Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Koszty leczenia się należą!

Jolanta Budzowska19 maja 20162 komentarze

Kwestia wydatków na prywatne wizyty lekarskie, a przede wszystkim na rehabilitację, przypomina dziś w sądzie udowadnianie, że nie jest się wielbłądem.

W argumentowaniu, że pacjenci powinni się leczyć „na NFZ”, brylują ubezpieczyciele. Żądają dowodów na to, że lekarz rehabilitacji skierował poszkodowanego na fizjoterapię (choć nie ma takiego wymogu). Że były kolejki i dlatego nie można było rehabilitować się w publicznej placówce. Że 100 km dalej nie było kolejek (więc można było tam jechać). Kwestionują decyzje pacjentów o konieczności leczenia w wybranym, wyspecjalizowanym ośrodku oddalonym od miejsca zamieszkania. Poddają także w wątpliwość, że koszt wizyty „profesorskiej” wynosi 300 zł. Przykłady można mnożyć.

Rzecznik Finansowy nie ma takich wątpliwości. W swoim wystąpieniu do Sądu Najwyższego podał argumenty zdroworozsądkowe i – wydawałoby się – oczywiste:

„Placówki świadczące usługi, finansowane w ramach NFZ z różnych powodów – zapewne z obawy przed odpowiedzialnością lub kontrolą – utrudniają lub odmawiają potwierdzenia na piśmie, że dana usługa jest niedostępna w określonym terminie. [Z drugiej strony] należy podkreślić, iż nie ma wyraźnej podstawy prawnej do żądania przez poszkodowanych tego typu zaświadczeń od placówek publicznej służby zdrowia. Poszkodowani mogą się co najwyżej zapisać na listę oczekujących, blokując miejsce innym pacjentom. Czasem nie mają w ogóle takiej możliwości, gdyż zapisy na dany rok są już wstrzymane, albo trzeba byłoby się stawić danego dnia i ustawić w kolejce.”

Argumentów „za” jest zresztą znacznie więcej. Niestety, wystąpienie Rzecznika było konieczne, bo sądy niższych instancji nie były jednomyślne. Tzw. rozbieżności w orzecznictwie wymagały więc zajęcia stanowiska przez sam Sąd Najwyższy.

Co zrobił Sąd Najwyższy? Dzisiaj – 19 maja 2016 r. – orzekł (Uchwała składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 19 maja 2016 r. III CZP 63/15), że:

„Świadczenie ubezpieczyciela w ramach umowy obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej posiadaczy pojazdów mechanicznych obejmuje także uzasadnione i celowe koszty leczenia oraz rehabilitacji poszkodowanego niefinansowane ze środków publicznych (art. 444 § 1 k.c.).”

Zanim ten pogląd się przyjmie, a nauka płynąca z tego orzeczenia trafi pod strzechy, trochę jeszcze wody w Wiśle upłynie.

Już dziś jednak wiadomo: można się leczyć i rehabilitować prywatnie! Dość przepychanek o koszty tzw. komercyjnego leczenia!

Ktoś, kto odpowiada za pogorszenie naszego stanu zdrowia, zwróci nam też koszty leczenia. Pamiętajmy jednak o tym, że nasze wydatki to tzw. „szkoda majątkowa” – musimy ją udowodnić co do złotówki! Zeznania świadków mogą się okazać niewystarczające.

Zbierajmy więc faktury (wystawione na imię i nazwisko osoby poszkodowanej), paragony, bilety na dojazdy do przychodni, opłaty za pobyt rodziców w szpitalu, świstki za opłaty parkingowe i wszystkie inne mniej lub bardziej ważne dokumenty związane z leczeniem i rehabilitacją. A potem, ładnie posegregowane, proszę przynieść do swojego prawnika…

„To wina matki…

Jolanta Budzowska15 maja 201622 komentarze

… a nie szpitala!”

