny z kolejnych paragrafów art. 233 k.k., niemniej jednak z analizy orzeczeń publikowanych w portalu orzeczeń sądów powszechnych13 sprawy o czyn z art. 233 § 4 i 4a k.k. wynika, że postępowania o te czyny są prowadzone wyjątkowo rzadko.”*

Nie mam więc wątpliwości, że przekonanie prokuratora do podjęcia postępowania o sfałszowanie opinii będzie wymagało nietuzinkowych argumentów.

Mit: „Instytucja biegłego wymaga pilnego uregulowania, co nastąpi wkrótce”

Fakt: Zainteresowane środowiska chcą, a nawet potrzebują kompleksowej, nowej regulacji instytucji biegłego i całego systemu z nią związanego. Od wielu lat toczą się jednak niekończące się prace legislacyjne, z których na razie nie wynika żaden konkret.

Praktyka: Minister Sprawiedliwości zapewnia Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, że „jedną z bardziej istotnych płaszczyzn prac [nad nową ustawą – przyp. JB] będą kwestie związane z weryfikacją kwalifikacji biegłych w toku ich ustanawiania, w celu zapewnienia udziału w postępowaniach sądowych oraz innych postępowaniach prowadzonych na podstawie ustaw ekspertów o najwyższym poziomie merytorycznym i etycznym.”

I jeszcze: „Wydaje się, iż powyższe uregulowania – z jednej strony stanowczo penalizujące działania polegające na celowym fałszowaniu opinii, z drugiej zaś pozwalające na miarkowanie wynagrodzenia biegłego, a nawet odstąpienie od jego przyznania (a także przyznania kosztów sporządzenia opinii) w przypadku nierzetelności opiniowania bądź jego istotnej i nieusprawiedliwionej przewlekłości – winny w sposób dyscyplinujący wpłynąć na biegłych, przyczyniając się do zapewnienia pełnego zaangażowanii i staranności przy wykonywaniu obowiązków zleconych biegłym przez sąd lub inny uprawniony organ.”

A moim zdaniem: z niewolnika nie ma pracownika. Skoro już dzisiaj sądy kuszą na wszelkie sposoby lekarzy, aby ci zechcieli być biegłymi, szczególnie w sprawach o błąd medyczny, to gdy zagrozi im się odpowiedzialnością karną i odebraniem i tak dość mizernego w większości przypadków wynagrodzenia, to nawet ci najbardziej oddani idei uciekną, gdzie pieprz rośnie.

I żeby było jasne: nie jestem za upowszechnianiem nowej mody na płacenie instytutom (zakładom medycyny sądowej) po kilkadziesiąt tysięcy złotych za opinię, ani za tym, żeby z przysłowiowym „pocałowaniem ręki” przyjmować każdą, nawet najgorszą opinię, byleby była w aktach i pozwalała na wydanie wyroku. Ale rozwiązanie, polegające na karnym skreślaniu z listu,  zaostrzeniu odpowiedzialności tych biegłych, którzy z niewiadomych powodów zdecydują się pozostać na liście, a także realnym ryzyku obniżenia wynagrodzenia za sporządzenie opinii, nie wydaje się  – delikatnie rzecz ujmując – optymalne.

 

* Ewa M. Guzik-Makaruk, Michał Kaszubski, Wojciech Wiszowaty „Nowelizacja art. 233 § 4a Kodeksu karnego w świetle oczekiwań uzasadniających jej wprowadzenie”

2 godziny na śmierć

Jolanta Budzowska31 maja 2016Komentarze (0)

Zapisy z dokumentacji medycznej dotyczą 38-letniej pacjentki, po 3-cim cięciu cesarskim.

Pacjentka po cięciu cesarskim miała podlegać ścisłej obserwacji pooperacyjnej.

