W postanowieniu o dopuszczeniu dowodu z opinii sąd zobowiązał biegłego do odpowiedzi na pytanie:
„Jakie są skutki choroby powoda? Należy to opisać nie tylko językiem medycznym, ale również należy opisać zwykłym językiem, jak objawiają się w życiu codziennym te skutki”.
No właśnie. Nawet skutki choroby sąd chciałby mieć opisane językiem potocznym, a nie z użyciem hermetycznej terminologii medycznej.
A kiedy przychodzi do ustalenia, czy zgoda pacjenta na zabieg była skuteczna, to podejście sędziów bywa zgoła inne. „Modelowy pacjent” to dla sędziów niemal top-model.
Gdy sędzia musi ocenić zachowanie pacjentów i skuteczność wyrażonej przez nich zgody na operację, wymaga czasem od pacjenta, aby ten:
- pytał lekarza w szczegółach o konkretne ryzyka, nawet te, o których lekarz sam z siebie nie wspomniał (a o których pacjent nie ma pojęcia, bo i skąd),
- rozumiał przekazywane w biegu fachowym językiem informacje nawet wówczas, gdy formularz zgody ma przeczytać bez okularów „do bliży”, już w drodze na salę operacyjną, albo gdy tekst zgody podsuwa mu się dopiero po premedykacji, przed samym zabiegiem,
- jasna była dla niego nawet nazwa zabiegu/metoda wpisana po łacinie do formularza,
- odmówił roztropnie zgody na operację, jeśli boi się ewentualnych komplikacji nawet, jak lista możliwych powikłań jest (nieprawidłowo) rozdęta do granic możliwości i obejmuje wszystko, włącznie ze śmiercią lub zakażeniem szpitalnym, a pacjent czekał w kolejce na zabieg rok i nie wiadomo, czy i kiedy mógłby liczyć na kolejny termin.
Podobnie szpitale. Te to już tak się rozpędziły, że czasem lekarze uważają, że podpisany przez pacjenta cyrograf w postaci nierzadko pięcio- lub jeszcze–więcej-stronicowej zgody na operację załatwia raz na zawsze sprawę ewentualnych roszczeń w przypadku błędu medycznego…
Na szczęście tak nie jest: zgoda pacjenta na zabieg nie zwalnia przecież lekarza z obowiązku zachowania należytej staranności!
A jeśli chodzi o to, jak się ma „szpital w Leśnej Górze” – zakodowany w świadomości niektórych sędziów – do rzeczywistości, to jest to zadanie dla pełnomocnika procesowego. Dlatego także na blogach dużo piszę o znaczeniu zgody na zabieg, między innymi tutaj.
To radca prawny albo adwokat powinien – kiedy trzeba – wytłumaczyć sądowi, jak to jest ze skutecznością zgody na operację wyrażanej w różnych nietypowych okolicznościach szpitalnych.
Na przykład takich.
Pacjentka podpisała zgodę na zabieg cesarskiego cięcia ze względów elektywnych na tydzień przed planowanym terminem porodu. Wskazaniem do cięcia cesarskiego były schorzenia ortopedyczne ciężarnej. Nie została wtedy poinformowana o tym, że w jej przypadku wchodzi w grę poród drogami natury, jak również nie została poinformowana o ryzyku cesarskiego cięcia w przypadku wskazań pilnych lub nagłych. Przeciwnie, pozostawała w przekonaniu, że poród naturalny mógłby spowodować poważne szkody w jej zdrowiu.
Po przyjęciu pacjentki ponad tydzień później do placówki medycznej, lekarze dyżurni podtrzymali kwalifikację do wykonania cesarskiego cięcia ze wskazań elektywnych. Lekarz prowadzący ciążę pacjentki nie był w tym dniu obecny w pracy.
Niestety jednak doszło do niczym nieuzasadnionego opóźnienia w przeprowadzeniu operacji, a w międzyczasie rozpoczął się II okresu porodu. Zabieg cięcia w tych warunkach był obiektywnie znacznie trudniejszy i obarczony większym ryzykiem powikłań dla matki i dziecka.
Lekarka prowadząca poród tak zeznała o informacji udzielonej (rodzącej!) pacjentce:
„Na sali operacyjnej, jeżeli stwierdziłam, że muszę tutaj pewnymi położniczymi sformułowaniami operować, jak główka była już w szparze sromowej powiedziałam jej, że ma szanse urodzenia drogami natury.”
I to byłoby na tyle.
Lekarka prowadząca poród poinformowała rodzącą jedynie, że istnieje możliwość zakończenia ciąży w drodze porodu naturalnego i że – jak się można domyślać – cesarskie cięcie wiąże się z (bliżej nieokreślonym) ryzykiem.
Pacjentka nie wyraziła zgody na poród siłami natury.
Mając tylko takie informacje, rodząca nie mogła przecież wyrazić świadomej zgody na zabieg. Powinna zostać na nowo obszernie poinformowana o ryzyku, z jakim wiąże się wykonanie zabiegu cesarskiego cięcia w zmienionych okolicznościach, oraz jakie jest ryzyko porodu naturalnego. I dlaczego nagle przestały być aktualne przeciwskazania do porodu naturalnego, który od początku ciąży, a nawet jeszcze kilka godzin wcześniej, nie był brany pod uwagę, bo lekarze twierdzili, że byłby niebezpieczny dla jej zdrowia?
Dopiero po uzyskaniu takich informacji, rodząca mogłaby wyrazić nową, poinformowaną zgodę na zabieg cesarskiego cięcia oraz świadomą odmowę przeprowadzenia porodu siłami natury.
Pacjentka nie miała żadnych potrzebnych informacji, a personel prowadzący poród postawił ją „pod ścianą”. Nie było więc mowy o świadomych decyzjach ani przejęciu ryzyka przez rodzącą. Poważne powikłania, które wystąpiły po porodzie u matki, obciążają więc klinikę położniczą.
I raczej nie będzie z tej historii scenariusza dla kolejnego odcinka „Na dobre i na złe”, w którym pacjenci leżą w komfortowych salach, nie ma kłopotów ze sprzętem, a lekarze i pielęgniarki ciągle się uśmiechają i z wielką radością spieszą z pomocą chorym.