Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Najtrudniejsze w procesie o błąd medyczny jest nie to, że trwa on zwykle długo i że znów musimy wracać do zwykle traumatycznych przeżyć. Swoją drogą, często poszkodowani pacjenci pytają mnie:

– Czy będę musiał/musiała być obecna na każdej rozprawie?

To pytanie nie wynika z faktu, że ktoś nie ma czasu. Najczęściej bierze się z obawy, że się po prostu nie da rady, że trudno będzie podołać konfrontacji i spojrzeniu w oczy lekarzowi, który nas skrzywdził.

Czasem jednak pacjenci – mimo, że nie muszą – podejmują decyzję, że chcą uczestniczyć we wszystkich posiedzeniach sądu, nie tylko w tym, na którym będą sami składali zeznania. To dobra decyzja.  Czy to ja, czy inny prawnik z mojej kancelarii jesteśmy zawsze na sali sądowej i stoimy na straży interesów powoda. Niekiedy jednak, najczęściej w czasie zeznań świadków: lekarzy i pielęgniarek, pracowników szpitala, pojawia się jakiś wątek, który nigdy wcześniej nie został poruszony.

Na przykład kiedyś położna z pełnym przekonaniem zeznała, że widziała moją klientkę, ciężarną, jak ta paliła papierosy przed wejściem do przychodni, gdzie miała odbyć kontrolną wizytę u ginekologa. Gdybym moja klientka nie była wtedy w sądzie, to z pewnością nie miałabym szansy na proste wyjaśnienie tego nieporozumienia: widziano nie moją klientkę, ale uderzająco podobną do niej siostrę, skądinąd nałogową palaczkę, która towarzyszyła jej na tej wizycie lekarskiej.

Fakt może na pozór nieistotny, ale w tej sprawie mógł mieć znaczenie. Jak w każdym przypadku, kiedy dochodzi do urodzenia dziecka w zamartwicy, szpital chwyta się nawet przysłowiowej brzytwy, żeby udowodnić, że to matka, a nie lekarze i położne ponoszą za to winę. Kiedyś poświęciłam takim „kreatywnym” pomysłom szpitala cały post, który można przeczytać tutaj.

Wracając do tematu obecności poszkodowanego pacjenta na rozprawie w sądzie. Najtrudniejsze jest nawet nie to, że często po latach widzi się sprawców swojej krzywdy.

Najgorsze jest wysłuchanie ich zeznań, kiedy – delikatnie rzecz ujmując – mijają się z prawdą. Trudno jest zrozumieć, że można kłamać bezkarnie. Teoretycznie, według niedawno opublikowanych danych, w 2015 r. policja stwierdziła 2,3 tys. spraw o fałszywe zeznania. Rok później, w 2016, takich przestępstw było więcej. Stwierdzonych – 2,6 tys.

Wygląda więc na to, że ci, którzy kłamią przed sądem, nie przestraszyli się surowych kar, które za to grożą, zgodnie z Kodeksem Karnym. Nawet więzienia.

Według mnie kłamstwa są rzeczywiście na porządku dziennym, a ogromna większość takich sytuacji nigdy nie staje się przedmiotem zarzutu o składanie fałszywych zeznań. Świadkowie lekarze i pielęgniarki twórczo „uzupełniają” treść dokumentacji medycznej i po latach barwnie i szczegółowo opowiadają jak często i dokładnie badali pacjenta mimo, że w dokumentacji nie ma po tym śladu. W najlepszym razie, ci „porządniejsi”, którzy są między młotem a kowadłem (czyli między własną potrzebą zachowania się jako tako przyzwoicie, a poleceniem od dyrekcji, żeby nie szkodzić szpitalowi, w którym się pracuje) nic nie pamiętają. Nawet, jeśli powinni. Ci są najmniej szkodliwi dla pacjenta.

Kłamią też biegli. A właściwie piszą czy zeznają na rozprawie tak, żeby właściwie nic nie wynikało z ich wypowiedzi. Że leczenie mogło być lepsze, ale nie ma pewności, że opóźnienie czy złe leki zaszkodziły pacjentowi. Bo przecież pacjent i tak był chory… Gorzej z tymi, którzy wymyślają nieistniejące wskazania.

Na przykład niedawno biegły ginekolog – położnik przekonywał sąd, że wskazania do natychmiastowego cięcia cesarskiego  pojawiły się dopiero tuż przed tym, kiedy je faktycznie wykonano. Postępowanie lekarzy było więc w pełni profesjonalne, jak utrzymywał. Dopiero po naciskach przyznał, że już KTG wykonane dwie godziny wcześniej jednoznacznie świadczyło o tym, że stan dziecka się gwałtownie pogarsza. Potem tłumaczył, że tych wydruków KTG… nie odnalazł wcześniej w aktach sprawy.