Kiedy rodzi się dziecko w zamartwicy, a sprawa trafia do sądu, najczęstszą strategią obrony szpitala jest zaprzeczenie totalne, czyli:

  • że winę za stan dziecka ponoszą tzw. inne czynniki, takie jak zakażenie wewnątrzmaciczne. To nic, że nie ma żadnych dowodów na to, że je stwierdzono. Wystarczy czasem  wpis w dokumentacji: „podejrzenie zakażenia wewnątrzmacicznego”, żeby biegły uczepił się tego jak tonący brzytwy. Że, co prawda nie potwierdzono zakażenia, ale zawsze przecież… „mogło być bezobjawowe”;
  • że dziecko na pewno było niedotlenione przewlekle w łonie matki, bo… nie można tego wykluczyć. A dlaczego nie można wykluczyć? Ponieważ szpital nie wykonał u noworodka, choć powinien,  badania równowagi kwasowo – zasadowej (gazometrii), co pozwoliłoby na ustalenie, czy wyniki te są charakterystyczne dla znacznego niedotlenienia okołoporodowego;
  • że „utożsamianie złego stanu pourodzeniowego noworodka tylko z nieprawidłową opieką w czasie porodu jest znacznym nadużyciem, ponieważ w czasie ciąży na organizm rozwijającego się płodu mogą zadziałać różne czynniki powodujące (…) jego wewnątrzmaciczne uszkodzenie– bez jakichkolwiek dowodów na te „różne czynniki” w danym przypadku. Klasyk, czyli fragment autentycznej opinii biegłego;
  • że rodząca chorowała na cukrzycę w czasie ciąży i z pewnością nienależycie monitorowała poziom cukru, co w ocenie szpitala usprawiedliwia błędną decyzję o zakończeniu porodu drogą naturalną (podczas, gdy cukrzyca ciążowa, niezależnie od tego, czy była ona należycie monitorowana, czy też nie, jest jednym z – oczywiście niewyłącznym – przedporodowych czynników ryzyka wystąpienia dystocji barkowej);
  • że ciężarna była „za gruba”, a w związku z otyłością miały prawo wystąpić trudności z prawidłowym oszacowaniem masy i osłuchiwaniem tętna płodu, podczas gdy nawet na podstawie samego badania USG  należało podejrzewać makrosomię płodu, bo badanie to wskazywało na wagę dziecka szacowaną na 5.800 kg;
  • że ciężarna była „za chuda” i stosowała zbyt drastyczną dietę, co doprowadziło do wewnątrzmacicznego zahamowania wzrastania (IUGR) – zarzut oparty jedynie na zeznaniu świadka powołanego przez szpital;
  • że matka nie wykonała badań prenatalnych. Zarzut taki  pojawił się  mimo, że u dziecka, dotkniętego mózgowym porażeniem dziecięcym, nie wykryto żadnych wad genetycznych, a  nieistniejące wady nie mogły, co oczywiste, mieć wpływu na stan zdrowia płodu i sposób rozwiązania porodu. Dodatkowo,  wykonanie tego rodzaju badań nie jest obowiązkiem ciężarnej i jest pozostawione jej suwerennej decyzji;
  • że matka w czasie ciąży odbyła „ponadstandardową” ilość wizyt położniczych oraz że pozostawała pod kontrolą dwóch położników, co ma świadczyć o… o nieprawidłowościach (bo w ciąży prawidłowej ilość wizyt do 33 tygodnia powinna zdaniem biegłego wynosić „maksimum 7”).  Czy ścisła kontrola lekarska nad ciążą nie  świadczy wyłącznie o staranności i dbałości matki o jej nienarodzone dziecko?  Pytanie retoryczne;
  • że matka podczas ciąży była wiele dni na zwolnieniu lekarskim, co jest dowodem na to, że ciąża na pewno przebiegała nieprawidłowo, bo „zdrowa kobieta w ciąży” nie korzysta ze zwolnień od pracy;
  • że ciężarna w ciąży opuściła miejsce stałego zamieszkania wyjeżdżając na kilka dni, co spowodowało, że „na własne życzenie” znalazła się w „zwykłym” szpitalu, od którego „nie możemy oczekiwać standardów, jakie są przyjęte w ośrodkach klinicznych”.

Przykłady można mnożyć. Wydawałoby się, że zarzuty są tak absurdalne, że nie można się nimi przejmować. Nic bardziej mylnego.  Trzeba z nimi walczyć, bo inaczej najzwyczajniej możemy przegrać proces. Tym bardziej, że cytaty przytoczone wcześniej w większości pochodzą z opinii biegłych.  O jakości opiniowania napiszę innym razem.