 

KONTROLNA KARTA POMIARÓW:

Godz.                RR                            Tętno

17.20110/6074
17.45105/7074
19.00100/6572
19.10100/6572

 

KARTA OBSERWACJI PACJENTA PO ZABIEGU OPERACYJNYM

Godz.          RR                    Tętno

17.15110/7074
17.30105/6074*
17.45110/7076**
18.00105/6072
18.15105/6074
18.30105/6074
18.45105/6574

 

*pacjentka rozmawia przez telefon

** pacjentka nie odbiera telefonów

Od godz. 17.15 wpisy do karty obserwacji pacjentki po zabiegu operacyjnym wyglądają na uzupełniane w jednej chwili, w pośpiechu. Jednoczenie, według wpisów położnej, po zabiegu aż do godziny do godz. 19.10, z położnicą nie działo się nic niepokojącego: „opatrunek  suchy, z rany dren do butelki ssącej, macica obkurczona, krwawienie w normie”.

Z relacji rodziny:

Pacjentka do 17.30 była przytomna, rozmawiała z mężem przez telefon, mówiła, że jest bardzo słaba. Prosiła męża, żeby przyszedł do niej ok. godz. 20.

Od 17.34 nie odbierała telefonów.

Według dokumentacji ciśnienie i tętno do godz. 19.10 są prawidłowe. Położna zeznała, że pacjentka często rozmawiała przez telefon. Jeśli po godz. 18, to już na pewno ze św. Piotrem…

O godz. 19.15 wezwany lekarz stwierdza, że pacjentka jest bez kontaktu, nieprzytomna, ciśnienie jest nieoznaczalne, tętno niewyczuwalne, a zespół anestezjologów prowadzący akcję resuscytacyjną zaraz po nieudanej resuscytacji podaje: skóra blada, chłodna, duże obrzęki obwodowe w zakresie kończyn dolnych, osłuchowo nad polami płucnymi furczenia, ciśnienie tętnicze nieoznaczalne, jama brzuszna wysklepiona powyżej klatki piersiowej, opatrunki częściowo przesiąknięte krwią.

Zatem o godz.19.15 pacjentka praktycznie już nie żyła.

Prokuratorska sekcja zwłok wykazała uszkodzenie 1/3 obwodu lewej tętnicy macicznej z obecnością ok. 2 l krwi w jamie brzusznej. Wynik badania sekcyjnego wskazuje, że przyczyną zgonu pacjentki stało się uszkodzenie lewej tętnicy macicznej i nierozpoznanie krwawienia.

W dwie godziny od trzeciej operacji cesarskiego umarła 38-letnia pacjentka, leżąca – według zeznań świadków – pod ścisłą opieką na sali porodowej pod stałą obserwacją położnej.

Strajki pielęgniarek i położnych wzbudzają emocje. Mówi się, że to niemoralne, że odchodzą od łóżek pacjentów. One same mówią, że nie mogą dłużej godzić się na to, że pracując jak pracują, narażają siebie i pacjentów na ogromne niebezpieczeństwo.

W dzisiejszej dobie rzadkością jest pielęgniarka pracująca na jeden etat. Większość z nich pracuje na dwa etaty, część z nich dodatkowo „bierze” jeszcze dyżury kontraktowe czy prywatne zlecenia. Pielęgniarki są zmęczone i przepracowane. Pracują niejednokrotnie bez przerwy nawet po 36 godzin, zmieniając jedynie szpitale i biegnąc z jednej placówki do drugiej. Mierzą ciśnienie, pomagają zmieniać opatrunki, myją, karmią, opisują i podają leki, ścielą łóżka. Jak może funkcjonować, myśleć i pracować pielęgniarka po nieprzespanej nocy, a co dopiero dwóch?

Na to nakłada się problem braków kadrowych, czyli to, ilu pacjentów ma pod opieką pielęgniarka.

Zacznijmy może od tego, ilu może mieć?

W praktyce, od 1 kwietnia 2014 roku, dowolnie wielu. Dyrektor szpitala samodzielnie ustala minimalne normy zatrudnienia pielęgniarek dla swoich placówek, czyli w praktyce: im mniej wydaje na etaty pielęgniarskie, tym dla budżetu szpitala lepiej. Obsady pielęgniarskie na wielu oddziałach szpitali w całej Polsce są poniżej granicy bezpieczeństwa pacjentów, a wszystko to dzieje się w majestacie prawa, czyli na mocy Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 28 grudnia 2012 roku w sprawie sposobu ustalania minimalnych norm zatrudnienia pielęgniarek i położnych w podmiotach leczniczych niebędących przedsiębiorcami. Gdy na danym oddziale pracuje za mało lekarzy, jest zamykany, a gdy jest za mało pielęgniarek? Dyrektorzy zakładają, że „jakoś to będzie”.

Jak często w efekcie tego “jakoś” umiera pacjent, bo nie znalazł się przy nim nikt na czas?

W przypadku pacjentki, której historię opisałam na początku, personel szpitala twierdzi, że wszystko było wzorcowo, a tymczasem młoda kobieta nie żyje. Ta śmierć nie nastąpiła nagle w domu czy na ulicy, daleko od placówki medycznej.

Rodzina pisze: „Konała powoli – dwie godziny – w szpitalu na oddziale ginekologii, w sali porodowej, w sali pod specjalnym nadzorem medycznym, w sali, której położna nie opuściła nawet na chwilę, konała pod czujną opieką położnych.”

Poród (nie) musi boleć

Jolanta Budzowska28 maja 2016Komentarze (0)

Temat bólu porodowego i znieczulenia podczas porodu poruszany jest ostatnio w mediach od dziwnej strony.  Podobnie jak w przypadku cięcia cesarskiego „na życzenie”, o prawie do znieczulenia mówi się głównie w kontekście tego, że ma być teraz dostępne „na życzenie”. Tak jakby to była jakaś kłopotliwa dla systemu ochrony zdrowia fanaberia rodzącej.

Kiedyś przeczytałam o  eksperymencie przeprowadzonym przez dwóch mężczyzn, którzy na własne życzenie, w szpitalu i pod nadzorem personelu medycznego, zostali podłączeni do urządzeń imitujących skurcze porodowe: wytrzymali dwie godziny, a błagań o odłączenie od aparatury nikt nie uznał za fanaberię…

Nie sądzę, żeby Minister Zdrowia znał wyniki tego „badania klinicznego”:-) Abstrahując jednak od tego, co było dla niego inspiracją, zgodnie z wydanym Rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 9 listopada 2015 r. w sprawie standardów postępowania medycznego w łagodzeniu bólu porodowego,  jest przesądzone, że ból porodowy wymaga leczenia.

Dostrzeżono, że  rodząca to szczególny pacjent.  To przełom, bo dotąd w naszej kulturze obowiązywał pogląd, że kobieta ma się z definicji poświęcać – musi cierpieć. Kobiety w ciąży nie szczędzą sobie opowieści o trudnych porodach: że koleżanka koleżanki rodziła siłami natury 16 godzin, a dziewczyna mało ducha nie wyzionęła.  Na prośbę o znieczulenie mówiono jej najpierw, że poród się jeszcze nie zaczął, a potem, że już za późno. Pan doktor kazał rodzić siłami natury, argumentował jest młoda i że tak natura ją stworzyła.  Takie historie możnaby mnożyć.

Faktem jest jednak, że to dyrektorzy szpitali będą musieli zjeść żabę w postaci wchodzącego już w sierpniu 2016 roku w życie Rozporządzenia. Prawa rodzących są w nowych przepisach rzeczywiście mocno zaakcentowane, a brak anestezjologów i pielęgniarek anestezjologicznych jest problemem znanym powszechnie.  Pisemne procedury, jakie ma opracować każdy szpital, muszą się też jeszcze przebić do świadomości personelu. Ryzyko dla szpitali, że rodzące je „rozliczą” z przestrzegania prawa jest więc spore, bo  przepisy dość precyzyjnie wskazują, jak należy postępować z rodzącą i dzieckiem, i  – co w praktyce bywa równie istotne – jak to dokumentować.

Jak to wygląda z mojej perspektywy?

Odpowiem odwołując się do przykładu.

