Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Wniosek o dokumentację medyczną

Jolanta Budzowska19 sierpnia 2016Komentarze (0)

Są z tym wieczne problemy. Zwykle po złożeniu wniosku o dokumentację medyczną czekamy tygodniami, potem okazuje się, że jeszcze brakuje KTG albo opisu operacji, albo wyniku najważniejszego badania… Nie muszę chyba przypominać, że kompletna dokumentacja medyczna ma kluczowe znaczenie w  analizie szans procesowych. Pisałam o tym obszernie tutaj.

Problemy z uzyskaniem dokumentacji medycznej  w mniejszym stopniu dotyczą rodziców małych pacjentów lub dorosłych pacjentów, którzy starają się o dostęp do własnej dokumentacji medycznej.

Poważne trudności są jednak z uzyskaniem dokumentacji po śmierci pacjenta. Dlatego opracowałam autorski wzór o wydanie dokumentacji medycznej zmarłego pacjenta. Jest zamieszczony  tutaj.

Oby się nie przydał…

O tym, na jakich zasadach rodząca może domagać się znieczulenia przy porodzie pisałam tutaj.

Pisałam też o tym, że z egzekwowaniem prawa do porodu bez bólu mogą być problemy, bo lekarzy anestezjologów brakuje. Jest ich niewiele ponad 5 tys. na wszystkie szpitale w całej Polsce, a podstawowe miejsce ich pracy to oddziały intensywnej terapii, sale operacyjne i pooperacyjne.

Jeśli rodząca chce skorzystać ze znieczulenia, a lekarz prowadzący nie będzie widział medycznych przeciwwskazań, anestezjolodzy powinni być też obecni przy porodzie. Tylko lekarz specjalista z zakresu anestezjologii jest uprawniony do wykonywania znieczulenia ogólnego oraz znieczulenia regionalnego: zewnątrzoponowego i podpajęczynówkowego.

Dyrektorzy szpitali próbują łatać dziury, kierując do porodów lekarzy w trakcie specjalizacji, czyli rezydentów. To działanie bezprawne (o ile nad takim lekarzem nie sprawuje bezpośredniego nadzoru lekarz anestezjolog), a poród staje się porodem podwyższonego ryzyka. Znieczulenie to nie przelewki i lepiej być w rękach doświadczonego medyka.

Co jeśli jednak dojdzie do powikłań podczas porodu? Wbrew pozorom, nie tak rzadko są one brakiem współpracy rodzącej z prowadzącą poród położną lub lekarzem. Ma to swoje źródło w trudnych  do opanowania bólach porodowych. W takich sytuacjach, związek przyczynowo-skutkowy, pomiędzy niewykonaniem  znieczulenia mimo medycznych wskazań a powikłaniami, wydaje się być możliwy do udowodnienia. Czy szpital może się bronić brakami kadrowymi i tym, że Ministerstwo Zdrowia nie zapewniło dostatecznej ilości specjalistów anestezjologów na rynku?

Nie. Za szkody na zdrowiu dziecka i rodzącej odpowie szpital, bo to klasyczny błąd organizacyjny. Pacjentka nie ma wpływu na organizację szpitala i ma prawo oczekiwać, że otrzyma leczenie zgodne z wymogami aktualnej wiedzy medycznej  i przepisami prawa. Kropka.

A co ma zrobić dyrektor szpitala? Przepraszam, to nie ten blog. Ja pomagam pacjentom.  

 

…bardzo rzadko mają sens.

Kilka razy zawarłam ugodę przed mediatorem, ale dzisiaj jestem strasznie zła. Nic mnie tak nie irytuje, jak bezmyślność i strata czasu.  Mam za sobą półtoragodzinne „posiedzenie mediacyjne” w Katowicach, czyli półtorej godziny rozmawiania o niczym. Stawili się: mediator, jego asystentka, ja (na szczęście bez sześciorga moich Klientów), dyrektor szpitala ze swoją pełnomocniczką i lekarz ginekolog-położnik „kontraktowy” ze swoją pełnomocniczką.  O mediacje wniósł szpital.

Mediacje mają sens, gdy przeciwnicy widzą możliwość ugody, czyli – w sprawach medycznych – chcą rozmawiać o rekompensacie dla poszkodowanych. Oczywiście, najważniejszym punktem negocjacji jest to, jaka kwota zostanie wypłacona i kiedy, ale jedno założenie trzeba mieć będąc szpitalem lub lekarzem – jestem gotowy negocjować odpowiednie zadośćuczynienie i odszkodowanie.

Szpital i lekarz przyjechali dziś na mediacje – o które sami prosili – tylko po to, żeby powiedzieć, że bez ubezpieczyciela – czyli PZU SA – to oni nic nie mogą. To po co tracili dzisiaj czas: mediatora, sądu (który odroczył rozprawę w procesie cywilnym, bo też liczył na to, że być może sprawa zostanie załatwiona w drodze ugody w mediacji), swój i mój? Dlaczego nie uzyskali wcześniej stanowiska ubezpieczyciela albo nie odwołali spotkania?

Najważniejsze pytanie jednak brzmi: dlaczego nie pomyśleli o uczuciach poszkodowanych? Rok temu, po porodzie, w wyniku krwotoku zmarła matka 3 maleńkich chłopców, żona, jedyna córka swoich rodziców…

Moi Mocodawcy znów liczyli na to, że jest możliwe, aby pacjent, a dzisiaj już jedynie rodzina zmarłego pacjenta, była poważne traktowana przez szpital i personel medyczny.

Znów się zawiedli.

 

Szpital w Leśnej Górze: cięcie!

Jolanta Budzowska02 sierpnia 201621 komentarzy

W postanowieniu o dopuszczeniu dowodu z opinii sąd zobowiązał biegłego do odpowiedzi na pytanie:

„Jakie  są  skutki choroby powoda? Należy to opisać nie tylko językiem medycznym, ale również należy opisać zwykłym językiem, jak objawiają się w życiu codziennym te skutki”.

No właśnie. Nawet skutki choroby sąd chciałby mieć opisane językiem potocznym, a nie z użyciem hermetycznej terminologii medycznej.

A kiedy przychodzi do ustalenia, czy zgoda pacjenta na zabieg była skuteczna, to podejście sędziów bywa zgoła inne. „Modelowy pacjent” to dla sędziów niemal top-model.

Gdy sędzia musi ocenić zachowanie pacjentów i skuteczność wyrażonej przez nich zgody na operację, wymaga czasem od pacjenta, aby ten:

  • pytał lekarza w szczegółach o konkretne ryzyka, nawet te, o których lekarz sam z siebie nie wspomniał (a o których pacjent nie ma pojęcia, bo i skąd),
  • rozumiał przekazywane w biegu fachowym językiem informacje nawet wówczas, gdy formularz zgody ma przeczytać bez okularów „do bliży”, już w drodze na salę operacyjną, albo gdy tekst zgody podsuwa mu się dopiero po premedykacji, przed samym zabiegiem,
  • jasna była dla niego nawet nazwa zabiegu/metoda wpisana po łacinie do formularza,
  • odmówił roztropnie zgody na operację, jeśli boi się ewentualnych komplikacji nawet, jak lista możliwych powikłań jest (nieprawidłowo) rozdęta do granic możliwości i obejmuje wszystko, włącznie ze  śmiercią lub zakażeniem szpitalnym, a pacjent czekał w kolejce na zabieg rok i nie wiadomo, czy i kiedy mógłby liczyć na kolejny termin.

Podobnie szpitale. Te to już tak się rozpędziły, że czasem lekarze uważają, że podpisany przez pacjenta cyrograf w postaci nierzadko pięcio- lub jeszcze–więcej-stronicowej zgody na operację załatwia raz na zawsze sprawę ewentualnych roszczeń w przypadku błędu medycznego…

Na szczęście tak nie jest: zgoda pacjenta na zabieg nie zwalnia przecież lekarza z obowiązku zachowania należytej staranności!

A jeśli chodzi o to, jak się ma „szpital w Leśnej Górze” – zakodowany w świadomości niektórych sędziów – do rzeczywistości, to jest to zadanie dla  pełnomocnika procesowego. Dlatego także na blogach dużo piszę o znaczeniu zgody na zabieg, między innymi tutaj.

To radca prawny albo adwokat powinien – kiedy trzeba – wytłumaczyć sądowi, jak to jest ze skutecznością zgody na operację wyrażanej w różnych nietypowych okolicznościach szpitalnych.

Na przykład takich.

Pacjentka podpisała zgodę na zabieg cesarskiego cięcia ze względów elektywnych na tydzień przed planowanym terminem porodu. Wskazaniem do cięcia cesarskiego były schorzenia ortopedyczne ciężarnej. Nie została wtedy poinformowana o tym, że w jej przypadku wchodzi w grę poród drogami natury, jak również nie została poinformowana o ryzyku cesarskiego cięcia w przypadku wskazań pilnych lub nagłych. Przeciwnie, pozostawała w przekonaniu, że poród naturalny mógłby spowodować poważne szkody w jej zdrowiu.

Po przyjęciu pacjentki ponad tydzień później do placówki medycznej, lekarze dyżurni  podtrzymali kwalifikację do wykonania cesarskiego cięcia ze wskazań elektywnych.  Lekarz prowadzący ciążę pacjentki nie był w tym dniu obecny w pracy.

Niestety jednak doszło do niczym nieuzasadnionego opóźnienia w przeprowadzeniu operacji, a w międzyczasie  rozpoczął się  II okresu porodu. Zabieg cięcia w tych warunkach był obiektywnie znacznie trudniejszy i obarczony większym ryzykiem powikłań dla matki i dziecka.

Lekarka prowadząca poród tak zeznała o informacji udzielonej (rodzącej!) pacjentce:

„Na sali operacyjnej, jeżeli stwierdziłam, że muszę tutaj pewnymi położniczymi sformułowaniami operować, jak główka była już w szparze sromowej powiedziałam jej, że ma szanse urodzenia drogami natury.”

I to byłoby na tyle.

Lekarka prowadząca poród poinformowała rodzącą jedynie, że istnieje możliwość zakończenia ciąży w drodze porodu naturalnego i że – jak się można domyślać –   cesarskie cięcie wiąże się z (bliżej nieokreślonym) ryzykiem.

Pacjentka nie wyraziła zgody na poród siłami natury.

Mając tylko takie informacje, rodząca nie mogła przecież wyrazić świadomej zgody na zabieg. Powinna zostać na nowo obszernie poinformowana o ryzyku, z jakim wiąże się wykonanie zabiegu cesarskiego cięcia w zmienionych okolicznościach, oraz jakie jest ryzyko porodu naturalnego. I dlaczego nagle przestały być aktualne przeciwskazania do porodu naturalnego, który od początku ciąży, a nawet  jeszcze kilka godzin wcześniej, nie był brany pod uwagę, bo lekarze twierdzili, że byłby niebezpieczny dla jej zdrowia?

Dopiero po uzyskaniu takich informacji, rodząca mogłaby wyrazić nową, poinformowaną zgodę na zabieg cesarskiego cięcia oraz  świadomą odmowę przeprowadzenia porodu siłami natury.

Pacjentka nie miała żadnych potrzebnych informacji, a personel prowadzący poród postawił ją „pod ścianą”. Nie było więc mowy o świadomych decyzjach ani przejęciu ryzyka przez rodzącą. Poważne powikłania, które wystąpiły po porodzie u matki, obciążają więc klinikę położniczą.

I raczej nie będzie z tej historii scenariusza dla kolejnego odcinka „Na dobre i na złe”, w którym  pacjenci leżą w komfortowych salach, nie ma kłopotów ze sprzętem, a lekarze i pielęgniarki ciągle się uśmiechają i z wielką radością spieszą z pomocą chorym.

 

NIK opublikował właśnie wynik kontroli pt.  „Opieka okołoporodowa na oddziałach położniczych” (P/15/065).

Postępowanie kontrolne dotyczyło sprawdzenia, czy oddziały położnicze zapewniały pacjentkom i noworodkom świadczenia medyczne odpowiedniej jakości.

Konkluzja jest czytelna: nie wszystkie oddziały są w pełni bezpieczne dla rodzącej i dziecka.

Z mojego punktu widzenia, najistotniejsze nieprawidłowości  stwierdzone w niektórych placówkach, a wypunktowane przez NIK to:

  • braki w wyposażeniu (tylko osiem z 29 zbadanych przez NIK oddziałów spełniało wszystkie wymogi dotyczące wyposażenia),

 

  • sale poporodowe, na których przebywają po porodzie matki z dziećmi, nie były wyposażone w sprzęt umożliwiający mycie i pielęgnację noworodka, co oczywiście może przełożyć się na zakażenie szpitalne,

 

  • niewystarczająca obsada kadrowa (w większości (22) skontrolowanych szpitali podczas dyżuru był np. tylko jeden anestezjolog, który był przypisany do udzielania świadczeń na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii lub bloku operacyjnym), co oczywiście ma wpływ między innymi na dostępność znieczulenia do porodu oraz możliwość szybkiego wykonania cięcia cesarskiego. O znaczeniu czasu w podjęciu decyzji o cięciu, pisałam między innymi tutaj. A prawo do łagodzenia bólu porodowego jest jednym z ważniejszych praw rodzącej,  wynika z obowiązujących, co obszernie komentowałam w tym poście,

 

  • braki kadrowe dotyczą też lekarzy innych specjalności. Na dwóch oddziałach pracowała mniejsza liczba lekarzy niż wymagana, a w trzech dyżury pełnione były samodzielnie przez lekarzy, którzy nie posiadali wymaganej specjalizacji,

 

  • aż w 17 szpitalach nieprzerwany czas pracy poszczególnych lekarzy, zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych, wynosił od 31,5 do 151 godzin. Oznacza to, że niektórzy lekarze pracowali non stop przez kilka dni,

 

  • w żadnym ze skontrolowanych oddziałów nie przestrzegano wszystkich standardów opieki okołoporodowej,

 

  • zdarzają się przypadki, w których – pomimo wskazań medycznych – nie zapewniono rodzącej pełnej opieki medycznej i nie wykonano cesarskiego cięcia bądź wykonano je zbyt późno (mimo wzrostu ogólnej liczby cc),
  • pacjentki, u których podczas pobytu w szpitalu z I poziomu referencyjnego, stwierdzi się stan średniej lub ciężkiej patologii, powinny być przekazane do oddziału o wyższym poziomie referencyjności – co nie zawsze ma miejsce.

     

Pełny  tekst raportu i omówienia przeczytać można tutaj. Warto to zrobić, bo raport zawiera nazwy konkretnych kontrolowanych szpitali oraz wskazuje, czy i do jakich nieprawidłowości stwierdzono w danej placówce.  Może się przydać, jako argument w sądzie, albo – lepiej – pomoże w decyzji, który szpital wybrać na miejsce porodu.