Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Czy lepiej iść ze sprawą o błąd medyczny do prokuratury czy do sądu cywilnego? To pytanie jest zdecydowanie na czele listy najczęściej zadawanych mi pytań.

W prokuraturach powstają samodzielne działy do tropienia błędów medycznych. Takie komórki organizacyjne zajmujące się sprawami karnymi związanymi z błędami lekarskimi mają już prokuratury regionalne w  Warszawie, Katowicach, Krakowie i Lublinie. Działy, utworzone w prokuraturach regionalnych, zajmują się jedynie najpoważniejszymi sprawami o błąd medyczny, których skutkiem jest śmierć pacjenta. Prowadzenie i nadzorowanie spraw „mniejszej wagi”, których skutkiem jest ciężkie uszkodzenie ciała człowieka, powierzono jednostkom prokuratur okręgowych.

Już na pierwszy rzut oka widać więc, że odpowiedź na pytanie, czy ma sens zawiadamianie prokuratury o błędzie medycznym, jest teraz jeszcze trudniejsza. Zanim więc odpowiem, porozmawiajmy o tym jak było, a jak będzie po zmianach, jakie następują w prokuraturach.

Było tak.

W sprawie błędów medycznych, także bardzo często związanych z ciążą lub porodem, ilość zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa była bardzo duża. Ponieważ wydarzenia związane z porodem rozgrywają się zwykle na przestrzeni kilku dni, postępowanie jest wielokierunkowe, przesłuchiwani – pod kątem dopełnienia obowiązków – są wszyscy lekarze i położne ze wszystkich zmian. Bardzo trudno jest przypisać skutek, np. śmierć dziecka w łonie matki, czy też niedotlenienie okołoporodowe, działaniom lub zaniechaniom konkretnych członków personelu medycznego.

Sprawy więc kończyły się w najlepszym razie oskarżeniem o „narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”, prawie nigdy o „spowodowanie śmierci człowieka” lub „spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”. Nawet więc uzyskany wyrok karny oznaczał dla poszkodowanych tylko połowę sukcesu, bo aby uzyskać przed sądem cywilnym zadośćuczynienie, nadal mieli przed sobą trudne zadanie: udowodnienia, jaką konkretnie szkodę na jego zdrowiu spowodował skazany i czy było to następstwo zaniedbań, jakich dopuścił się podczas leczenia.

Do prokuratur rejonowych wpływało kilkadziesiąt takich zawiadomień rocznie, z tego nie więcej niż kilka znajdowało swój finał w sądzie karnym. Większość postępowań kończyła się umorzeniem. Dlaczego? Być może dlatego, że poszkodowani nie mieli racji, wiążąc pogorszenie swojego stanu zdrowia lub śmierć najbliższej osoby z błędem lekarskim.

Ale często także dlatego, że:

  • prokuratorzy mają niewielkie doświadczenie z tego typu sprawami, choć – co trzeba przyznać – były one prowadzone w wydziałach śledczych prokuratur, a więc z założenia przez prokuratorów zajmujących się najpoważniejszymi przestępstwami;
  • prokuratorzy mieli ograniczone możliwości doszkalania się;
  • największy problem był z opiniami biegłych – były często słabej jakości lub nie wyczerpywały tematu, bardzo drogie (kosztowały nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czas oczekiwania sięgał kilku lat; bywało, że akta miesiącami krążyły po Polsce w poszukiwaniu zespołu, który podejmie się opiniowania, bo biegłych było i jest zwyczajnie zbyt mało;
  • możliwości polemiki prokuratorów z biegłymi były mocno ograniczone: raz, że każda kolejna opinia to środki budżetowe, na których wydanie musieli zgodę wydać przełożeni, a dwa, że aby skutecznie kwestionować opinię specjalistyczną, trzeba mieć sporą widzę medyczną…,
  • jeśli zawiadomienie wpływało natychmiast po zdarzeniu i udało się od razu zabezpieczyć dokumentację medyczną, to tak pozyskana dokumentacja zwykle miała większą wartość dowodową, ale poszkodowani często zgłaszali się do prokuratury zbyt późno;
  • złożone z opóźnieniem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa najczęściej uniemożliwiało też wykonanie prokuratorskiej sekcji zwłok zmarłego, a sekcja tzw. „szpitalna” nie wystarcza dla określenia ew. przyczyn zgonu i tego, czy leczenie było prawidłowe.