Od kilku lat toczy się proces o zadośćuczynienie dla dziewczynki niedotlenionej podczas porodu. Próbujemy w nim udowodnić, że podczas porodu były medyczne wskazania do zastosowania u jej matki metod zmniejszających stres i ból porodowy. Zastosowanie takich metod umożliwiłoby nawiązanie współpracy z rodzącą i obiektywny nadzór nad stanem płodu za pomocą KTG, a także poprawiłoby warunki krążenia maciczno – łożyskowego, wpływając na dobrostan płodu.

Biegły potwierdził, że „Silny ból niekorzystnie wpływa na rodzącą i na płód (…) Endogenne aminy katecholowe wywołują skurcz naczyń macicy, zmniejsza się przepływ maciczno – łożyskowy, co może prowadzić do niedotlenienia i kwasicy u płodu. Dodatkowo katecholaminy osłabiają czynność skurczową, co wydłuża czas porodu i może pogarszać stan noworodka.”

Pozwany szpital twierdzi, że nic nie można było zrobić, ponieważ rodząca pacjentka „nie współpracowała” i nie można się było nią należycie zająć, ponieważ w czasie skurczu „siadała”, „wstawała” i „się kręciła” oraz że „poród ją przerósł”.

Obiektywnie rzecz ujmując: personel nie poradził sobie z reakcją stresową u rodzącej, a  jej niepokój wywołany silnym bólem  nie pozwalał na należyte monitorowanie dobrostanu dziecka.  Doszło do niedotlenienia okołoporodowego. Dziewczynka cierpi na ciężką postać MPD.  Czy na pewno nie można było nic zrobić?

Można było. Można było złagodzić ból porodowy.

Wówczas jednak matka nie mogła się powołać na obowiązujące przepisy, bo ich nie było. Była tylko „aktualna wiedza medyczna”, którą każdy z lekarzy interpretuje na swój sposób, czego dowodem jest trwający proces.

W sytuacji więc, kiedy dzisiaj z jednej strony przyznaje się prawo do znieczulenia, a z drugiej straszy widmem likwidacji oddziałów położniczych (bo koszty i brak anestezjologów) i pozwów przeciwko szpitalom, nie dajmy się zastraszyć. Brak anestezjologów to błąd organizacyjny, a nie problemem rodzących. Nie jest prawdą, że kobiety tylko czekają na moment, kiedy będą mogły pozywać szpitale za brak znieczulenia i konieczność rodzenia w bólach.

Kobiety chcą godnego traktowania i zapewnienia bezpieczeństwa podczas porodu sobie i dziecku.

Rozporządzenie zwiększa to bezpieczeństwo, bo między innymi:

  • za każdym razem ma być wdrożony indywidualny schemat postępowania,
  • rodząca ma uzyskać wyczerpujące informacje na temat wpływu danej metody na przebieg porodu i dobrostan płodu, a także wystąpienia możliwych powikłań́ i skutków ubocznych
  • rodząca musi wyrazić pisemną zgodę̨ na zastosowanie danej metody farmakologicznej.

Przy okazji farmakologicznego łagodzenia bólu zyskujemy też zwiększony nadzór na porodem:

  • rozpoczęcie farmakologicznego łagodzenia bólu porodowego każdorazowo jest poprzedzone badaniem położniczym i przeprowadzoną przez lekarza położnika udokumentowaną oceną natężenia bólu lub identyfikacją wskazań medycznych oraz uzyskaniem zgody rodzącej na zastosowanie proponowanej metody.
  • zastosowanie farmakologicznych metod łagodzenia bólu porodowego wymaga, w czasie stosowania tych metod, nadzoru lekarza położnika i położnej oraz dodatkowego monitorowania rodzącej i płodu.
  • osoby sprawujące opiekę nad rodzącą mają odnotowywać  podejmowane działania w karcie obserwacji przebiegu porodu oraz w przypadku zastosowania analgezji regionalnej – w karcie przebiegu znieczulenia.

Więc egzekwujmy swoje prawo do łagodzenia bólu porodowego zawsze, gdy tylko są ku temu powody.