Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Dziecko urodziło się w stanie ogólnym ciężkim, w zamartwicy, z kwasicą metaboliczną.

Sąd (karny) uznał, że gdyby położnik prawidłowo zanalizował bardzo niepokojące wyniki badań KTG, to mógł przewidzieć, że jeśli natychmiast nie wykona cięcia cesarskiego, albo – na późniejszym etapie porodu – nie zakończy porodu niezwłocznie przy użyciu próżnociągu (wyciągacza próżniowego), to poród zakończy się co najmniej ciężkimi obrażeniami ciała u dziecka, a nawet śmiercią.

Lekarz wiedział o objawach niedotlenienia wewnątrzmacicznego u dziecka.  O tym, że wszystko wskazuje na nagłe zagrożenie dobrostanu płodu, informowała go położna. I nic nie zrobił.

Sąd I instancji skazał go na 1 rok pozbawienia wolności, ale zawiesił wykonanie kary na okres 2 lat próby i na grzywnę 5000 zł.

Sąd Okręgowy, rozpatrując apelację oskarżonego lekarza od tego wyroku uznał, że taka kara jest rażąco surowa. Zbyt surowa, mimo zawieszenia kary pozbawienia wolności. Że w społecznym odczuciu byłaby to kara niesprawiedliwa, niewspółmierna, a ta niewspółmierność kary do stopnia winy jest wręcz bijąca w oczy.

Sąd  odwoławczy  ocenił, że  karą  adekwatną  m.in.  do  stopnia  społecznej  szkodliwości  czynu  lekarza  będzie – jedynie –  kara  grzywny  w  kwocie 8.000 zł. Kwotę tę sąd ustalił biorąc pod uwagę możliwości majątkowe i zarobkowe oskarżonego, a karę pozbawienia wolności uchylił.

Czy tylko mnie się wydaje, że coś jest nie tak z wyważeniem przez Sąd wartości?

Czy lekarz ginekolog-położnik rzeczywiście przejmie się grzywną w wysokości 8.000 zł.?

Czy taka kara za rażące naruszenie zasad etyki i wykonywania zawodu przez lekarza jest na pewno wystraczająca?

Żebyśmy się dobrze rozumieli: nie jestem za tym, żeby spalić na stosie każdego lekarza, który popełni mniejszy lub większy błąd w leczeniu. Ale uważam, że kary, które są na tyle niskie, że płaci się je z przyjemnością, mogą mieć skutek jedynie demoralizujący. Lekarz niewątpliwie wyszedł z tego procesu (karnego) z satysfakcją, że warto było walczyć do końca i z czystą kartą zawodową.

A odszkodowanie za (jego) błąd  lekarski zapłaci szpital w procesie cywilnym, który dobiega właśnie końca.

 

 

 

 

“Szanowna Pani Mecenas, bardzo dziękujemy za pomoc, dzięki której możemy spać spokojnie oraz cieszyć się radością każdego dnia. XX z rodzicami”

takie piękne życzenia – dołączone do bukietów róż – dostałyśmy dziś z mec. Karoliną Kolary od klientów, których sprawa zakończyła się właśnie wyrokiem sądu apelacyjnego.

Ostatecznie, po siedmiu latach procesu, poszkodowany przy porodzie chłopiec (miało miejsce niedotlenienie okołoporodowe) otrzyma:

  • 1, 1 mln. zł. zadośćuczynienia
  • – prawie 20 tys. odszkodowania
  • – bieżącą rentę po ponad 12 tys. zł. miesięcznie i wyrównanie za czas trwania procesu,

a to wszystko z odsetkami za siedem lat!

Zadośćuczynienie po 100 tys. zł. za naruszenie ich prawa do życia rodzinnego otrzymają też jego rodzice. Sąd Apelacyjny w Warszawie tym samym po raz kolejny potwierdził, że rodzice także mają prawo do odszkodowania za błąd lekarski i niedotlenienie noworodka podczas porodu. O podobnej sprawie pisałam też tutaj: „Mądry Sąd, sprawiedliwy wyrok”.  Sąd dostrzegł też, że rażąco naruszono prawa pacjenta, ale ten wątek opiszę innym razem.

Każdy, kto ma w rodzinie niepełnosprawne dziecko, wie, jak trudno jest opisać słowami to, z czym przychodzi się zmierzyć każdego dnia.

Sąd uzasadnił swój wyrok tak: „rozmiar cierpień małoletniego powoda jest ogromny. Jego niepełnosprawność rokuje  niewielkie szanse na zdecydowaną poprawę w przyszłości. Życie dziecka i jego rodziców wypełnione jest w zasadzie ciągłą rehabilitacją i leczeniem. Nie ma możliwości poruszania się, nie może wykonać podstawowych czynności, potrzebuje pomocy we wszystkim – od potrzeb fizjologicznych, poprzez umycie się, do ubrania, przemieszczania się czy nawet położenia   się. Ma ograniczoną możliwość porozumiewania się, komunikuje się w sposób, który być może jest zrozumiały dla najbliższych, jednakże dotychczas wyłączał go z udziału w życiu społecznym, rówieśniczym. Jednocześnie, pomimo tych schorzeń fizycznych, zachowuje on sprawność intelektualną odpowiednią do wieku, co powoduje, że w pełni zdaje sobie sprawę ze swojego stanu, może porównywać go do sytuacji innych „normalnych” ludzi, czy dzieci w swoim wieku…”.

To ogromna satysfakcja usłyszeć (czy przeczytać na bileciku z życzeniami), że mam choć najmniejszy wkład w to, że życie mojego małego klienta i jego rodziny będzie od teraz pozbawione przynajmniej trosk materialnych… Dziękuję!

 

 

 

Opinie biegłych bywają tak napisane, że po lekturze często nie wiadomo, czy autor jest „za, a nawet przeciw”, i jaka ostatecznie jest konkluzja. Problem z interpretacją mają nie tylko zainteresowane strony procesu, w tym przede wszystkim poszkodowani pacjenci, ale i sądy. Dlatego sędziowie tak lubią pointy: „W procesie leczenia nie można dopatrzyć się błędu medycznego” albo „Postępowanie lekarza było w pełni prawidłowe i zgodne ze sztuką medyczną”, a biegli bardzo często szafują takimi podsumowaniami w wydawanych ekspertyzach. Nawet gdy wcześniej, omawiając przebieg leczenia, wskazywali na szereg nieprawidłowości…

Sama jestem przyzwyczajona, że biegłym trzeba odpowiednio zadawać pytania, bo najczęściej sformułowanie (teza) w stylu: „Proszę ocenić leczenie, jakiemu poddany był pacjent i wskazać ewentualne nieprawidłowości, a także ich wpływ na obecny stan zdrowia” jest jak wyrok samobójczy.

Wtedy przecież biegłemu jest najłatwiej prześlizgnąć się po temacie i odpowiedzieć: „Leczenie było prowadzone zgodnie ze standardami i aktualną wiedzą medyczną, a powikłanie, które wystąpiło, mieściło się w granicach typowego ryzyka.”

Przyzwyczajona jestem też do tego, że opinie biegłych trzeba „zinterpretować”, czyli wytłumaczyć sądowi, „co biegły miał na myśli”, bo czasem naprawdę trudno – bez pewnej wiedzy medycznej i doświadczenia w sprawach o błędy – zrozumieć zawiły tok rozumowania eksperta. A gdy dodatkowo opinia jest celowo tak napisana, żeby jak najmniej konkretów z niej wynikało – co jest nagminne – to już w ogóle;-)

Są jednak takie opinie, i takie uzasadnienia wyroków, które pozwalają odzyskać nadzieję, że sprawa błąd lekarski to nie zabawa w kotka i myszkę, czyli kto kogo przechytrzy, tylko normalna, zdroworozsądkowa ocena przebiegu leczenia.

Mam na przykład przed sobą opinię biegłego. To już trzecia ekspertyza w tej samej sprawie.  Chodzi o śmierć dziecka w trakcie porodu. Dziecko ważyło ponad 4500 g, było ułożone pośladkowo. Nie wykonano cięcia cesarskiego, bo lekarz prowadzący poród założył, wbrew danym wynikającym z badań, że dziecko będzie ważyło około 3500 g.