Gorzej, że biegłym kłamstwa uchodzą właściwie bezkarnie.Powodem, dla której biegli wydają fałszywe opinie, jest z jednej strony chęć pomocy kolegom po fachu (pamiętajmy, że biegłym jest zwykle lekarz tej samej specjalizacji, co lekarz, który popełnił błąd, więc powiązania środowiskowe są z założenia silne), z drugiej poczucie solidarności („ja też mogę być w każdej chwili tak samo „ciągany po sądach”, jak XY”), a z trzeciej: niewiedza i ignorancja. Czyli klasyczne: nie wiem, ale się wypowiem.

Od kwietnia 2016 r. za składanie fałszywych zeznań, które mają służyć za dowód w postępowaniu sądowym, lub za zatajenie prawdy grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia (wcześniej – do trzech lat).

Z kolei, górna wysokość kary za przedstawienie fałszywej opinii lub ekspertyzy mających służyć za dowód w postępowaniu – to pozbawienie wolności od roku do lat 10.

Ale: konia z rzędem temu, kto udowodni, że lekarz w procesie o błąd medyczny kłamie, a biegły wydał fałszywą opinię…

Póki co, polecam mój „Poradnik świadka”. I od razu wyjaśniam: zalecam mówienie prawdy. Tak jest uczciwie.

Przyszłe mamy wzięły się na sposób, napisał dziennik „Rzeczpospolita”. Wyposażają się przed porodem w gadżety stacji telewizyjnych. Używanie mikrofonu i małej kamery z logo stacji TV ma podobno cudowną moc sprawczą. Lekarze i położne obchodzą się z rodzącą jak z jajkiem. Akcesoria są jak ostrzeżenie, że akcja porodowa jest nagrywana i może być pokazana w jednym z programów interwencyjnych. Zdaniem  kobiet, personel* lepiej traktuje „medialne” mamy.

Przyznam, że mam mieszane odczucia. Na pewno takie akcje nie służą budowaniu zaufania między pacjentką a lekarzem. Z drugiej strony, strach ciężarnych przed polskimi szpitalami położniczymi jest niestety często uzasadniony.  Wystarczy sięgnąć do ubiegłorocznego raportu Najwyższej Izby Kontroli: żaden ze szpitali kontrolowanych przez NIK nie przestrzegał w pełni standardów okołoporodowych…

Wbrew pozorom, regularnie trafiają do mnie też zrozpaczeni pacjenci, którzy mimo świetnego przygotowania do leczenia szpitalnego: znajomości swojej choroby, wiedzy o ryzykach, dobrej opieki osób bliskich – nie uchronili się od błędu medycznego. Wielu moich klientów to członkowie rodziny lekarza albo i sami lekarze – poszkodowani przez błąd lekarski kolegów po fachu. Często dopiero wtedy, kiedy nagle znajdują się po drugiej stronie – już nie lekarza, a pacjenta – przekonują się, jak naprawdę wygląda leczenie i na jaki mur obojętności można trafić. I to niezależnie od tego kim się było w życiu, zanim z normalnego funkcjonowanie wyłączyła nas choroba.

Ten problem dotyczy też niestety rodzących. Można być po szkole rodzenia, może to być kolejna ciąża, można mieć obok męża, który czuwa i w razie potrzeby interweniuje u położnej, można wiedzieć, co to jest KTG i jak brzmi sygnał alarmowy – a mimo to trafić na opór personelu.

Nie raz zdarzyło się mi się analizować dokumentację i wyczytać z niej, że położna wzywała lekarza, bo jej zdaniem dziecko w łonie matki było zagrożone niedotlenieniem, a lekarz nie opuszczał swojej dyżurki przez kilkadziesiąt minut. Zdarzyło się też, że młodszy dyżurny chciał przeprowadzić cięcie cesarskie, a ordynator nie widział wskazań… Dziecko urodziło się w zamartwicy.

Czy wobec tego można sięgać do wszystkich możliwych – oczywiście zgodnych z prawem –  środków, by uchronić się od błędu medycznego? Wszyscy, który są ofiarami takiego błędu, na pewno powiedzą, że żałują, że tego nie zrobili. I to jest chyba jedyna trafna odpowiedź.

*Nie tylko personel lepiej traktuje „medialnych” pacjentów. O tym, że sprawa medialna jest priorytetem dla prokuratury, już kiedyś pisałam (tutaj).

 

Dziecko urodziło się w stanie ogólnym ciężkim, w zamartwicy, z kwasicą metaboliczną.

Sąd (karny) uznał, że gdyby położnik prawidłowo zanalizował bardzo niepokojące wyniki badań KTG, to mógł przewidzieć, że jeśli natychmiast nie wykona cięcia cesarskiego, albo – na późniejszym etapie porodu – nie zakończy porodu niezwłocznie przy użyciu próżnociągu (wyciągacza próżniowego), to poród zakończy się co najmniej ciężkimi obrażeniami ciała u dziecka, a nawet śmiercią.

Lekarz wiedział o objawach niedotlenienia wewnątrzmacicznego u dziecka.  O tym, że wszystko wskazuje na nagłe zagrożenie dobrostanu płodu, informowała go położna. I nic nie zrobił.

Sąd I instancji skazał go na 1 rok pozbawienia wolności, ale zawiesił wykonanie kary na okres 2 lat próby i na grzywnę 5000 zł.

Sąd Okręgowy, rozpatrując apelację oskarżonego lekarza od tego wyroku uznał, że taka kara jest rażąco surowa. Zbyt surowa, mimo zawieszenia kary pozbawienia wolności. Że w społecznym odczuciu byłaby to kara niesprawiedliwa, niewspółmierna, a ta niewspółmierność kary do stopnia winy jest wręcz bijąca w oczy.

Sąd  odwoławczy  ocenił, że  karą  adekwatną  m.in.  do  stopnia  społecznej  szkodliwości  czynu  lekarza  będzie – jedynie –  kara  grzywny  w  kwocie 8.000 zł. Kwotę tę sąd ustalił biorąc pod uwagę możliwości majątkowe i zarobkowe oskarżonego, a karę pozbawienia wolności uchylił.

Czy tylko mnie się wydaje, że coś jest nie tak z wyważeniem przez Sąd wartości?

Czy lekarz ginekolog-położnik rzeczywiście przejmie się grzywną w wysokości 8.000 zł.?

Czy taka kara za rażące naruszenie zasad etyki i wykonywania zawodu przez lekarza jest na pewno wystraczająca?

Żebyśmy się dobrze rozumieli: nie jestem za tym, żeby spalić na stosie każdego lekarza, który popełni mniejszy lub większy błąd w leczeniu. Ale uważam, że kary, które są na tyle niskie, że płaci się je z przyjemnością, mogą mieć skutek jedynie demoralizujący. Lekarz niewątpliwie wyszedł z tego procesu (karnego) z satysfakcją, że warto było walczyć do końca i z czystą kartą zawodową.

A odszkodowanie za (jego) błąd  lekarski zapłaci szpital w procesie cywilnym, który dobiega właśnie końca.

 

 

 

 

“Szanowna Pani Mecenas, bardzo dziękujemy za pomoc, dzięki której możemy spać spokojnie oraz cieszyć się radością każdego dnia. XX z rodzicami”

takie piękne życzenia – dołączone do bukietów róż – dostałyśmy dziś z mec. Karoliną Kolary od klientów, których sprawa zakończyła się właśnie wyrokiem sądu apelacyjnego.

Ostatecznie, po siedmiu latach procesu, poszkodowany przy porodzie chłopiec (miało miejsce niedotlenienie okołoporodowe) otrzyma:

  • 1, 1 mln. zł. zadośćuczynienia
  • – prawie 20 tys. odszkodowania
  • – bieżącą rentę po ponad 12 tys. zł. miesięcznie i wyrównanie za czas trwania procesu,

a to wszystko z odsetkami za siedem lat!

Zadośćuczynienie po 100 tys. zł. za naruszenie ich prawa do życia rodzinnego otrzymają też jego rodzice. Sąd Apelacyjny w Warszawie tym samym po raz kolejny potwierdził, że rodzice także mają prawo do odszkodowania za błąd lekarski i niedotlenienie noworodka podczas porodu. O podobnej sprawie pisałam też tutaj: „Mądry Sąd, sprawiedliwy wyrok”.  Sąd dostrzegł też, że rażąco naruszono prawa pacjenta, ale ten wątek opiszę innym razem.

Każdy, kto ma w rodzinie niepełnosprawne dziecko, wie, jak trudno jest opisać słowami to, z czym przychodzi się zmierzyć każdego dnia.

Sąd uzasadnił swój wyrok tak: „rozmiar cierpień małoletniego powoda jest ogromny. Jego niepełnosprawność rokuje  niewielkie szanse na zdecydowaną poprawę w przyszłości. Życie dziecka i jego rodziców wypełnione jest w zasadzie ciągłą rehabilitacją i leczeniem. Nie ma możliwości poruszania się, nie może wykonać podstawowych czynności, potrzebuje pomocy we wszystkim – od potrzeb fizjologicznych, poprzez umycie się, do ubrania, przemieszczania się czy nawet położenia   się. Ma ograniczoną możliwość porozumiewania się, komunikuje się w sposób, który być może jest zrozumiały dla najbliższych, jednakże dotychczas wyłączał go z udziału w życiu społecznym, rówieśniczym. Jednocześnie, pomimo tych schorzeń fizycznych, zachowuje on sprawność intelektualną odpowiednią do wieku, co powoduje, że w pełni zdaje sobie sprawę ze swojego stanu, może porównywać go do sytuacji innych „normalnych” ludzi, czy dzieci w swoim wieku…”.

To ogromna satysfakcja usłyszeć (czy przeczytać na bileciku z życzeniami), że mam choć najmniejszy wkład w to, że życie mojego małego klienta i jego rodziny będzie od teraz pozbawione przynajmniej trosk materialnych… Dziękuję!

 

 

 

Opinie biegłych bywają tak napisane, że po lekturze często nie wiadomo, czy autor jest „za, a nawet przeciw”, i jaka ostatecznie jest konkluzja. Problem z interpretacją mają nie tylko zainteresowane strony procesu, w tym przede wszystkim poszkodowani pacjenci, ale i sądy. Dlatego sędziowie tak lubią pointy: „W procesie leczenia nie można dopatrzyć się błędu medycznego” albo „Postępowanie lekarza było w pełni prawidłowe i zgodne ze sztuką medyczną”, a biegli bardzo często szafują takimi podsumowaniami w wydawanych ekspertyzach. Nawet gdy wcześniej, omawiając przebieg leczenia, wskazywali na szereg nieprawidłowości…

Sama jestem przyzwyczajona, że biegłym trzeba odpowiednio zadawać pytania, bo najczęściej sformułowanie (teza) w stylu: „Proszę ocenić leczenie, jakiemu poddany był pacjent i wskazać ewentualne nieprawidłowości, a także ich wpływ na obecny stan zdrowia” jest jak wyrok samobójczy.

Wtedy przecież biegłemu jest najłatwiej prześlizgnąć się po temacie i odpowiedzieć: „Leczenie było prowadzone zgodnie ze standardami i aktualną wiedzą medyczną, a powikłanie, które wystąpiło, mieściło się w granicach typowego ryzyka.”

Przyzwyczajona jestem też do tego, że opinie biegłych trzeba „zinterpretować”, czyli wytłumaczyć sądowi, „co biegły miał na myśli”, bo czasem naprawdę trudno – bez pewnej wiedzy medycznej i doświadczenia w sprawach o błędy – zrozumieć zawiły tok rozumowania eksperta. A gdy dodatkowo opinia jest celowo tak napisana, żeby jak najmniej konkretów z niej wynikało – co jest nagminne – to już w ogóle;-)

Są jednak takie opinie, i takie uzasadnienia wyroków, które pozwalają odzyskać nadzieję, że sprawa błąd lekarski to nie zabawa w kotka i myszkę, czyli kto kogo przechytrzy, tylko normalna, zdroworozsądkowa ocena przebiegu leczenia.

Mam na przykład przed sobą opinię biegłego. To już trzecia ekspertyza w tej samej sprawie.  Chodzi o śmierć dziecka w trakcie porodu. Dziecko ważyło ponad 4500 g, było ułożone pośladkowo. Nie wykonano cięcia cesarskiego, bo lekarz prowadzący poród założył, wbrew danym wynikającym z badań, że dziecko będzie ważyło około 3500 g.

Pierwszą opinię, korzystną dla rodziców dziecka, wydał zakład medycyny sądowej. Drugą wydał Pan Profesor Medycyny, specjalista z zakresu ginekologii i położnictwa. Zdaniem Pana Profesora, skoro lekarz ocenił wagę płodu na 3500 g, to miał do tego prawo, a nawet jeśli się pomylił aż o 1 kg (sic!), to „nie jest to pierwszy ani ostatni lekarka, która się myli co do wielkości płodu”. Czyli błędu diagnostycznego, a następstwie błędu co do sposobu rozwiązania ciąży, nie było. Więcej o tej sprawie napisałam tutaj.

I pojawia się trzecia opinia. Również profesorska, z innego ośrodka naukowego. Pan Profesor z bogatym doświadczeniem klinicznym. Biegły pisze między innymi: „Podstawowym błędem był brak kwalifikacji do wykonania cięcia cesarskiego. Nawet najbardziej doświadczony lekarz, jeżeli dowiaduje się od pacjentki, że inny doświadczony lekarz nie wyklucza masy urodzeniowej 4000 g, jeżeli podejmując dyskusyjną decyzję zleca wykonanie badań [USG] rezydentowi, a potem ich dokładnie nie przeanalizuje, jeżeli po odpłynięciu płynu owodniowego zaniża szacowaną masę płodu o ponad kilogram, to podejmuje niepotrzebne ryzyko fatalnego zakończenia porodu.”

Krótko i na temat.

Dziękuję, Pani Profesorze, za ten głos rozsądku.