Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Czy ktoś widział ugodę ze szpitalem albo z ubezpieczycielem w sprawie, gdzie rodzice domagają się dla poszkodowanego dziecka milionowego odszkodowania? Zwykle wezwanie do dobrowolnej zapłaty, tzw. list adwokacki, spotyka się z mniej lub bardziej obszerną pisemną odmową sprowadzającą się do stwierdzenia: bez prawomocnego wyroku sądu nic nie możemy, a w ogóle uważamy, że leczenie przebiegało prawidłowo.

Wracając do pytania zadanego na wstępie. Mimo to: tak, ja widziałam:)

Ugodowe zakończenie sporu ze szpitalem jest możliwe. Rzadko, bo rzadko, ale niekiedy sprawy kończą się ugodą sądową.

Niestety jednak wolę takiej ugody szpital wykazuje najczęściej albo pod sam koniec procesu – po wielu latach, po wielu opiniach biegłych, które w zasadzie przesądzają odpowiedzialność za błąd lekarski, albo wręcz… po procesie.  Tak też jest z ugodami zawartymi w ostatnim czasie przez moją kancelarię.

Obie sprawy dotyczą niedotlenienia podczas porodu. Zbyt długo czekano z decyzją o zabiegowym zakończeniu porodu.

W pierwszej z nich poszkodowana dziewczynka zmarła w trakcie procesu. Postępowanie sądowej trwało od 2011 roku. Jej roszczenia odziedziczyli rodzice i siostra. Łącznie otrzymają ponad 1.500.000 zł. (zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd lekarski)- w tym odszkodowanie za naruszenie ich własnych dóbr osobistych. Zawarliśmy ugodę sądową tuż przed wyrokiem. W momencie, kiedy niewiadomą było jedynie to, jakie kwoty zadośćuczynienia i odszkodowania dla poszkodowanego dziecka, jego rodziców i siostry sąd uzna za odpowiednie.

W drugiej sprawie szpital chciał negocjować dopiero po tym, jak… wyrok stał się prawomocny. Nie muszę chyba mówić, że w zasadzie nie miał czego negocjować – taki wyrok, wydany przez sąd drugiej instancji (w tym przypadku sąd apelacyjny) – jest natychmiast wykonalny. Gdyby ubezpieczyciel i szpital nie zapłacili, moglibyśmy zwrócić się do komornika, a ten wyegzekwowałby zasądzone kwoty co do grosza. Razem z kosztami egzekucji. Nie mam jednak zwyczaju narażać szpitali na dodatkowe koszty. Chyba, że muszę… Nie mogę przy tym zrozumieć, że można „sądzić się ” przez siedem lat, a potem być zaskoczonym faktem, że na raz trzeba zapłacić wszystko co zasądził poszkodowanemu pacjentowi sąd.

Tak czy tak: zgodziliśmy się rozłożyć szpitalowi należność na raty. A nie chodzi o małą sumę: 2.500.000 zł… Łącznie: dla poszkodowanego przy porodzie dziecka i jego rodziców. W tym odszkodowanie za blad lekarza, zadośćuczynienie, renta, odsetki i koszty procesu. Rodzice uznali, że skoro czekali na zakończenie procesu prawie osiem lat, to mogą i poczekać jeszcze kilka miesięcy. Najważniejsze, że renta miesięczna dla dziecka płacona jest na bieżąco.

W obu przypadkach szpitale zminimalizowały ryzyko, że ostatecznie musiałby zapłacić jeszcze więcej. Dobre i to. Ale czy na pewno nie można było tych ugód zawrzeć znacznie wcześniej? Dałoby się zapewne zaoszczędzić: szpitalom co najmniej odsetek, a rodzicom nieprzespanych nocy.

 

 

 

 

Właśnie listonosz doręczył do kancelarii uzasadnienie wyroku w sprawie o błąd lekarza przy porodzie. Od dnia doręczenia pisemnego uzasadnienia wyroku sądu pierwszej instancji wszystkie strony procesu mają 2 tygodnie na złożenie apelacji.

W tej sprawie my – czyli ja i moi klienci – na pewno nie będziemy się odwoływać. Dlaczego? Bo jest to jedno z najtrafniejszych rozstrzygnięć, z jakimi się spotkałam.

Poszkodowani, którzy chcą walczyć o odszkodowanie dla dziecka cierpiącego na mózgowe porażenie dziecięce, często pytają o wygrane sprawy o blad przy porodzie. Ile ich „mamy” w kancelarii, jak wysokie odszkodowanie „się należy” od szpitala za poród, który zakończył się tragedią. Odpowiedź nie jest prosta. Każdy proces jest inny.  Sytuacja każdej rodziny jest inna. Czasem podobny jest stan zdrowia dziecka z MPD.

Takie same bywają tylko przyczyny mózgowego porażenia: błąd lekarzy przy porodzie

O prowadzonych sprawach staram się pisać na blogu, żeby przybliżyć, jak wygląda proces sądowy, między innymi tutaj i tutaj.

Wiadomo, że na wysokość zadośćuczynienia dla poszkodowanego dziecka i rodziców wpływ mają różne okoliczności. Nie ma tabel ani przeliczników, ile się należy za 1 % uszczerbku na zdrowiu.  Zresztą, w ogóle procent doznanego uszczerbku na zdrowiu nie ma większego znaczenia. Sądy zwykle uzasadniają wysokie odszkodowanie dla dziecka faktem, że jest ono w znacznym stopniu niepełnosprawne, że zostało pozbawione perspektyw życiowych – możliwości prawidłowego rozwoju fizycznego, psychicznego i emocjonalnego.

Uzasadnienie zadośćuczynienia dla rodziców częściej odbiega od standardu. (O tym, że rodzice mają „swoje” prawo do odszkodowania w związku z faktem, że doszło do błędu przy porodzie, pisałam m.in. tutaj.)

Tak jest i w przypadku uzasadnienia, które przeczytałam przed chwilą. Sąd przyznał rodzicom po 100 tys. zł zadośćuczynienia tytułem naruszenia dóbr osobistych w postaci prawa do niezakłóconego życia rodzinnego. Sąd wyraził przekonanie, że zarówno te kwoty, jak i wysokie zadośćuczynienie dla dziecka z pewnością nie naprawią doznanej przez nich krzywdy, ani nie przywrócą zdrowia dziecku, ale pomogą w pewnym stopniu „odetchnąć” finansowo małżonkom, którzy być może będą mieli większą sposobność ku temu, aby – mimo choroby dziecka – zadbać o siebie i relacje małżeńskie.

Chylę czoła przed sądem, który dostrzegł niełatwą sytuację rodziny, która zmaga się z bardzo poważną chorobą dziecka, podjął próbę zrekompensowania finansowego tej krzywdy, a na koniec opisał to wszystko normalnym, pozbawionym prawniczego zadęcia, językiem…

 

 

Trybunał w Strasburgu wydał właśnie niezwykle ciekawy wyrok, który powinien dać do myślenia nie tylko sądom tureckim (wyrok z dnia 6 czerwca 2017 r. zapadł w sprawie Erdinç Kurt i inni przeciwko Turcji, skarga nr 50772/11), ale i polskim. ETPC wypowiedział się dość stanowczo na temat, jak sądy powinny traktować opinie biegłych.

Bez opinii nie ma wyroku, wiadomo. Gorzej, jak opinia biegłego sądowego wydana w sprawie o błąd lekarski właściwie zastępuje wyrok, a rola sędziego jest marginalna. Dotyczy to przede wszystkim oczywiście sytuacji, gdy opinia jest niekorzystna dla ofiary (poszkodowanego pacjenta). Wtedy szczególnie chętnie sędziowie powtarzają w uzasadnieniu wyroku słowo w słowo stwierdzenia biegłych, że „w sprawie nie można dopatrzyć się błędu medycznego, a działania personelu medycznego były zgodne z aktualną wiedzą medyczną.” I często nie ma znaczenia, że zarzuty do opinii biegłych są mocne, że opinia jest niejednoznaczna, nielogiczna, a czasem wewnętrznie sprzeczna.

Podobnie było w sprawie, w której orzekał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

Dziewczyna przeszła dwie operacje kardiologiczne. Kilka miesięcy później zdiagnozowano u dziecka ciężkie i nieuleczalne zaburzenie rozwoju psychosomatycznego, które powstało na skutek niedotlenienia mózgu. Rodzice złożyli skargę przeciwko lekarzom. Toczyło się postępowanie karne. Biegli orzekli, że dziecko jeszcze przed operacją cierpiało na poważną wrodzoną wadę serca oraz że zespół lekarzy nie dopuścił się żadnych zaniedbań w trakcie operacji. W związku z tym prokuratura umorzyła postępowanie.

Rodzice wnieśli powództwo cywilne przeciwko szpitalowi. Powołani przez sąd cywilny biegli ustalili, że blisko 100 % niepełnosprawność dziecka jest konsekwencją poważ­neji rzadkiejchoroby genetycznej, a lekarze nie popełnili żadnego błędu medycznego. Skarżący zakwestionowali tę opinię, zarzucając jej niepeł­ność. Sąd oddaliłjednak ich wniosek o zlecenie przygoto­wania opinii uzupełniającej. W tej sytuacji powództwo o odszkodowanie za błąd podczas operacji też zostało oczywiście oddalone. Skarżą­cy bezskutecznie odwoływali się od tego wyroku do sądu drugiej instancji, a następnie do sądu najwyższego.

Rozpatrując skargę rodziców, ETPC stwierdził naruszenie art. 8 EKPC. Ten przepis Konwencji  gwarantuje pra­wo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, co obejmuje także proble­matykę fizycznej i psychicz­nej integralności człowieka.  W ocenie Trybunału do biegłych należało w omawianej sprawie udzielenie jednoznacznej opinii na ile – pomijając oczywi­ste ryzyko związane z ope­racją – lekarze przyczyni­li się do powstania szkody.

Od odpowiedzialności uwol­nić ich mogło tylko stwier­dzenie biegłych, że opera­cja została przeprowadzona zgodnie ze wszystkimi regu­łami sztuki medycznej. Opi­nia biegłych nie odpowia­dała jednak na to pytanie, w szczególności nie zawie­rała konkretnych informacji o tym, czy, a jeśli tak, to w czym się przejawiało postępowanie lekarzy zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

W ekspertyzie nie było także informacji, ja­kie konkretne procedury zostały wykonane podczas operacji, ani w jaki sposób monitorowano stan zdrowia dziecka po operacji, kiedy najprawdopodobniej doszło do uszkodzeń neurologicz­nych. Jakkolwiek w konklu­zji stwierdzono, że lekarze nie popełnili błędu, opinia nie wskazywała jasno, ja­kie konkretne okoliczności – inne niż dane z piśmien­nictwa wskazujące na ist­nienie ryzyka – stanowi­ły podstawę tego wniosku. ETPC uznał zatem opinię biegłych za niewystarcza­jącą dla oceny, czy lekarze dopuścili się zaniedbań.

Skoro opinia biegłych ma decydujący wpływ na roz­strzygnięcie sądu, który musi na niej polegać, bo sam nie dysponuje wia­domościami specjalistycznymi, to zdaniem ETPC sąd powinien odpowiednio odnieść się do zarzutów stawianych takiej ekspertyzie.

Płynie z tego taki wniosek, że opinie gołosłowne, nieuzasadnione, „nieobronione” przez biegłych (jeśli strony mają zastrzeżenia do opinii) nie mogą być podstawą wyroku. Niby nic nowego, ale poszkodowani pacjenci mają jeszcze jeden argument w walce sądowej o swoje prawa.

 

 

Relację na temat treści wyroku oparłam na  artykule Pana Adama Ploszki.

 

Najtrudniejsze w procesie o błąd medyczny jest nie to, że trwa on zwykle długo i że znów musimy wracać do zwykle traumatycznych przeżyć. Swoją drogą, często poszkodowani pacjenci pytają mnie:

– Czy będę musiał/musiała być obecna na każdej rozprawie?

To pytanie nie wynika z faktu, że ktoś nie ma czasu. Najczęściej bierze się z obawy, że się po prostu nie da rady, że trudno będzie podołać konfrontacji i spojrzeniu w oczy lekarzowi, który nas skrzywdził.

Czasem jednak pacjenci – mimo, że nie muszą – podejmują decyzję, że chcą uczestniczyć we wszystkich posiedzeniach sądu, nie tylko w tym, na którym będą sami składali zeznania. To dobra decyzja.  Czy to ja, czy inny prawnik z mojej kancelarii jesteśmy zawsze na sali sądowej i stoimy na straży interesów powoda. Niekiedy jednak, najczęściej w czasie zeznań świadków: lekarzy i pielęgniarek, pracowników szpitala, pojawia się jakiś wątek, który nigdy wcześniej nie został poruszony.

Na przykład kiedyś położna z pełnym przekonaniem zeznała, że widziała moją klientkę, ciężarną, jak ta paliła papierosy przed wejściem do przychodni, gdzie miała odbyć kontrolną wizytę u ginekologa. Gdybym moja klientka nie była wtedy w sądzie, to z pewnością nie miałabym szansy na proste wyjaśnienie tego nieporozumienia: widziano nie moją klientkę, ale uderzająco podobną do niej siostrę, skądinąd nałogową palaczkę, która towarzyszyła jej na tej wizycie lekarskiej.

Fakt może na pozór nieistotny, ale w tej sprawie mógł mieć znaczenie. Jak w każdym przypadku, kiedy dochodzi do urodzenia dziecka w zamartwicy, szpital chwyta się nawet przysłowiowej brzytwy, żeby udowodnić, że to matka, a nie lekarze i położne ponoszą za to winę. Kiedyś poświęciłam takim „kreatywnym” pomysłom szpitala cały post, który można przeczytać tutaj.

Wracając do tematu obecności poszkodowanego pacjenta na rozprawie w sądzie. Najtrudniejsze jest nawet nie to, że często po latach widzi się sprawców swojej krzywdy.

Najgorsze jest wysłuchanie ich zeznań, kiedy – delikatnie rzecz ujmując – mijają się z prawdą. Trudno jest zrozumieć, że można kłamać bezkarnie. Teoretycznie, według niedawno opublikowanych danych, w 2015 r. policja stwierdziła 2,3 tys. spraw o fałszywe zeznania. Rok później, w 2016, takich przestępstw było więcej. Stwierdzonych – 2,6 tys.

Wygląda więc na to, że ci, którzy kłamią przed sądem, nie przestraszyli się surowych kar, które za to grożą, zgodnie z Kodeksem Karnym. Nawet więzienia.

Według mnie kłamstwa są rzeczywiście na porządku dziennym, a ogromna większość takich sytuacji nigdy nie staje się przedmiotem zarzutu o składanie fałszywych zeznań. Świadkowie lekarze i pielęgniarki twórczo „uzupełniają” treść dokumentacji medycznej i po latach barwnie i szczegółowo opowiadają jak często i dokładnie badali pacjenta mimo, że w dokumentacji nie ma po tym śladu. W najlepszym razie, ci „porządniejsi”, którzy są między młotem a kowadłem (czyli między własną potrzebą zachowania się jako tako przyzwoicie, a poleceniem od dyrekcji, żeby nie szkodzić szpitalowi, w którym się pracuje) nic nie pamiętają. Nawet, jeśli powinni. Ci są najmniej szkodliwi dla pacjenta.

Kłamią też biegli. A właściwie piszą czy zeznają na rozprawie tak, żeby właściwie nic nie wynikało z ich wypowiedzi. Że leczenie mogło być lepsze, ale nie ma pewności, że opóźnienie czy złe leki zaszkodziły pacjentowi. Bo przecież pacjent i tak był chory… Gorzej z tymi, którzy wymyślają nieistniejące wskazania.

Na przykład niedawno biegły ginekolog – położnik przekonywał sąd, że wskazania do natychmiastowego cięcia cesarskiego  pojawiły się dopiero tuż przed tym, kiedy je faktycznie wykonano. Postępowanie lekarzy było więc w pełni profesjonalne, jak utrzymywał. Dopiero po naciskach przyznał, że już KTG wykonane dwie godziny wcześniej jednoznacznie świadczyło o tym, że stan dziecka się gwałtownie pogarsza. Potem tłumaczył, że tych wydruków KTG… nie odnalazł wcześniej w aktach sprawy.

Gorzej, że biegłym kłamstwa uchodzą właściwie bezkarnie.Powodem, dla której biegli wydają fałszywe opinie, jest z jednej strony chęć pomocy kolegom po fachu (pamiętajmy, że biegłym jest zwykle lekarz tej samej specjalizacji, co lekarz, który popełnił błąd, więc powiązania środowiskowe są z założenia silne), z drugiej poczucie solidarności („ja też mogę być w każdej chwili tak samo „ciągany po sądach”, jak XY”), a z trzeciej: niewiedza i ignorancja. Czyli klasyczne: nie wiem, ale się wypowiem.

Od kwietnia 2016 r. za składanie fałszywych zeznań, które mają służyć za dowód w postępowaniu sądowym, lub za zatajenie prawdy grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia (wcześniej – do trzech lat).

Z kolei, górna wysokość kary za przedstawienie fałszywej opinii lub ekspertyzy mających służyć za dowód w postępowaniu – to pozbawienie wolności od roku do lat 10.

Ale: konia z rzędem temu, kto udowodni, że lekarz w procesie o błąd medyczny kłamie, a biegły wydał fałszywą opinię…

Póki co, polecam mój „Poradnik świadka”. I od razu wyjaśniam: zalecam mówienie prawdy. Tak jest uczciwie.

Przyszłe mamy wzięły się na sposób, napisał dziennik „Rzeczpospolita”. Wyposażają się przed porodem w gadżety stacji telewizyjnych. Używanie mikrofonu i małej kamery z logo stacji TV ma podobno cudowną moc sprawczą. Lekarze i położne obchodzą się z rodzącą jak z jajkiem. Akcesoria są jak ostrzeżenie, że akcja porodowa jest nagrywana i może być pokazana w jednym z programów interwencyjnych. Zdaniem  kobiet, personel* lepiej traktuje „medialne” mamy.

Przyznam, że mam mieszane odczucia. Na pewno takie akcje nie służą budowaniu zaufania między pacjentką a lekarzem. Z drugiej strony, strach ciężarnych przed polskimi szpitalami położniczymi jest niestety często uzasadniony.  Wystarczy sięgnąć do ubiegłorocznego raportu Najwyższej Izby Kontroli: żaden ze szpitali kontrolowanych przez NIK nie przestrzegał w pełni standardów okołoporodowych…

Wbrew pozorom, regularnie trafiają do mnie też zrozpaczeni pacjenci, którzy mimo świetnego przygotowania do leczenia szpitalnego: znajomości swojej choroby, wiedzy o ryzykach, dobrej opieki osób bliskich – nie uchronili się od błędu medycznego. Wielu moich klientów to członkowie rodziny lekarza albo i sami lekarze – poszkodowani przez błąd lekarski kolegów po fachu. Często dopiero wtedy, kiedy nagle znajdują się po drugiej stronie – już nie lekarza, a pacjenta – przekonują się, jak naprawdę wygląda leczenie i na jaki mur obojętności można trafić. I to niezależnie od tego kim się było w życiu, zanim z normalnego funkcjonowanie wyłączyła nas choroba.

Ten problem dotyczy też niestety rodzących. Można być po szkole rodzenia, może to być kolejna ciąża, można mieć obok męża, który czuwa i w razie potrzeby interweniuje u położnej, można wiedzieć, co to jest KTG i jak brzmi sygnał alarmowy – a mimo to trafić na opór personelu.

Nie raz zdarzyło się mi się analizować dokumentację i wyczytać z niej, że położna wzywała lekarza, bo jej zdaniem dziecko w łonie matki było zagrożone niedotlenieniem, a lekarz nie opuszczał swojej dyżurki przez kilkadziesiąt minut. Zdarzyło się też, że młodszy dyżurny chciał przeprowadzić cięcie cesarskie, a ordynator nie widział wskazań… Dziecko urodziło się w zamartwicy.

Czy wobec tego można sięgać do wszystkich możliwych – oczywiście zgodnych z prawem –  środków, by uchronić się od błędu medycznego? Wszyscy, który są ofiarami takiego błędu, na pewno powiedzą, że żałują, że tego nie zrobili. I to jest chyba jedyna trafna odpowiedź.

*Nie tylko personel lepiej traktuje „medialnych” pacjentów. O tym, że sprawa medialna jest priorytetem dla prokuratury, już kiedyś pisałam (tutaj).