Pierwszą opinię, korzystną dla rodziców dziecka, wydał zakład medycyny sądowej. Drugą wydał Pan Profesor Medycyny, specjalista z zakresu ginekologii i położnictwa. Zdaniem Pana Profesora, skoro lekarz ocenił wagę płodu na 3500 g, to miał do tego prawo, a nawet jeśli się pomylił aż o 1 kg (sic!), to „nie jest to pierwszy ani ostatni lekarka, która się myli co do wielkości płodu”. Czyli błędu diagnostycznego, a następstwie błędu co do sposobu rozwiązania ciąży, nie było. Więcej o tej sprawie napisałam tutaj.

I pojawia się trzecia opinia. Również profesorska, z innego ośrodka naukowego. Pan Profesor z bogatym doświadczeniem klinicznym. Biegły pisze między innymi: „Podstawowym błędem był brak kwalifikacji do wykonania cięcia cesarskiego. Nawet najbardziej doświadczony lekarz, jeżeli dowiaduje się od pacjentki, że inny doświadczony lekarz nie wyklucza masy urodzeniowej 4000 g, jeżeli podejmując dyskusyjną decyzję zleca wykonanie badań [USG] rezydentowi, a potem ich dokładnie nie przeanalizuje, jeżeli po odpłynięciu płynu owodniowego zaniża szacowaną masę płodu o ponad kilogram, to podejmuje niepotrzebne ryzyko fatalnego zakończenia porodu.”

Krótko i na temat.

Dziękuję, Pani Profesorze, za ten głos rozsądku.

 

 

 

Mądry Sąd, sprawiedliwy wyrok

Jolanta Budzowska05 maja 201711 komentarzy

Wczoraj zakończyła się jedna z prowadzonych przez moją kancelarię spraw cywilnych o błąd porodowy.

To był wyjątkowy proces, a Sąd wydał wyjątkowy wyrok.

Dlaczego wyjątkowy proces?

Bo chronologia wydarzeń wyglądała tak:

– poród miał miejsce w sierpniu 2013 roku;

– w styczniu 2015 roku złożyliśmy pozew, zaraz po tym, jak stało się jasne, że błędy przy porodzie spowodowały nieodwracalne szkody na zdrowiu dziecka. Dziewczynka ma zdiagnozowane mózgowe porażenie dziecięce – postać pozapiramidową, nie chodzi, nie raczkuje, nie siedzi samodzielnie, ma znacznie ograniczoną funkcję rąk i jest nadwrażliwa na bodźce. Jej sprawność ruchowa podczas badania wykonanego w 14,5 miesiącu życia odpowiadała 1 miesiącowi wieku rozwojowego;

–  wyjątkowo szybko, bo w niewiele ponad dwa lata sprawa znalazła swój finał w I instancji;

– przedwczoraj, na początku maja, Sąd wydał wyrok;

– jak dobrze pójdzie, to już za około pół roku (po rozpoznaniu apelacji, która zapewne zostanie złożona przez pozwany szpital i PZU SA), proces zakończy się na dobre. Ale już teraz prawdopodobnie rodzice uzyskają środki na leczenie, rehabilitację i opiekę nad dzieckiem, bo jeśli nawet apelacja zostanie złożona, to pozwani od razu i tak wypłacą niekwestionowaną przez nich część odszkodowania i zadośćuczynienia.

Nie tylko przebieg procesu był wyjątkowy, ale i sam wyrok. Dlaczego?

Ponieważ Sąd zasądził:

  • na rzecz zasądził na rzecz matki 150 tys., a na rzecz ojca 100 tys. zadośćuczynienia,
  • na rzecz poszkodowanej dziewczynki 1 mln zł. zadośćuczynienia za szkodę na zdrowiu,
  • po 50 tys. zł. zadośćuczynienia za naruszenie praw pacjenta na rzecz matki i dziecka,
  • odszkodowanie, rentę, odsetki, koszty procesu.

Co w tym wyjątkowego?

Kilka aspektów.

Po pierwsze, cieszę się, że 1 mln zadośćuczynienia za szkodę na zdrowiu powoli przestaje być czymś wyjątkowym. Żadne pieniądze nie zrekompensują takiej krzywdy, jakiej doznaje przez cale życie dziecko poszkodowane podczas porodu. Nie rozumiem argumentów, że 1 mln to kwota zbyt wygórowana, że przyznanie takiego zadośćuczynienia doprowadzi do „wzbogacenia” się poszkodowanego – naprawdę, takie argumenty są standardem w odpowiedziach na pozew autorstwa pełnomocników szpitali i ubezpieczycieli!

Po drugie, cieszę się, że Sąd dostrzegł sytuację rodziców i zasądził każdemu z nich zadośćuczynienie za zerwane więzi rodzinne uznając, że jest oczywiste, że relacje rodzice- dziecko nigdy już nie będą w tej rodzinie typowe, normalne. Więcej o podstawie do takiego żądania można przeczytać tutaj i tutaj.

Po trzecie, Sąd zasądził dodatkowo po 50 tys. zł. dla matki i dziecka zadośćuczynienia z tytułu naruszenia praw pacjenta. Przyznanie takich kwot dowodzi, że sądy zaczynają odpowiednio wysoko „wyceniać” nie tylko samą szkodę na zdrowiu, ale i pogwałcenie praw pacjenta. Na przykład, jak w tym przypadku, prawa do uzyskania świadczeń zdrowotnych zgodnych z aktualną wiedzą medyczną.

I na koniec: Sąd uwzględnił w całości roszczenie o odszkodowanie, także w zakresie kwot pokrywanych przez fundację, z pomocy której korzystają rodzice. W ocenie sądu wprawdzie nie ma przepisu ani orzeczeń, które wprost przewidywałyby możliwość zasądzenia w takiej sytuacji kwot na rzecz poszkodowanego, ale  wg sądu nie może też być tak, że gdyby koszty te pokrywał poszkodowany ze swej kieszeni, to pozwani mieliby obowiązek je zwracać, a jeśli pokrywa je fundacja, to nie ma obowiązku ich zwrotu. Byłoby to nieuzasadnione uprzywilejowanie pozwanych mające swe źródło w stanie majątkowym poszkodowanego (bo byłoby uzależnione od tego, czy poszkodowanego stać na samodzielne pokrywanie kosztów leczenia).  To jest pogląd, który od lat próbuję forsować w toku procesów o błędy medyczne (więcej na temat, dlaczego moim zdaniem rodzice mają prawo do zwrotu środków, które uzbierają za pośrednictwem fundacji, napisałam tutaj)  – cieszę się, że sąd w tej sprawie myśli tak samo i dał temu wyraz w uzasadnieniu!

Wyjątkowy proces, wyjątkowy wyrok, a ja się wyjątkowo cieszę:-)…*

*… czemu dałam świadomie wyraz używając nieproporcjonalnie często słów „wyjątkowo” i „cieszę się” 🙂

 

 

Jeśli ktoś zamierza zwrócić się do lekarza czy szpitala o udostępnienie pełnej dokumentacji medycznej, to warto poczekać do 11 maja 2017 r. (wtedy wchodzi w życie zmiana przepisów). Będzie taniej: za jedną stronę kopii zapłacimy maksymalnie aktualnie około 0,30 zł. (dawniej 0,84 zł.), więc prawie trzykrotnie mniej!

A przy okazji praktyczna uwaga: warto uzyskać kopie wydruków KTG jak najwcześniej po porodzie. Kopie na „zwykłym” papierze dosyć dobrze się przechowują, w przeciwieństwie do papieru z rolki, na którym jest robiony oryginalny wydruk. Ten szybko blaknie i nawet po dwóch – trzech latach po porodzie okazuje się, że zapis jest praktycznie nieczytelny.

Teoretycznie powinien to być problem szpitala, ale w praktyce, to pacjent udowadnia w sądzie, że wynik badania KTG nakazywał na przykład ciągły monitoring lub zweryfikowanie dobrostanu płodu innymi badaniami, jak USG Doppler.

A jak już mamy tę kopię wydruku badania KTG, to sprawdźmy, czy:

  • w szpitalu dobrze wykonano ksero  (często są „dziury” i braki – oryginalny wydruk jest najczęściej na papierze z rolki, a ksero na A4, co bywa nie do przejścia dla personelu:-)),
  • udostępniono nam wszystkie wydruki wykonanych badań – jeśli nie pamiętamy, o której godzinie mieliśmy podłączony aparat KTG, to czasem jest to odnotowywane w dekursusach lekarskich lub położnych,
  • czy daty i godziny na wydruku się zgadzają,
  • czy to na pewno wydruk naszego badania…

Więcej informacji o dostępnie do dokumentacji i zmianach w przepisach w poście na blogu Pomyłka Lekarza.