Najtrudniejsze w procesie o błąd medyczny jest nie to, że trwa on zwykle długo i że znów musimy wracać do zwykle traumatycznych przeżyć. Swoją drogą, często poszkodowani pacjenci pytają mnie:
– Czy będę musiał/musiała być obecna na każdej rozprawie?
To pytanie nie wynika z faktu, że ktoś nie ma czasu. Najczęściej bierze się z obawy, że się po prostu nie da rady, że trudno będzie podołać konfrontacji i spojrzeniu w oczy lekarzowi, który nas skrzywdził.
Czasem jednak pacjenci – mimo, że nie muszą – podejmują decyzję, że chcą uczestniczyć we wszystkich posiedzeniach sądu, nie tylko w tym, na którym będą sami składali zeznania. To dobra decyzja. Czy to ja, czy inny prawnik z mojej kancelarii jesteśmy zawsze na sali sądowej i stoimy na straży interesów powoda. Niekiedy jednak, najczęściej w czasie zeznań świadków: lekarzy i pielęgniarek, pracowników szpitala, pojawia się jakiś wątek, który nigdy wcześniej nie został poruszony.
Na przykład kiedyś położna z pełnym przekonaniem zeznała, że widziała moją klientkę, ciężarną, jak ta paliła papierosy przed wejściem do przychodni, gdzie miała odbyć kontrolną wizytę u ginekologa. Gdybym moja klientka nie była wtedy w sądzie, to z pewnością nie miałabym szansy na proste wyjaśnienie tego nieporozumienia: widziano nie moją klientkę, ale uderzająco podobną do niej siostrę, skądinąd nałogową palaczkę, która towarzyszyła jej na tej wizycie lekarskiej.
Fakt może na pozór nieistotny, ale w tej sprawie mógł mieć znaczenie. Jak w każdym przypadku, kiedy dochodzi do urodzenia dziecka w zamartwicy, szpital chwyta się nawet przysłowiowej brzytwy, żeby udowodnić, że to matka, a nie lekarze i położne ponoszą za to winę. Kiedyś poświęciłam takim „kreatywnym” pomysłom szpitala cały post, który można przeczytać tutaj.
Wracając do tematu obecności poszkodowanego pacjenta na rozprawie w sądzie. Najtrudniejsze jest nawet nie to, że często po latach widzi się sprawców swojej krzywdy.
Najgorsze jest wysłuchanie ich zeznań, kiedy – delikatnie rzecz ujmując – mijają się z prawdą. Trudno jest zrozumieć, że można kłamać bezkarnie. Teoretycznie, według niedawno opublikowanych danych, w 2015 r. policja stwierdziła 2,3 tys. spraw o fałszywe zeznania. Rok później, w 2016, takich przestępstw było więcej. Stwierdzonych – 2,6 tys.
Wygląda więc na to, że ci, którzy kłamią przed sądem, nie przestraszyli się surowych kar, które za to grożą, zgodnie z Kodeksem Karnym. Nawet więzienia.
Według mnie kłamstwa są rzeczywiście na porządku dziennym, a ogromna większość takich sytuacji nigdy nie staje się przedmiotem zarzutu o składanie fałszywych zeznań. Świadkowie lekarze i pielęgniarki twórczo „uzupełniają” treść dokumentacji medycznej i po latach barwnie i szczegółowo opowiadają jak często i dokładnie badali pacjenta mimo, że w dokumentacji nie ma po tym śladu. W najlepszym razie, ci „porządniejsi”, którzy są między młotem a kowadłem (czyli między własną potrzebą zachowania się jako tako przyzwoicie, a poleceniem od dyrekcji, żeby nie szkodzić szpitalowi, w którym się pracuje) nic nie pamiętają. Nawet, jeśli powinni. Ci są najmniej szkodliwi dla pacjenta.
Kłamią też biegli. A właściwie piszą czy zeznają na rozprawie tak, żeby właściwie nic nie wynikało z ich wypowiedzi. Że leczenie mogło być lepsze, ale nie ma pewności, że opóźnienie czy złe leki zaszkodziły pacjentowi. Bo przecież pacjent i tak był chory… Gorzej z tymi, którzy wymyślają nieistniejące wskazania.
Na przykład niedawno biegły ginekolog – położnik przekonywał sąd, że wskazania do natychmiastowego cięcia cesarskiego pojawiły się dopiero tuż przed tym, kiedy je faktycznie wykonano. Postępowanie lekarzy było więc w pełni profesjonalne, jak utrzymywał. Dopiero po naciskach przyznał, że już KTG wykonane dwie godziny wcześniej jednoznacznie świadczyło o tym, że stan dziecka się gwałtownie pogarsza. Potem tłumaczył, że tych wydruków KTG… nie odnalazł wcześniej w aktach sprawy.
Gorzej, że biegłym kłamstwa uchodzą właściwie bezkarnie.Powodem, dla której biegli wydają fałszywe opinie, jest z jednej strony chęć pomocy kolegom po fachu (pamiętajmy, że biegłym jest zwykle lekarz tej samej specjalizacji, co lekarz, który popełnił błąd, więc powiązania środowiskowe są z założenia silne), z drugiej poczucie solidarności („ja też mogę być w każdej chwili tak samo „ciągany po sądach”, jak XY”), a z trzeciej: niewiedza i ignorancja. Czyli klasyczne: nie wiem, ale się wypowiem.
Od kwietnia 2016 r. za składanie fałszywych zeznań, które mają służyć za dowód w postępowaniu sądowym, lub za zatajenie prawdy grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia (wcześniej – do trzech lat).
Z kolei, górna wysokość kary za przedstawienie fałszywej opinii lub ekspertyzy mających służyć za dowód w postępowaniu – to pozbawienie wolności od roku do lat 10.
Ale: konia z rzędem temu, kto udowodni, że lekarz w procesie o błąd medyczny kłamie, a biegły wydał fałszywą opinię…
Póki co, polecam mój „Poradnik świadka”. I od razu wyjaśniam: zalecam mówienie prawdy. Tak jest uczciwie.