Czas na herbatkę z melisą.

Czy lepiej iść ze sprawą o błąd medyczny do prokuratury czy do sądu cywilnego? To pytanie jest zdecydowanie na czele listy najczęściej zadawanych mi pytań.

W prokuraturach powstają samodzielne działy do tropienia błędów medycznych. Takie komórki organizacyjne zajmujące się sprawami karnymi związanymi z błędami lekarskimi mają już prokuratury regionalne w  Warszawie, Katowicach, Krakowie i Lublinie. Działy, utworzone w prokuraturach regionalnych, zajmują się jedynie najpoważniejszymi sprawami o błąd medyczny, których skutkiem jest śmierć pacjenta. Prowadzenie i nadzorowanie spraw „mniejszej wagi”, których skutkiem jest ciężkie uszkodzenie ciała człowieka, powierzono jednostkom prokuratur okręgowych.

Już na pierwszy rzut oka widać więc, że odpowiedź na pytanie, czy ma sens zawiadamianie prokuratury o błędzie medycznym, jest teraz jeszcze trudniejsza. Zanim więc odpowiem, porozmawiajmy o tym jak było, a jak będzie po zmianach, jakie następują w prokuraturach.

Było tak.

W sprawie błędów medycznych, także bardzo często związanych z ciążą lub porodem, ilość zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa była bardzo duża. Ponieważ wydarzenia związane z porodem rozgrywają się zwykle na przestrzeni kilku dni, postępowanie jest wielokierunkowe, przesłuchiwani – pod kątem dopełnienia obowiązków – są wszyscy lekarze i położne ze wszystkich zmian. Bardzo trudno jest przypisać skutek, np. śmierć dziecka w łonie matki, czy też niedotlenienie okołoporodowe, działaniom lub zaniechaniom konkretnych członków personelu medycznego.

Sprawy więc kończyły się w najlepszym razie oskarżeniem o „narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”, prawie nigdy o „spowodowanie śmierci człowieka” lub „spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”. Nawet więc uzyskany wyrok karny oznaczał dla poszkodowanych tylko połowę sukcesu, bo aby uzyskać przed sądem cywilnym zadośćuczynienie, nadal mieli przed sobą trudne zadanie: udowodnienia, jaką konkretnie szkodę na jego zdrowiu spowodował skazany i czy było to następstwo zaniedbań, jakich dopuścił się podczas leczenia.

Do prokuratur rejonowych wpływało kilkadziesiąt takich zawiadomień rocznie, z tego nie więcej niż kilka znajdowało swój finał w sądzie karnym. Większość postępowań kończyła się umorzeniem. Dlaczego? Być może dlatego, że poszkodowani nie mieli racji, wiążąc pogorszenie swojego stanu zdrowia lub śmierć najbliższej osoby z błędem lekarskim.

Ale często także dlatego, że:

  • prokuratorzy mają niewielkie doświadczenie z tego typu sprawami, choć – co trzeba przyznać – były one prowadzone w wydziałach śledczych prokuratur, a więc z założenia przez prokuratorów zajmujących się najpoważniejszymi przestępstwami;
  • prokuratorzy mieli ograniczone możliwości doszkalania się;
  • największy problem był z opiniami biegłych – były często słabej jakości lub nie wyczerpywały tematu, bardzo drogie (kosztowały nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czas oczekiwania sięgał kilku lat; bywało, że akta miesiącami krążyły po Polsce w poszukiwaniu zespołu, który podejmie się opiniowania, bo biegłych było i jest zwyczajnie zbyt mało;
  • możliwości polemiki prokuratorów z biegłymi były mocno ograniczone: raz, że każda kolejna opinia to środki budżetowe, na których wydanie musieli zgodę wydać przełożeni, a dwa, że aby skutecznie kwestionować opinię specjalistyczną, trzeba mieć sporą widzę medyczną…,
  • jeśli zawiadomienie wpływało natychmiast po zdarzeniu i udało się od razu zabezpieczyć dokumentację medyczną, to tak pozyskana dokumentacja zwykle miała większą wartość dowodową, ale poszkodowani często zgłaszali się do prokuratury zbyt późno;
  • złożone z opóźnieniem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa najczęściej uniemożliwiało też wykonanie prokuratorskiej sekcji zwłok zmarłego, a sekcja tzw. „szpitalna” nie wystarcza dla określenia ew. przyczyn zgonu i tego, czy leczenie było prawidłowe.

Te obserwacje zgadzałyby się z opinią prokuratora Macieja Kujawskiego z biura prasowego Prokuratury Krajowej, który stwierdził:

„-Przeanalizowaliśmy prowadzone w prokuraturach sprawy dotyczące podejrzenia popełnienia błędów lekarskich. I okazało się, że w 60 procentach z nich stwierdzono większe lub mniejsze niedociągnięcia. Niektóre z nich miały wpływ na rozstrzygnięcie, niektóre decyzje zostały podjęte przedwcześnie.”

Po zmianach ma być tak:

  • prokuratorzy z samodzielny działów do tropienia błędów medycznych w prokuraturach regionalnych mają liczyć po kilku prokuratorów i zajmować się wyłącznie takimi sprawami, w których pacjenci zmarli w wyniku błędów lekarzy lub personelu medycznego. Czyli: być może sprawy te pójdą „szybką” ścieżką;
  • będą prowadzone szkolenia dla prokuratorów.

To wiadomo na pewno. Nie ma jednak mowy:

  • o poważniejszych zmianach systemu opiniowania przez biegłych;
  • o tym, czy prokuratorzy z tych jednostek będą legitymowali się doświadczeniem i sukcesami (mierzonymi ilością wyroków skazujących w sprawach prowadzonych przez nich w przeszłości)
  • o tym, jak prokuratorzy z prokuratur okręgowych czy regionalnych poradzą sobie z „obsługą” spraw na miejscu zdarzenia: czy będą osobiście podróżować czasem ponad 100 km, żeby przesłuchać świadków?

Wiadomo, że nie zostanie utworzona nowa instytucja, o skali ogólnopolskiej, w której zatrudnieni byliby biegli opiniujący na użytek prokuratur i sądów, finansowani ze Skarbu Państwa i niezwiązani z żadną uczelnią medyczną czy szpitalem. Oczywiście, biegli ci musieliby mieć udokumentowaną wiedzę i doświadczenie zawodowe. Według mnie tylko takie rozwiązanie doprowadziłoby do znacznego usprawnienia postępowań karnych.

Czy więc czy lepiej iść ze sprawą o błąd medyczny do prokuratury czy do sądu cywilnego? Do sądu cywilnego na pewno warto – oczywiście po weryfikacji czy rzeczywiście są podstawy do twierdzenia, że do błędu lekarskiego doszło.

Czy warto iść do prokuratury? W poważnych sprawach warto, najlepiej natychmiast po zdarzeniu i najlepiej z jak najdokładniejszym opisem wydarzeń i wnioskiem o zabezpieczenie dowodu w postaci dokumentacji medycznej. Warto też żądać jeszcze w szpitalu prokuratorskiej sekcji zwłok w razie śmierci pacjenta.

Czy samodzielne działy do tropienia błędów medycznych mają sens, pokaże życie.

Była sobie szczęśliwa rodzina: mąż, żona, córeczka. Kolejne, wyczekiwane dziecko, było w drodze.

Dalej mogło być też tak: „Około godziny 18 położna zasygnalizowała lekarce, że sama nie urodzę i trzeba ciążę rozwiązać cesarskim cięciem, ale lekarka nadal twierdziła, że mam urodzić naturalnie. Kiedy około godziny 19 głowa dziecka zaklinowała się w kanale rodnym, lekarka próbowała wycisnąć dziecko poprzez naciskanie na mój brzuch, następnie podjęła decyzję o nacięciu mojego krocza i zrobienia Vacum. W tym momencie mąż został wyproszony z sali porodowej. Dwie próby Vacum nie powiodły się. Został wezwany ordynator i zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Syn urodził się o godzinie 19.10 w ciężkiej zamartwicy, nie oddychał, dostał 2 punkty w skali Apgar.”

Niekiedy chodzi o godziny, czasem o minuty. Czas, który decyduje o przyszłości noworodka i jego rodziny.  Proces o odszkodowanie i zadośćuczynienie dla dziecka za błąd podczas porodu udaje się czasem wygrać. Już można nie żebrać o środki na bieżące leczenie i rehabilitację za pośrednictwem różnych fundacji, bo rentę płaci szpital albo ubezpieczyciel. Już można nie czekać w kolejce do neurologa, bo można pójść (i zapłacić) prywatnie. Nadal jednak, nieprzerwanie od urodzenia dotkniętego niedotlenieniem okołoporodowym dziecka, życie całej rodziny jest w całości podporządkowane tylko jemu.

Przekładając tę sytuację na bezduszny język prawa, można mówić o naruszeniu  prawa pozostałych członków rodziny do nawiązania normalnych więzi pomiędzy rodzeństwem i pomiędzy rodzicami, a niepełnosprawnym dzieckiem. Oczywiście, życie rodzinne z natury rzeczy obarczone jest ryzykiem nieszczęśliwego wypadku, konfliktu czy zapomnienia, nie ma wątpliwości, że „nie da się zadekretować” prawa do szczęścia. Nie chodzi jednak o jakiś hipotetyczny, zwykły „stan zadowolenia”, lecz o prawo swobodnego, niezakłóconego, wolnego od ingerencji osób trzecich kształtowania relacji rodzinnych – w sposób zgodny wyłącznie z własną (osobistą) wolą. A nie według modelu narzuconego w jakikolwiek sposób przez podmiot trzeci – kogoś, kto spowodował ciężką chorobę członka rodziny.

Mówimy przecież o sytuacji, która nie jest wynikiem przypadku, ktoś za nią ponosi odpowiedzialność: gdyby nie brak podjęcia na czas odpowiednich decyzji, dziecko urodziłoby się zdrowe.

Zdaniem jednych, także niektórych sądów, odpowiedzialność za szkodę na zdrowiu nie sięga jednak aż tak daleko, żeby uzasadniała przyznanie zadośćuczynienia członkom rodziny osoby dotkniętej chorobą. Argumentem „przeciw” zadośćuczynieniu ma być fakt, że przecież relacje między poszkodowanym pacjentem a jego najbliższymi istnieją, mają określony silny walor i najczęściej ogromne zabarwienie uczuciowe. Skoro rodzice poświęcają wiele godzin dziennie na opiekę nad swoim dzieckiem, bardzo je kochają i czują się za nie odpowiedzialni, to oznacza, że takie relacje w rodzinie wydają się być zdecydowanie silniejsze, niż w wielu innych rodzinach, wychowujących w pełni zdrowe dzieci, choć należy przyznać, że inne jakościowo. To wywód uzasadnienia jednego z wyroków w takiej sprawie…  Wyroku oddalającego powództwo matki niepełnosprawnego syna.

Zapadają też w ostatnim czasie odmienne wyroki, tak jak ten, z którego wraz z prawnikami z mojej kancelarii jesteśmy szczególnie dumni. W styczniu 2016 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zasądził na rzecz chorującej na MPD dziewczynki 1.200 tys. zł. zadośćuczynienia. Zadośćuczynienie otrzymali też rodzice: 300 tys. zł. matka, 200 tys. ojciec.  Sąd przyjął, że odpowiedzialność za niedotlenienie okołoporodowe dziecka i jego następstwa spoczywa bez wątpienia na szpitalu i towarzystwie ubezpieczeniowym.

Są więc sądy, dla których istnienie dobra osobistego w postaci prawa do niezakłóconego życia rodzinnego nie budzi wątpliwości. Co więcej, uznają, że to prawo jest – obok życia i zdrowia – jednym z najważniejszych dóbr osobistych w dzisiejszym społeczeństwie.  I nie chodzi o to, czy chore dziecko się w ogóle kocha, albo czy kocha się tak samo, jak dziecko zdrowe – bo takie pytania stawiają jedynie ci, którzy uważają, że mają do tego prawo broniąc się przed odpowiedzialnością.

Chodzi o to, gdzie w tej miłości jest życie mamy, taty, siostry, brata… 

Czy to dobrze czy źle, że sposób postępowania lekarzy i położnych reguluje się przepisami prawa? Lekarze mówią, że źle, bo to wiąże im ręce i w pewnych sytuacjach może się obrócić przeciwko rodzącym, bo personel będzie kurczowo trzymać się tego, co napisane. Naczelna Rada Lekarska też krytykuje praktykę ustalania standardów przez ministerialne rozporządzenia twierdząc, że ustalania standardów są towarzystwa naukowe, a nie ministerstwo.

Aaa, czyli wracamy do odwiecznego sporu na temat, czym jest aktualna wiedzy medyczna. Środowisku lekarskiemu zawsze zależało i zależy na tym, żeby to pojęcie relatywizować: jak trzeba, odwołujemy się do ostatniego wydanego podręcznika akademickiego z danej dziedziny medycyny, choćby ostatnie wydanie było sprzed dobrych paru lat. Ale jak ta linia obrony akurat nam nie pasuje – sięgamy do amerykańskiej publikacji naukowej sprzed kilku miesięcy;  to nic, że opierającej się na niereprezentatywnej próbie pacjentów…

Całe to larum aktualnie bierze się stąd, że już od 2 czerwca 2016 roku będę obowiązywać tzw.  standardy opieki nad kobietą w ciąży zagrożonej. Mamy już jedno obowiązujące rozporządzenie „położnicze”, dotyczące ciąży fizjologicznej. Funkcjonuje ono czasem nieco teoretycznie”, bo w wielu szpitalach się… nie do końca przyjęło, mimo, że obowiązuje od 19 października 2012 roku: jest w zasadzie wdrożone, ale na porodówce życie się toczy jak dotąd. Koronnym przykładem jest dokumentowanie wszystkich obserwacji z przebiegu porodu i podejmowanych działań́, z uwzględnieniem karty obserwacji porodu (partogramu). Obowiązek – już prawny! –  istnieje, a dokumentacja jak była w czasach sprzed rozporządzenia wybiórcza, tak nadal bywa prowadzona, powiedziałabym, swobodnie.

Nowe rozporządzenie jest momentami detaliczne i zawiera wiele konkretnych nakazów zachowań w określonych sytuacjach klinicznych. Przykładowo, że podczas porodu, należy prowadzić́ w niektórych przypadkach ciągły nadzór kardiotokograficzny a za prawidłowe śródporodowe KTG można uznać taki zapis tylko wtedy, kiedy

  • a)  podstawowa czynność serca płodu wynosi 110 – 160 uderzeń na minutę,
  • b)  podstawowa zmienność czynności serca płodu jest umiarkowana,
  • c)  nie stwierdza się deceleracji zmiennych lub późnych.

Co to oznacza dla pacjentów? Że mamy pewien wzorzec starannego postępowania personelu medycznego. I to – warto podkreślić – postępowania zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, bo nie słyszałam głosów środowiska medyków, że rozporządzenie jest herezją. 
Wprowadzenie prostych zasad ułatwi personelowi codzienne czynności, bo na ogół wystarczy postępować zgodnie z algorytmem. Nowe przepisy staną się punktem odniesienia dla biegłych sądowych.

Rozporządzenie jest też nowym narzędziem w ręku pacjenta: łatwo można zweryfikować działania podejmowane przez personel. Jeśli więc lekarz czy położna działają niezgodnie z wytycznymi, a następnie dochodzi do powikłań związanych ze stanem zdrowia dziecka lub matki – to istnieje domniemanie związku przyczynowo – skutkowego i odpowiedzialności podmiotu leczniczego. Odstępstwo od reguł jest możliwe, a nawet może być czasem wymagane od osoby prowadzącej poród – ale musi mieć uzasadnienie w nietypowej sytuacji klinicznej odnotowanej w dokumentacji.  Za taki wybór – działania niekonwencjonalnego – również odpowiedzialność bierze personel.  Podsumowując: pacjentowi – w razie procesu o odszkodowanie – będzie w sądzie nieco łatwiej dowieść swoich racji.

W tekście wspomniałam: wchodzące w życie 2 czerwca 2016 roku Rozporządzenie  Ministra Zdrowia  o niezwykle długiej nazwie: „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych
w dziedzinie położnictwa i ginekologii z zakresu okołoporodowej opieki położniczo-ginekologicznej, sprawowanej nad kobietą w okresie ciąży, porodu, połogu, w przypadkach występowania określonych powikłań oraz opieki nad kobietą w sytuacji niepowodzeń położniczych”

oraz już obowiązujące:  Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 r. „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej sprawowanej nad kobietą w okresie fizjologicznej ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.”.