Wczoraj zakończyła się jedna z prowadzonych przez moją kancelarię spraw cywilnych o błąd porodowy.
To był wyjątkowy proces, a Sąd wydał wyjątkowy wyrok.
Dlaczego wyjątkowy proces?
Bo chronologia wydarzeń wyglądała tak:
– poród miał miejsce w sierpniu 2013 roku;
– w styczniu 2015 roku złożyliśmy pozew, zaraz po tym, jak stało się jasne, że błędy przy porodzie spowodowały nieodwracalne szkody na zdrowiu dziecka. Dziewczynka ma zdiagnozowane mózgowe porażenie dziecięce – postać pozapiramidową, nie chodzi, nie raczkuje, nie siedzi samodzielnie, ma znacznie ograniczoną funkcję rąk i jest nadwrażliwa na bodźce. Jej sprawność ruchowa podczas badania wykonanego w 14,5 miesiącu życia odpowiadała 1 miesiącowi wieku rozwojowego;
– wyjątkowo szybko, bo w niewiele ponad dwa lata sprawa znalazła swój finał w I instancji;
– przedwczoraj, na początku maja, Sąd wydał wyrok;
– jak dobrze pójdzie, to już za około pół roku (po rozpoznaniu apelacji, która zapewne zostanie złożona przez pozwany szpital i PZU SA), proces zakończy się na dobre. Ale już teraz prawdopodobnie rodzice uzyskają środki na leczenie, rehabilitację i opiekę nad dzieckiem, bo jeśli nawet apelacja zostanie złożona, to pozwani od razu i tak wypłacą niekwestionowaną przez nich część odszkodowania i zadośćuczynienia.
Nie tylko przebieg procesu był wyjątkowy, ale i sam wyrok. Dlaczego?
Ponieważ Sąd zasądził:
- na rzecz zasądził na rzecz matki 150 tys., a na rzecz ojca 100 tys. zadośćuczynienia,
- na rzecz poszkodowanej dziewczynki 1 mln zł. zadośćuczynienia za szkodę na zdrowiu,
- po 50 tys. zł. zadośćuczynienia za naruszenie praw pacjenta na rzecz matki i dziecka,
- odszkodowanie, rentę, odsetki, koszty procesu.
Co w tym wyjątkowego?
Kilka aspektów.
Po pierwsze, cieszę się, że 1 mln zadośćuczynienia za szkodę na zdrowiu powoli przestaje być czymś wyjątkowym. Żadne pieniądze nie zrekompensują takiej krzywdy, jakiej doznaje przez cale życie dziecko poszkodowane podczas porodu. Nie rozumiem argumentów, że 1 mln to kwota zbyt wygórowana, że przyznanie takiego zadośćuczynienia doprowadzi do „wzbogacenia” się poszkodowanego – naprawdę, takie argumenty są standardem w odpowiedziach na pozew autorstwa pełnomocników szpitali i ubezpieczycieli!
Po drugie, cieszę się, że Sąd dostrzegł sytuację rodziców i zasądził każdemu z nich zadośćuczynienie za zerwane więzi rodzinne uznając, że jest oczywiste, że relacje rodzice- dziecko nigdy już nie będą w tej rodzinie typowe, normalne. Więcej o podstawie do takiego żądania można przeczytać tutaj i tutaj.
Po trzecie, Sąd zasądził dodatkowo po 50 tys. zł. dla matki i dziecka zadośćuczynienia z tytułu naruszenia praw pacjenta. Przyznanie takich kwot dowodzi, że sądy zaczynają odpowiednio wysoko „wyceniać” nie tylko samą szkodę na zdrowiu, ale i pogwałcenie praw pacjenta. Na przykład, jak w tym przypadku, prawa do uzyskania świadczeń zdrowotnych zgodnych z aktualną wiedzą medyczną.
I na koniec: Sąd uwzględnił w całości roszczenie o odszkodowanie, także w zakresie kwot pokrywanych przez fundację, z pomocy której korzystają rodzice. W ocenie sądu wprawdzie nie ma przepisu ani orzeczeń, które wprost przewidywałyby możliwość zasądzenia w takiej sytuacji kwot na rzecz poszkodowanego, ale wg sądu nie może też być tak, że gdyby koszty te pokrywał poszkodowany ze swej kieszeni, to pozwani mieliby obowiązek je zwracać, a jeśli pokrywa je fundacja, to nie ma obowiązku ich zwrotu. Byłoby to nieuzasadnione uprzywilejowanie pozwanych mające swe źródło w stanie majątkowym poszkodowanego (bo byłoby uzależnione od tego, czy poszkodowanego stać na samodzielne pokrywanie kosztów leczenia). To jest pogląd, który od lat próbuję forsować w toku procesów o błędy medyczne (więcej na temat, dlaczego moim zdaniem rodzice mają prawo do zwrotu środków, które uzbierają za pośrednictwem fundacji, napisałam tutaj) – cieszę się, że sąd w tej sprawie myśli tak samo i dał temu wyraz w uzasadnieniu!
Wyjątkowy proces, wyjątkowy wyrok, a ja się wyjątkowo cieszę:-)…*
*… czemu dałam świadomie wyraz używając nieproporcjonalnie często słów „wyjątkowo” i „cieszę się” 🙂