Te obserwacje zgadzałyby się z opinią prokuratora Macieja Kujawskiego z biura prasowego Prokuratury Krajowej, który stwierdził:

„-Przeanalizowaliśmy prowadzone w prokuraturach sprawy dotyczące podejrzenia popełnienia błędów lekarskich. I okazało się, że w 60 procentach z nich stwierdzono większe lub mniejsze niedociągnięcia. Niektóre z nich miały wpływ na rozstrzygnięcie, niektóre decyzje zostały podjęte przedwcześnie.”

Po zmianach ma być tak:

  • prokuratorzy z samodzielny działów do tropienia błędów medycznych w prokuraturach regionalnych mają liczyć po kilku prokuratorów i zajmować się wyłącznie takimi sprawami, w których pacjenci zmarli w wyniku błędów lekarzy lub personelu medycznego. Czyli: być może sprawy te pójdą „szybką” ścieżką;
  • będą prowadzone szkolenia dla prokuratorów.

To wiadomo na pewno. Nie ma jednak mowy:

  • o poważniejszych zmianach systemu opiniowania przez biegłych;
  • o tym, czy prokuratorzy z tych jednostek będą legitymowali się doświadczeniem i sukcesami (mierzonymi ilością wyroków skazujących w sprawach prowadzonych przez nich w przeszłości)
  • o tym, jak prokuratorzy z prokuratur okręgowych czy regionalnych poradzą sobie z „obsługą” spraw na miejscu zdarzenia: czy będą osobiście podróżować czasem ponad 100 km, żeby przesłuchać świadków?

Wiadomo, że nie zostanie utworzona nowa instytucja, o skali ogólnopolskiej, w której zatrudnieni byliby biegli opiniujący na użytek prokuratur i sądów, finansowani ze Skarbu Państwa i niezwiązani z żadną uczelnią medyczną czy szpitalem. Oczywiście, biegli ci musieliby mieć udokumentowaną wiedzę i doświadczenie zawodowe. Według mnie tylko takie rozwiązanie doprowadziłoby do znacznego usprawnienia postępowań karnych.

Czy więc czy lepiej iść ze sprawą o błąd medyczny do prokuratury czy do sądu cywilnego? Do sądu cywilnego na pewno warto – oczywiście po weryfikacji czy rzeczywiście są podstawy do twierdzenia, że do błędu lekarskiego doszło.

Czy warto iść do prokuratury? W poważnych sprawach warto, najlepiej natychmiast po zdarzeniu i najlepiej z jak najdokładniejszym opisem wydarzeń i wnioskiem o zabezpieczenie dowodu w postaci dokumentacji medycznej. Warto też żądać jeszcze w szpitalu prokuratorskiej sekcji zwłok w razie śmierci pacjenta.

Czy samodzielne działy do tropienia błędów medycznych mają sens, pokaże życie.

Była sobie szczęśliwa rodzina: mąż, żona, córeczka. Kolejne, wyczekiwane dziecko, było w drodze.

Dalej mogło być też tak: „Około godziny 18 położna zasygnalizowała lekarce, że sama nie urodzę i trzeba ciążę rozwiązać cesarskim cięciem, ale lekarka nadal twierdziła, że mam urodzić naturalnie. Kiedy około godziny 19 głowa dziecka zaklinowała się w kanale rodnym, lekarka próbowała wycisnąć dziecko poprzez naciskanie na mój brzuch, następnie podjęła decyzję o nacięciu mojego krocza i zrobienia Vacum. W tym momencie mąż został wyproszony z sali porodowej. Dwie próby Vacum nie powiodły się. Został wezwany ordynator i zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Syn urodził się o godzinie 19.10 w ciężkiej zamartwicy, nie oddychał, dostał 2 punkty w skali Apgar.”

Niekiedy chodzi o godziny, czasem o minuty. Czas, który decyduje o przyszłości noworodka i jego rodziny.  Proces o odszkodowanie i zadośćuczynienie dla dziecka za błąd podczas porodu udaje się czasem wygrać. Już można nie żebrać o środki na bieżące leczenie i rehabilitację za pośrednictwem różnych fundacji, bo rentę płaci szpital albo ubezpieczyciel. Już można nie czekać w kolejce do neurologa, bo można pójść (i zapłacić) prywatnie. Nadal jednak, nieprzerwanie od urodzenia dotkniętego niedotlenieniem okołoporodowym dziecka, życie całej rodziny jest w całości podporządkowane tylko jemu.

Przekładając tę sytuację na bezduszny język prawa, można mówić o naruszeniu  prawa pozostałych członków rodziny do nawiązania normalnych więzi pomiędzy rodzeństwem i pomiędzy rodzicami, a niepełnosprawnym dzieckiem. Oczywiście, życie rodzinne z natury rzeczy obarczone jest ryzykiem nieszczęśliwego wypadku, konfliktu czy zapomnienia, nie ma wątpliwości, że „nie da się zadekretować” prawa do szczęścia. Nie chodzi jednak o jakiś hipotetyczny, zwykły „stan zadowolenia”, lecz o prawo swobodnego, niezakłóconego, wolnego od ingerencji osób trzecich kształtowania relacji rodzinnych – w sposób zgodny wyłącznie z własną (osobistą) wolą. A nie według modelu narzuconego w jakikolwiek sposób przez podmiot trzeci – kogoś, kto spowodował ciężką chorobę członka rodziny.

Mówimy przecież o sytuacji, która nie jest wynikiem przypadku, ktoś za nią ponosi odpowiedzialność: gdyby nie brak podjęcia na czas odpowiednich decyzji, dziecko urodziłoby się zdrowe.

Zdaniem jednych, także niektórych sądów, odpowiedzialność za szkodę na zdrowiu nie sięga jednak aż tak daleko, żeby uzasadniała przyznanie zadośćuczynienia członkom rodziny osoby dotkniętej chorobą. Argumentem „przeciw” zadośćuczynieniu ma być fakt, że przecież relacje między poszkodowanym pacjentem a jego najbliższymi istnieją, mają określony silny walor i najczęściej ogromne zabarwienie uczuciowe. Skoro rodzice poświęcają wiele godzin dziennie na opiekę nad swoim dzieckiem, bardzo je kochają i czują się za nie odpowiedzialni, to oznacza, że takie relacje w rodzinie wydają się być zdecydowanie silniejsze, niż w wielu innych rodzinach, wychowujących w pełni zdrowe dzieci, choć należy przyznać, że inne jakościowo. To wywód uzasadnienia jednego z wyroków w takiej sprawie…  Wyroku oddalającego powództwo matki niepełnosprawnego syna.

Zapadają też w ostatnim czasie odmienne wyroki, tak jak ten, z którego wraz z prawnikami z mojej kancelarii jesteśmy szczególnie dumni. W styczniu 2016 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zasądził na rzecz chorującej na MPD dziewczynki 1.200 tys. zł. zadośćuczynienia. Zadośćuczynienie otrzymali też rodzice: 300 tys. zł. matka, 200 tys. ojciec.  Sąd przyjął, że odpowiedzialność za niedotlenienie okołoporodowe dziecka i jego następstwa spoczywa bez wątpienia na szpitalu i towarzystwie ubezpieczeniowym.

Są więc sądy, dla których istnienie dobra osobistego w postaci prawa do niezakłóconego życia rodzinnego nie budzi wątpliwości. Co więcej, uznają, że to prawo jest – obok życia i zdrowia – jednym z najważniejszych dóbr osobistych w dzisiejszym społeczeństwie.  I nie chodzi o to, czy chore dziecko się w ogóle kocha, albo czy kocha się tak samo, jak dziecko zdrowe – bo takie pytania stawiają jedynie ci, którzy uważają, że mają do tego prawo broniąc się przed odpowiedzialnością.

Chodzi o to, gdzie w tej miłości jest życie mamy, taty, siostry, brata… 

Czy to dobrze czy źle, że sposób postępowania lekarzy i położnych reguluje się przepisami prawa? Lekarze mówią, że źle, bo to wiąże im ręce i w pewnych sytuacjach może się obrócić przeciwko rodzącym, bo personel będzie kurczowo trzymać się tego, co napisane. Naczelna Rada Lekarska też krytykuje praktykę ustalania standardów przez ministerialne rozporządzenia twierdząc, że ustalania standardów są towarzystwa naukowe, a nie ministerstwo.

Aaa, czyli wracamy do odwiecznego sporu na temat, czym jest aktualna wiedzy medyczna. Środowisku lekarskiemu zawsze zależało i zależy na tym, żeby to pojęcie relatywizować: jak trzeba, odwołujemy się do ostatniego wydanego podręcznika akademickiego z danej dziedziny medycyny, choćby ostatnie wydanie było sprzed dobrych paru lat. Ale jak ta linia obrony akurat nam nie pasuje – sięgamy do amerykańskiej publikacji naukowej sprzed kilku miesięcy;  to nic, że opierającej się na niereprezentatywnej próbie pacjentów…

Całe to larum aktualnie bierze się stąd, że już od 2 czerwca 2016 roku będę obowiązywać tzw.  standardy opieki nad kobietą w ciąży zagrożonej. Mamy już jedno obowiązujące rozporządzenie „położnicze”, dotyczące ciąży fizjologicznej. Funkcjonuje ono czasem nieco teoretycznie”, bo w wielu szpitalach się… nie do końca przyjęło, mimo, że obowiązuje od 19 października 2012 roku: jest w zasadzie wdrożone, ale na porodówce życie się toczy jak dotąd. Koronnym przykładem jest dokumentowanie wszystkich obserwacji z przebiegu porodu i podejmowanych działań́, z uwzględnieniem karty obserwacji porodu (partogramu). Obowiązek – już prawny! –  istnieje, a dokumentacja jak była w czasach sprzed rozporządzenia wybiórcza, tak nadal bywa prowadzona, powiedziałabym, swobodnie.

Nowe rozporządzenie jest momentami detaliczne i zawiera wiele konkretnych nakazów zachowań w określonych sytuacjach klinicznych. Przykładowo, że podczas porodu, należy prowadzić́ w niektórych przypadkach ciągły nadzór kardiotokograficzny a za prawidłowe śródporodowe KTG można uznać taki zapis tylko wtedy, kiedy

  • a)  podstawowa czynność serca płodu wynosi 110 – 160 uderzeń na minutę,
  • b)  podstawowa zmienność czynności serca płodu jest umiarkowana,
  • c)  nie stwierdza się deceleracji zmiennych lub późnych.

Co to oznacza dla pacjentów? Że mamy pewien wzorzec starannego postępowania personelu medycznego. I to – warto podkreślić – postępowania zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, bo nie słyszałam głosów środowiska medyków, że rozporządzenie jest herezją. 
Wprowadzenie prostych zasad ułatwi personelowi codzienne czynności, bo na ogół wystarczy postępować zgodnie z algorytmem. Nowe przepisy staną się punktem odniesienia dla biegłych sądowych.

Rozporządzenie jest też nowym narzędziem w ręku pacjenta: łatwo można zweryfikować działania podejmowane przez personel. Jeśli więc lekarz czy położna działają niezgodnie z wytycznymi, a następnie dochodzi do powikłań związanych ze stanem zdrowia dziecka lub matki – to istnieje domniemanie związku przyczynowo – skutkowego i odpowiedzialności podmiotu leczniczego. Odstępstwo od reguł jest możliwe, a nawet może być czasem wymagane od osoby prowadzącej poród – ale musi mieć uzasadnienie w nietypowej sytuacji klinicznej odnotowanej w dokumentacji.  Za taki wybór – działania niekonwencjonalnego – również odpowiedzialność bierze personel.  Podsumowując: pacjentowi – w razie procesu o odszkodowanie – będzie w sądzie nieco łatwiej dowieść swoich racji.

W tekście wspomniałam: wchodzące w życie 2 czerwca 2016 roku Rozporządzenie  Ministra Zdrowia  o niezwykle długiej nazwie: „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych
w dziedzinie położnictwa i ginekologii z zakresu okołoporodowej opieki położniczo-ginekologicznej, sprawowanej nad kobietą w okresie ciąży, porodu, połogu, w przypadkach występowania określonych powikłań oraz opieki nad kobietą w sytuacji niepowodzeń położniczych”

oraz już obowiązujące:  Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 r. „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej sprawowanej nad kobietą w okresie fizjologicznej ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.”.

 

 

Minuty na cięcie cesarskie

Jolanta Budzowska03 maja 2016Komentarze (1)

Są sytuacje, kiedy cięcie cesarskie trzeba wykonać szybko, a nawet bardzo szybko. Co to znaczy bardzo szybko? 

Prawnik by odpowiedział: to zależy (nie lubię tego sformułowania, bo brzmi jakby się unikało odpowiedzi; niestety czasem nie da się udzielić uniwersalnej odpowiedzi).

Medyk też odpowiada: to zależy.

Teoria (rekomendacje PTG) rozróżnia wskazania naglące i nagłe. Naglące są wtedy, kiedy występują zaburzenia potencjalnie zagrażające życiu i zdrowiu matki oraz płodu i powtarzają się w krótkich odstępach czasu. Pacjentka powinna być operowana wówczas  jak najszybciej. Należy pobrać krew na badania laboratoryjne i oczekiwać wyników podczas trwania operacji.

Wskazania nagłe (natychmiastowe) to  zaburzenia płodowe lub matczyne występujące w sposób ciągły. Zagrażają  one bezpośrednio życiu i zdrowiu matki lub płodu. W takim przypadku cięcie powinno być wykonane natychmiast, bez oczekiwania na wyniki badań laboratoryjnych, a nawet bez oznaczenia grupy krwi.

Wiemy więcej? Niestety nie. Bo ile to jest w minutach „jak najszybciej” albo „natychmiast”? Niełatwo liczyć czas, gdy chodzi o życie i zdrowie matki i dziecka…

O to najczęściej toczy się spór na sali sądowej. Czy pomocy udzielono najszybciej, jak było to możliwe? Czy trzeba było podjąć decyzję o cięciu cesarskim wcześniej? Czy można było wykonać je wcześniej? Czy moje dziecko byłoby wtedy zdrowe?

Opinie biegłych nie ułatwiają odpowiedzi na te pytania. Czasem biegli sami próbują oszacować czas, jaki w ich ocenie był niezbędny do przygotowania i przeprowadzenia zabiegu cięcia cesarskiego. W jednej ze spraw biegły wyliczył, że nawet przy wskazaniach nagłych nie da się cięcia przeprowadzić w czasie krótszym niż 40 minut, bo tyle jego zdaniem zajmuje przygotowanie i przeprowadzenie tej operacji, chociaż przyznał jednocześnie, że czas od rozpoczęcia operacji do wydobycia dziecka dla zespołu doświadczonych ginekologów wynosi zaledwie 1 – 2 minuty.

Zdania biegłych bywają jednak różne. Czasem są skłonni przyjąć, że w przypadku wskazań natychmiastowych zabieg powinien być rozpoczęty w przeciągu kilku minut od podjęcia decyzji o jego przeprowadzeniu, a w przypadku zastosowania znieczulenia ogólnego może trwać nawet niespełna 4 minuty.  W innych opiniach pojawiają się takie sformułowania: „sprawnemu operatorowi wykonanie cięcia cesarskiego (licząc od podjęcia decyzji do wydobycia dziecka) zajmuje kilka minut”, „tzw. czas „łóżko porodowe – nóż” obejmujący przewiezienie rodzącej na salę cięć, umycie i znieczulenie trwa ok. 10 minut”, „czas 35 minut poświęcony na organizację cesarskiego cięcia był „zdecydowanie za długi”.

Przy okazji, bo to często pojawiający się „w obronie opóźnienia” zarzut:  czy biegli powinni liczyć dodatkowy czas na czynności formalno-prawne (związane z uzyskaniem zgody na zabieg oraz zgody na znieczulenie)? Nie, bo obowiązek uzyskania zgody od pacjenta na piśmie dotyczy zabiegów operacyjnych oraz metod leczenia lub diagnostyki stwarzających podwyższone ryzyko dla pacjenta. Z podstawowym jednak wyjątkiem: lekarz może wykonać zabieg o podwyższonym ryzyku bez wymaganej pisemnej zgody, gdy zwłoka spowodowana postępowaniem w sprawie uzyskania zgody groziłaby pacjentowi niebezpieczeństwem utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia. W przypadkach, w których występuje konieczność natychmiastowego wykonania operacji w celu uniknięcia ciężkiego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia, jak ma to miejsce w sytuacji natychmiastowych wskazań do cięcia cesarskiego, lekarz nie ma obowiązku uzyskiwania pisemnej zgody od pacjenta, a w związku z tym rozpoczęcie wymaganego zabiegu nie powinno być opóźnione podjęciem takich działań.

Liczmy więc minuty, bo one mają znaczenie.

 

Często maile, jakie otrzymuję, zaczynają się od relacji podobnej do tej: „Moje dziecko ma już 10 lat, od urodzenia cierpi na MPD, ale dotąd byłam zajęta głównie walką o zdrowie mojego synka. Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że niedotlenienie, do jakiego doszło w trakcie porodu, mogło być skutkiem błędu lekarskiego. Czy coś jeszcze mogę zrobić?”

Przedawnienie. To jest temat, o którym powinniśmy porozmawiać.

Generalnie, na wystąpienie z powództwem mamy trzy lata od chwili, kiedy dowiedzieliśmy „o szkodzie i osobie zobowiązanej do jej naprawienia”, jak mówi przepis. Przekładając to na realia: jeśli u dziecka pojawia się diagnoza: wspomniane mózgowe porażenie dziecięce, to najczęściej jest to moment dowiedzenia się o szkodzie. Ale o osobie zobowiązanej do jej naprawienia dowiadujemy się dopiero wtedy, kiedy nabierzemy przekonania, że np. za MPD odpowiada przebieg porodu – czyli osobą zobowiązaną do naprawienia szkody jest szpital (lub lekarz na kontrakcie). Początek trzyletniego terminu liczy się od spełnienia obu tych warunków, czyli w praktyce: od kiedy mamy obie informacje.

Od jakiegoś czasu obowiązuje dodatkowo przepis, który w pewien sposób uprzywilejowuje dzieci (osoby małoletnie): niezależnie od tego trzyletniego terminu mają one czas na samodzielne wystąpienie z powództwem aż do dwóch lat od chwili, kiedy staną się pełnoletnie. Ten przepis  obowiązuje jednak dopiero od 2007 roku, a wstecz można go stosować tylko dla roszczeń nieprzedawnionych w dniu jego wejścia w życie.

Nie warto jednak czekać do ostatniej chwili. Za dziecko mogą i powinni działać rodzice.

Po pierwsze: wczesne rozpoczęcie procesu daje nadzieję, że wygramy (oby!) wcześniej, a zatem wcześniej będziemy w stanie zapewnić dziecku jak najlepsze warunki leczenia. Możliwe, choć bardzo trudne, jest też uzyskanie już w trakcie sprawy sądowej tzw. renty na zabezpieczenie. Warto też pamiętać, że za czas trwania procesu przysługują nam odsetki ustawowe za czas opóźnienia, a więc lepiej, żeby sprawa była w sądzie, niż w… planach.

Po drugie, im później, tym trudniej zebrać kompletną dokumentację medyczną z całego leczenia, we wszystkich placówkach, na przestrzeni wielu lat. Lepiej sprawnie zgromadzić dokumentację z okresu ciąży, porodu i pierwszego okresu leczenia na etapie pisania pozwu, a potem robić to już na bieżąco, już po rozpoczęciu procesu.

Po trzecie: jeśli mamy chore dziecko – poszkodowanego, małego pacjenta, to od urodzenia ponosimy wydatki na jego leczenie, rehabilitację i opiekę. Trudno jest skrupulatnie gromadzić przez tyle lat rachunki, a  dodatkowo jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby świadek, zeznający w sądzie, że dokładnie pamięta, ile kosztowała godzina terapii metodą Bobath  14 lat temu  i jak często dziecko było jej poddawane – został uznany przez Sąd za wiarygodnego…

Krótko: w miarę upływu czasu  jest coraz trudniej udowodnić swoje racje.

I w końcu: roszczenia dziecka to także często roszczenia rodziców. Te związane ze szkodą na zdrowiu matki,  a często także te wynikające z naruszenia dóbr osobistych rodziców, przede wszystkim prawa do życia w rodzinie i cieszenia się życiem zdrowego dziecka. W tym przypadku prawo jest bezwzględne: mamy trzy lata na wystąpienie do sądu. Nie trzeba chyba też nikogo przekonywać, że najlepiej jest domagać się rekompensaty finansowej dla wszystkich członków rodziny w jednym procesie, a nie w kilku.

Możliwe jest oczywiście przerwanie biegu przedawnienia, zarzut przedawnienia nie zawsze może też być wzięty pod uwagę przez sąd itd. – to jednak tematy na osobny post.

Pewne są dwie rzeczy. Z jednej strony: nie warto zwlekać. Z drugiej: pozew to jednak poważna sprawa i nie można go składać „na szybko” i byle jak, bo efekty mogą być opłakane. Rozważ więc odpowiednio wcześnie to, czy przypadkiem Tobie i Twojemu dziecku nie przysługuje odszkodowanie i zadośćuczynienie za błędne decyzje lekarskie w trakcie porodu i spokojnie zaplanuj proces sądowy.