Takie proste: pomagać sobie nawzajem. Rozmawiać. Wspierać się.
Wróciłam właśnie z rozprawy. Zeznawało na niej trzech świadków: trzy matki, które były ze swoimi dziećmi w tym samym szpitalu i w tym samym czasie, co zmarła córeczka moich Klientów. Nie przyjaźnią się, nawet nie spotykają. Ale kiedy dwa lata temu spędziły po kilka tygodni na tym samym oddziale – rozmawiały o chorobach swoich dzieci, dzieliły się doświadczeniami i obserwacjami, a na koniec wymieniły się numerami telefonów.
Dzięki temu teraz można było je odnaleźć i poprosić, żeby zeznawały w postępowaniu, w którym udowadniamy, że to szpital ponosi odpowiedzialność za śmierć dziecka.
Nie ma bardziej wiarygodnych świadków, niż trzy obce osoby, które potwierdziły to, co pamiętają: że podczas pobytu w szpitalu, kiedy powinny być pod fachową opieką, same musiały podawać kilkumiesięcznym niemowlakom leki doustne, że na polecenie pielęgniarek podawały swoim dzieciom też tlen, że strzykawki, w których przygotowywano im syrop do podania doustnego były wielokrotnie używane (także przez małego pacjenta z wirusem RSV)…
Gdyby nie świadkowie, rozstrzygającym dowodem w sprawie byłyby pisemne procedury przedłożone przez szpital.
A wiadomo, jak wygląda rzeczywistość „na papierze”. Idylla: wszystkie pielęgniarki przeszkolone, pacjenci cały czas otoczeni troskliwą opieką pielęgniarską, szpital przestrzega rygorystycznych wymogów epidemiologicznych…
Matki, ojcowie: zaprzyjaźniajcie się z innymi rodzicami! Nie bądźcie bierni, wspierajcie się i wspólnie walczcie o swoje prawa – prawa pacjentów podczas pobytu w szpitalach z dziećmi. A kiedy trzeba – przyjdźcie do sądu i potwierdźcie, jak było naprawdę!
W ten sposób naprawdę można zrobić dużo dobrego. Jak w naszym przypadku: szpital już podobno zmienił na korzyść (po złożeniu pozwu) zwyczaje panujące na tym oddziale. Kolejni mali pacjenci są bezpieczniejsi…
Przy okazji: polecam lekturę Poradnika dla świadków. Strach ma wielkie oczy, nie ma się co bać wizyty w sądzie.














{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }