Kiedy rodzi się martwe dziecko…

Jolanta Budzowska        12 lipca 2016        Komentarze (0)

…to rodzicom pęka serce…

Czy łatwiej jest się z tym pogodzić, gdy mamy pewność, że nie dało się zrobić nic więcej? Że osoby, opiekujące się matką w ciąży i podczas porodu zrobiły wszystko, co w ich mocy, żeby dziecko urodziło się zdrowe?

Nie wiem.

Wiem jednak, że często rodzicom nie daje spokoju myśl, że gdyby nie zaniedbania, ich dziecko żyłoby.

Wtedy czasem piszą do mnie. A z dokumentacji wyłania się często przerażający obraz niekompetencji i bałaganu organizacyjnego.

Jak wtedy, gdy wczesną nocą jedna z mam zgłosiła się z mężem na poród rodzinny. Wody odchodziły jeszcze w trakcie przyjęcia do szpitala. KTG i inne badania potwierdzały dobry stan dziecka. Zalecono sen… Kiedy skurcze się nasiliły, a rodząca, która nie zmrużyła oka, nie wytrzymywała już bólu, mąż obudził położną. Ta powiedziała, żeby siedzieć na piłce, a potem wróciła do łóżka.

KTG wykonane rano należało już do grupy tzw. podejrzanych, a jego wynik mógł świadczyć o narastającym niedotlenieniu płodu. Zlecono oxytocynę, co miało przyspieszyć poród. W opinii biegłych najpóźniej w tym momencie należało jednak wykonać cięcie cesarskie, a kroplówka naskurczowa tylko pogarszała sytuację. Kolejni lekarze i położne zajmujący się rodzącą nie reagowali na gorsze z chwili na chwilę wyniki KTG.  Potem w ogóle zaprzestano monitorowania kardiotokograficznego. Położna błędnie oceniała tętno matki zamiast tętna płodu.

Dziecko urodziło się martwe po 3 godzinach od ostatniego zapisu.  Rodziców w pierwszej chwili uspokajano, że wszystko jest w porządku. Potem mogli tylko biernie obserwować reanimację swojego dziecka i narastający wokół chaos. Na rozpaczliwe pytania, co się stało, ordynator odpowiedział, że prawdopodobnie dziecko miało wady rozwojowe i dlatego zmarło.

Sekcja zwłok wykazała, że ich córeczka urodziłaby się zdrowa…

Prokuratura, umarzając postępowanie stwierdziła, że doszło do tylu nieprawidłowości i na tylu etapach porodu, że nie sposób przypisać odpowiedzialności konkretnym osobom. Z rodzącą zetknęło się co najmniej kilka osób, lekarzy i położnych, i żadna z nich nie zachowała się prawidłowo.

Zadośćuczynienie przyznane przez sąd matce wyniosło 120 tys. zł., ojcu 70 tys. zł.  Minął jakiś czas. Mieli to szczęście w nieszczęściu, że – jeszcze w trakcie trwania procesu – urodziło im się dwoje zdrowych dzieci. Już drogą cięcia cesarskiego.

Lekarze mówią, że cięcie cesarskie nie jest antidotum na wszelkie zło  w położnictwie, że 10% cięć cesarskich to operacje na życzenie pacjentek, i że należy z tym walczyć, bo to niebezpieczna tendencja zmierzająca już nie do realizacji reguły „raz cięcie zawsze cięcie”,  a  „raz ciąża zawsze cięcie”.

To prawda – teoretycznie.

Jest jedno „ale”.

Co jest tym właściwym antidotum na zło w położnictwie?

I czy na  pewno  lekarzom  wolno  z  tym  złem  walczyć, ryzykując  nawet  w  najmniejszym stopniu życie i zdrowie rodzącej i dziecka, na zasadzie „powinno się udać urodzić dołem”?

Więcej na temat roszczeń rodziców i osób bliskich w przypadku, gdy z winy personelu medycznego dojdzie do poronienia albo martwego urodzenia, napisałam w obszernym artykule, który niebawem zostanie  opublikowany przez prawniczy portal Wolters Kluwer.

 

{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: