Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Ważnym momentem, który następuje zwykle tuż przed wysłaniem pozwu, jest ustalenie, jakiej sumy tytułem zadośćuczynienia będziemy się domagać. Zależy to trochę od tego, czego się spodziewamy po zadośćuczynieniu: na przykład, czy ma być to „tylko” rekompensata czy także kara dla szpitala lub lekarza?

Jakiej kwoty zadośćuczynienia za błąd lekarski mogę żądać?

O tym, jak trudno jest zdecydować, jaka kwota zadośćuczynienia będzie odpowiednia, czyli nie za niska i nie za wysoka, pisałam już nie raz. Jeśli ustalimy zbyt niską kwotę ryzykujemy, że poczucie krzywdy mimo wygranej w procesie, pozostanie. Jeśli zażądamy zbyt wysokiego zadośćuczynienia, możemy być obciążeni wysokimi kosztami postępowania sądowego, i to nawet wtedy, gdy wygramy co do zasady.

Jeśli decydujemy za dziecko, a przecież zawsze tak jest, kiedy występujemy do sądu w związku z błędami popełnionymi podczas porodu czy ciąży, albo kiedy poszkodowany pacjent jest po prostu małoletni i dlatego w jego imieniu działają rodzice – jest jeszcze bardziej pod górkę…

To spora odpowiedzialność i nie da się ukryć, że ciąży przede wszystkim na mnie: przecież to ja mam doświadczenie, jakiego oczekują moi klienci i ja powinnam coś podpowiedzieć.

No tak. Tyle, że nie ma kalkulatorów ani tabel, a sytuacja każdego pacjenta jest inna. A podpowiedzi ze strony Sądu Najwyższego, to bla, bla:-) – na pewno nie da się podstawić cyfr pod wzór matematyczny i liczyć na konkretny wynik…

Z całym szacunkiem dla SN, ale na podstawie jego wskazówek jeden sędzia może uznać, że w danym przypadku odpowiednia kwota to 20 tys.zł, a inny, że 250 tys. zł.

SN wskazuje między innymi, że szacując zadośćuczynienie, trzeba wziąć pod uwagę:

  • wiek i płeć poszkodowanego,
  • stopień uszczerbku na zdrowiu poszkodowanego wyrażający się w kalectwie, oszpeceniu, ograniczeniach ruchowych, ograniczeniach wykonywania czynności życia codziennego,
  • długotrwałość choroby, cierpień, leczenia, rehabilitacji, bolesność zabiegów, dokonywane operacje, okres dochodzenia do sprawności, przywrócenie prawidłowych funkcji organizmu,;
  • poczucie bezradności życiowej, rokowania zdrowotne i szanse na powrót do normalnego funkcjonowania w przyszłości,
  • subiektywne poczucie krzywdy poszkodowanego pacjenta,
  • i wiele, wiele innych okoliczności.

Odszkodowanie za szkodę na zdrowiu

Szczególnie ważne jest jednak, że – jak sama nazwa wskazuje – zadośćuczynienie jest kwotą pieniężną, która ma „zadość uczynić” poszkodowanemu pacjentowi za krzywdę, jakiej doznał.

Czyli przede wszystkim ma zrekompensować, wynagrodzić szkodę na zdrowiu, cierpienie, ból.

Poszkodowanym pacjentom często też chodzi o to, żeby wysokość zadośćuczynienia dawała im satysfakcję. Żeby było jasne, że naruszenie praw pacjenta i jego cierpienia nie zostały zbagatelizowane i zbyt nisko wycenione przez sąd.

Mówiąc górnolotnie: krzywda wyrządzona pacjentowi powinna się spotkać z właściwą reakcją ze strony porządku prawnego.

Też tak uważam.

Ale to nie wszystko.

Bo z drugiej strony, zadośćuczynienie powinno być też w jakiś sposób odczuwalne dla szpitala czy podmiotu leczniczego, w którym doszło do błędu medycznego. Jeśli zadośćuczynienie ma zapobiegać dokonywaniu w przyszłości podobnych błędów czy zaniedbań w leczeniu, suma pieniężna przyznana poszkodowanemu pacjentowi powinna być tak dobrana, aby jej wysokość miała poważne znaczenie dla budżetu szpitala czy gabinetu lekarskiego.

Zadośćuczynienie ma wychowywać i odstraszać!

Ostatnio Sąd Najwyższy potwierdził ten tok myślenia. W wyroku z dnia 8 sierpnia 2017 r. sygn. akt I PK 206/16 Sąd stwierdził, że zadośćuczynienie powinno służyć zarówno kompensacji, jak i prewencji. Zadośćuczynienie ma nie tylko zrekompensować krzywdę poszkodowanego, ale też wychowywać i odstraszać.

Co prawda, przywołany wyrok zapadł w sprawie o mobbing, ale argumentacja pozostaje aktualna także w sprawach o błędy lekarskie: kwota przyznanego poszkodowanemu zadośćuczynienia powinna być ustalona tak, aby sprawca odczuł finansowo wypłatę zadośćuczynienia i na przyszłość wystrzegał się podobnych naruszeń prawa.

O tym, jaki ma charakter zadośćuczynienie i jak kalkulować zadośćuczynienie za błąd medyczny, pisałam już między innymi we wpisach „Odpowiednie zadośćuczynienie za błąd w sztuce lekarskiej” i „Zadośćuczynienie dla dziecka”. Wszystkie moje wcześniejsze wpisy o zadośćuczynieniu można też łatwo odszukać wpisując w wyszukiwarkę na stronie blogów słowo „zadośćuczynienie”:-)

 

 

 

 

 

Od 1 października 2017 r. mamy tzw. „sieć szpitali” i zmiany w organizacji nocnej, weekendowej i świątecznej opieki zdrowotnej.

SOR-y i izby przyjęć mają się skupić wyłącznie na przyjmowaniu pacjentów w stanie zagrożenia życia. Czyli tych, którzy powinni jak najszybciej trafić do szpitala.

Chorzy, którym nie zagraża utrata życia, a którzy zachorowali w weekend lub w nocy, powinni w pierwszej kolejności trafić do nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, i tam uzyskać fachową pomoc.

Trzeba przyznać, że na papierze wygląda to logicznie. Odtąd, przynajmniej w teorii, każdy pacjent trafi w odpowiednie miejsce i nie będzie dantejskich scen na SOR-ach, ani gigantycznych kolejek do lekarza rodzinnego w poniedziałki.

Jest tylko jedno małe, ale: jakiej jakości pomoc dostanie pacjent?

Pielęgniarek i lekarzy jest w Polsce zbyt mało, coraz głośniej mówi się o brakach kadrowych. Nowe przepisy wprowadzają więc dużą dowolność w decydowaniu o tym, ilu lekarzy i ile pielęgniarek jest potrzebnych na dyżurze. Dyrektorzy szpitali „w sieci” będą jednak i tak musieli zmierzyć się z problemem krótkiej kołdry,  a w konsekwencji obmyślić sposób na obsadzenie wakatów.

Kto wie, iloma pacjentami naraz może odpowiedzialnie zająć się jedna pielęgniarka? Wyjdzie „w praniu”.

Nie będziemy mieli też pewności, kto właściwie udziela nam pomocy medycznej, bo obniżono wymagania w stosunku do kwalifikacji medyków.  Lekarz nocnej i świątecznej opieki nie musi być specjalistą, wystarczy jedynie, że wylegitymuje się prawem do wykonywania zawodu.

Niewiele trzeba więc, by zła organizacja przychodni czy szpitala doprowadziła do błędu medycznego i tragedii.

Niedawno zakończyłam postępowanie sądowe o odszkodowanie dla dziecka i rodziców w takiej właśnie sprawie. Za dramatyczny przebieg wydarzeń podczas i po porodzie odpowiadały tu nie tylko brak kompetencji i zaangażowania lekarza i położnych, ale także błędy systemowe.

Kiedy w 38 tygodniu ciąży, na dwa tygodnie przed terminem porodu, rodzącej zaczęły odchodzić wody i przyjechała do szpitala, usłyszała, że lepiej byłoby, żeby poczekała z porodem do poniedziałku, bo teraz na dyżurze jest lekarz emeryt, który w dodatku pełni ten dyżur już trzecią dobę (72 godziny) …

Poród jednak postępował. KTG oglądały położne, które nie potrafiły tego badania do końca zinterpretować, choć wyniki jednoznacznie wskazywały na pogarszający się stan płodu.

Lekarz przyszedł dopiero wtedy, gdy u rodzącej pojawiły się skurcze parte. Siedział w końcu sali i zmęczony, biernie przyglądał się rozwojowi sytuacji.

Gdy dziewczynka się urodziła, zespół wpadł w panikę. Położnik próbował wentylować noworodka, który nie oddychał. Wzywano pediatrę, doktor oznajmiła jednak, że nie może przyjść na blok porodowy, bo jest zajęta. Lekarz, który oceniał dziecko po porodzie, zaznaczył w dokumentacji: w rubryce „żywotność”: brak, w rubryce „napięcie”: brak, w rubryce „skóra”: blado-sina, w rubryce „serce”: akcja serca ok. 40/min. (prawidłowo powinna być powyżej 100/min.), w rubryce „płuca”: brak szmeru pęcherzykowego, brak oddechu.

Zgodnie ze skalą Apgar, dziewczynka powinna otrzymać maksymalnie 1 punkt (za akcję serca), z nieznanych przyczyn w dokumentacji jednak wpisano 8 punktów Apgar. Dziecko zaczęto reanimować z opóźnieniem.

Po jakimś czasie stan noworodka ustabilizował się na tyle, że dziewczynka mogła być przewieziona do szpitala o wyższym stopniu referencyjności. Jej stan zdrowia pozostał jednak ciężki. Obserwowano u niej obniżone napięcie mięśniowe, brak odruchu ssania i połykania, okresowe drżenia kończyn, a potem także martwicze zapalenie jelit, niedokrwistość, stan po krwawieniach dokomorowych i obustronny zanik nerwu wzrokowego.

Ostatecznie lekarz neurolog zdiagnozował okołoporodowe uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego (UOUN), mózgowe porażenie dziecięce  (MPD) i padaczkę objawową.

Co spowodowało tak ciężki stan zdrowia dziecka?

Po pierwsze, skandaliczne prowadzenie porodu przez lekarza ginekologa-położnika i położne, właściwie brak prowadzenia. Możnaby gorzko stwierdzić, że pewnie nie ma się czemu dziwić, skoro doktor był na nogach od trzech dni…

Samo prowadzenie porodu to jednak nie wszystko. Biegli w toku procesu oceniali też pomoc udzieloną dziecku tuż po porodzie. Piszą tak:

„Bardzo trudno jest ocenić precyzyjnie, jaki był przebieg resuscytacji pourodzeniowej w przypadku noworodka. W każdym miejscu, gdzie rodzą się dzieci, powinna być w każdym czasie obecna przynajmniej jedna osoba umiejąca sprawnie przeprowadzić resuscytację noworodka, której potrzeby nigdy do końca nie da się przewidzieć. Nawet w przypadkach niezaburzonego przebiegu ciąży i porodu.

W dniach świątecznych i godzinach dyżurowych odpowiedzialność za opiekę pourodzeniową, w tym resuscytację, spoczywa na lekarzu dyżurnym, neonatologu lub pediatrze. Istotne znaczenie ma system powiadamiania lekarza o konieczności pilnej interwencji tak, aby w jak najszybszym czasie mogła być podjęta kwalifikowana pomoc. W tym przypadku na sali porodowej była obecna pielęgniarka pracująca w oddziale noworodkowym, nie był obecny lekarz pediatra. Po stwierdzeniu pogorszenia stanu noworodka i wystąpieniu bezdechu, który stanowił bezpośrednie zagrożenie życia, próbowano bezskutecznie wezwać odpowiedzialnego pediatrę telefonicznie.”

Ten proces, o którym piszę, wygraliśmy.

Ale czy teraz, po zmianach ustawowych, będzie można w ogóle zarzucać podmiotom leczniczym, że źle funkcjonują, pod względem organizacyjnym? Przecież właściwie dyrektorom szpitali właśnie w majestacie prawa zezwolono na redukcją zatrudnienia i zatrudnianie lekarzy o niskich kwalifikacjach, bez specjalizacji!

Od kogo w takiej sytuacji pacjentom będzie przysługiwało odszkodowanie za błąd medyczny, kiedy do takiego błędu dojdzie, bo nie w pełni wykształcony lekarz zwyczajnie nie będzie potrafił postawić właściwej diagnozy? Albo, jeśli przepracowana pielęgniarka zapomni pacjentowi podać lek o właściwej porze?

Przeczuwam niestety, że nie czeka nas nic dobrego, a pacjentom będzie jeszcze trudniej. Może nie ma co owijać w bawełnę i zamierzone zwiększenie dostępności do leczenia oznacza po prostu – już w zamyśle autorów reformy – automatyczną zgodę na obniżenie jakości pomocy medycznej, jakiej oczekują pacjenci?

Bądźmy więc czujni. Sprawdzajmy, kto nas leczy. Czas chyba – przynajmniej na okres przejściowy – zacząć stosować zasadę ograniczonego zaufania. Zobaczymy, czy droga reformy ochrony zdrowia gwarantuje pacjentowi choćby minimum bezpieczeństwa.

 

…rzadko.

Prokuratura pochwaliła się właśnie, że o 26,5 proc. wzrosła liczba postępowań o błędy medyczne zakończonych w 2016 roku (w porównaniu z 2015 rokiem).

Problem w tym, że aktami oskarżenia zakończyło się jedynie 6,39 % spraw: czyli z 1767  spraw, do sądu skierowano jedynie 113 aktów oskarżenia.

Jeszcze większe wrażenie zrobi zapewne bardziej przemawiająca do wyobraźni informacja, że  ponad 80 % spraw umorzono!

Jakoś trudno mi uwierzyć, że w aż tylu przypadkach pokrzywdzeni nie mieli racji. „Racja” jest zresztą pojęciem względnym, bo o tym, czy doszło do błędu podczas leczenia, rozstrzygają niestety biegli. To trochę usprawiedliwia prokuraturę. Niestety, tylko trochę, bo każdy patrzy przecież na efekt.

Jest tajemnicą poliszynela, że trwa cichy strajk Zakładów Medycyny Sądowej, które odmawiają wydawania opinii na zlecenie prokuratur. Mogą? Mogą. Żaden przepis nie zmusza ZMS do pisania ekspertyz przeciwko kolegom – lekarzom. Po co narażać się na ostracyzm środowiskowy? Po co ryzykować postępowanie karne, które może być wszczęte, gdy prokurator uzna, że opinia jest nierzetelna? Szczęście biegłych, że i tak rzadko to się dzieje, bo prokuratorzy nie chcą dokładać sobie dobrowolnie obowiązków. Dodatkowo, prokuratury słabo płacą, a biegli nie narzekają na brak innej pracy.

Prokuratorzy pracują więc pełną parą, prokuratury – szczególnie regionalne, gdzie w 2016 roku powołano specjalne działy lub koordynatorów do spraw błędów medycznych – prowadzą coraz więcej postępowań przygotowawczych. Nie można narzekać na merytoryczne przygotowanie prokuratorów, jest z tym coraz lepiej. W tym zakresie spec – wydziały spełniły więc pokładane w nich nadzieje (pisałam o tym w poście „Samodzielne działy do spraw tropienia błędów medycznych”).

Duża ilość spośród prowadzonych przez nich spraw to oczywiście te, gdzie poszkodowani zarzucają błąd okołoporodowy: niedotlenienie lub śmierć dziecka, najczęściej spowodowane zbyt późną decyzją o cięciu cesarskim lub zlekceważeniem przez lekarza skarg rodzącej.  Prokuratorzy podchodzą do tych spraw w sposób szczególny, na przykład zabezpieczenie dokumentacji medycznej ma miejsce najczęściej niemal natychmiast po zawiadomieniu pokrzywdzonych (czytaj też: „Dokumentacja medyczna- milczący świadek”).

Odbywa się tysiące przesłuchań świadków, między innymi lekarzy i pielęgniarek. Po przesłuchaniach akta lądują na biurku biegłych. Potem opinia za kilkanaście tysięcy złotych trafia do rąk prokuratora. I co?

W 8 na 10 spraw biegli nie widzą błędów w leczeniu. A jeśli nawet widzą, to nie widzą związku przyczynowego między błędem lekarza a pogorszeniem zdrowia pacjenta (czytaj więcej na ten temat w poście: „Kongres Prawa Medycznego, prokuratura i inne dywagacje”).

Efektem tej tytanicznej pracy prokuratur w całym kraju jest więc 113 aktów oskarżenia w rok, bo przecież prokurator, choćby był jak najlepszy – jest związany opiniami medyków.

A może w Polsce lekarze nie popełniają błędów? Może skala błędów medycznych, gdzie można stwierdzić, że doszło do przestępstwa spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu albo śmierci pacjenta – jest taka właśnie, jak wynika ze statystyk prokuratury? Nawet dla laika ta wersja brzmi niestety mało prawdopodobnie.

Bardziej prawdopodobne jest, że w kraju, który liczy 38 000 000 mieszkańców, jedynie w 113 przypadkach rocznie prokuratorom udaje się zdobyć „twarde” dowody na błąd lekarski lub pielęgniarski.  W pozostałych przypadkach muszą się poddać. Czyli – na lekarzy nie ma mocnych. Póki co, nawet spec-wydziały nie dają sobie więc rady z problem rzetelnego wyjaśniania błędów w leczeniu.

Czas na pytanie: może to jednak w sposobie ścigania za błędy medyczne, w szczególnie opiniowania błędów lekarskich przez biegłych, mamy największy błąd systemu, który ma gwarantować poszkodowanym pacjentom ich prawa?

Pozostaje więc liczyć na siebie. W postępowaniu cywilnym mamy większe szanse na udowodnienie błędu i odszkodowanie za błąd lekarski.

Nie ma w mojej pracy lepszych chwil niż ta, kiedy nasz Pan Tomek, listonosz, doręcza do kancelarii opinię biegłego sądowego, która potwierdza zarzuty kancelarii BFP pod adresem szpitala i lepszych chwil niż ta, kiedy sąd ogłasza wyrok na korzyść naszego klienta:-)

Nie ma co ukrywać, że nawet mnie, doświadczonemu pełnomocnikowi procesowemu, serce bije nieco szybciej, kiedy przebiegam oczami przez tekst ważnej opinii, żeby jak najszybciej wyłowić jej sens…

Albo, kiedy czekam, aż na sali sądowej padną magiczne słowa sentencji wyroku: „w punkcie pierwszym: zasądza od pozwanego szpitala XY w W na rzez powoda NN kwotę ….”. I cały ciąg dalszy.

Najpiękniej jest jednak, kiedy widzę – tak, tak, to prawie widać! – że komuś, kto przez lata toczył walkę ze szpitalem, spada kamień z serca, gdy słyszy, że wygraliśmy:-)

Dziś też pan Tomek przyniósł taką opinię, którą chce się czytać. Celowo nie piszę „dobrą”, bo musiałabym napisać to w cudzysłowie. Dlaczego?

Bo kiedyś usłyszałam od pewnego lekarza w luźnej dyskusji coś w rodzaju wyrzutu, że za dobre uznaję tylko te opinie, które są po mojej myśli. Otóż nie: opinia jest dobra przede wszystkim wtedy, kiedy jest rzetelna, logiczna, a jej wnioski są stanowcze. Ale jest bardzo dobra, kiedy biegły potwierdza moje zarzuty:)

Wracając do tematu: ta właśnie doręczona jest rzeczywiście dobra, a nawet bardzo dobra: merytorycznie perfekcyjna, a najważniejsze, że biegły w całości zgadza się z tym, co napisaliśmy w pozwie!

Czyli, że:

  • zły stan urodzeniowy noworodka był spowodowany niedotlenieniem wewnątrzmacicznym;
  • wyniki badań jednoznacznie wskazują, że noworodek urodził się w bardzo ciężkiej kwasicy metabolicznej, zagrażającej bezpośrednio i w dużym stopniu ryzykiem głębokiego uszkodzenia Ośrodkowego Układu Nerwowego (OUN);
  • w przypadku wcześniejszego zabiegowego zakończenia porodu, stan dziecka byłby z całą pewnością lepszy. Wykonanie cesarskiego cięcia przed rozpoczęciem zaburzeń tętna albo niedługo po ich zaistnieniu uchroniłoby noworodka przed kwasicą metaboliczną. Dziecko mogłoby z dużym prawdopodobieństwem uniknąć doznanego uszczerbku na zdrowiu;
  • personel dopuścił się uchybień polegających na nieprawidłowym monitorowaniu stanu wewnątrzmacicznego płodu, w związku z czym przeoczono występujące objawy narastającego niedotlenienia wewnątrzmacicznego płodu i urodzono noworodka w stanie bardzo ciężkim;
  • związek przyczynowo-skutkowym między uchybieniami i złym stanem urodzeniowym jest bezpośredni.

Niezależnie od tego, że na użytek procesu sądowego taka opinia jest bardzo korzystna, to tak po ludzku – wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że do takich sytuacji, jak opisana przez biegłego, w ogóle dochodzi…

Ale kiedy już do nich dojdzie, a czasu nie da się cofnąć, to nadzieja w tym, że wygrany proces o błąd lekarzy i położnych zapewni dziecku stałą rentę i odszkodowanie. Bez rzetelnej opinii biegłego nie da się jednak udowodnić winy szpitala. Dobrze więc, że istnieją uczciwi biegli, którym nie brakuje odwagi cywilnej, by nazywać sprawy po imieniu.

Nie zawsze jest niestety tak dobrze: czasem zachowanie biegłych sądowych i wydane przez nich opinie wołają o pomstę do nieba, o czym napisałam między innymi w poście o zachowaniu pewnego lekarza – biegłego sądowego.  Polecam też moje inne wpisy dotyczące poruszonego dziś tematu: monitorowanie KTG , wyrok sąd w sprawie dziecka dotkniętego MPD i o tym, jak trudno jest udowodnić lekarzowi błąd podczas porodu.

 

 

Śmierć dziecka podczas porodu

Jolanta Budzowska03 września 2017Komentarze (0)

Przed kilkoma dniami na moim drugim blogu pomylkalekarza.pl opisałam jedno z niedawnych orzeczeń Sądu Apelacyjnego w Warszawie, w którym Sąd ten uznał, że zadośćuczynienie w przypadku śmierci osoby bliskiej to nie jest rekompensata należna „z automatu” i czasem zwyczajnie się nie należy (wpis ma tytuł: „Bliskim zmarłego pacjenta nie zawsze należy się zadoścuczynienie”).

Po lekturze tego wyroku możnaby mieć obawy – przeszło mi to przez myśl, przyznaję –  czy to nie jest jakiś nowy trend w orzecznictwie, sprowadzający się do pogorszenia sytuacji prawnej ofiar wypadków, w tym poszkodowanych pacjentów.

Otóż nie. Dla porządku dodam tylko, że w tamtej sprawie chodziło o zadośćuczynienie dla bratanków, którzy w ocenie sądu nie udowodnili, że ich cierpienia po śmierci cioci przekraczają ramy typowej żałoby i smutku, jakie są doświadczane przez najbliższych w takiej sytuacji.

A o tym, że nie ma tendencji do odmawiania poszkodowanym odpowiedniego zadośćuczynienie w przypadku śmierci osoby bliskiej, świadczy inny wyrok. Co ciekawe, też bardzo „świeży”, i także wydany przez Sąd Apelacyjny w Warszawie. Co więcej, nawet skład orzekający w obu sprawach był częściowo tożsamy! Krańcowo różne rozstrzygnięcia tym bardziej przemawiają więc za tym, że za wyrokami w obu tych sprawach stała dogłębna analiza sytuacji faktycznej i zgromadzonych dowodów.

W sprawie zakończonej wspomnianym wyrokiem*, chodziło o błąd okołoporodowy.

Przebieg porodu był następujący:

„B. O., będąc w 39 tygodniu ciąży została przyjęta w dniu 4 września 2010 r. do Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w S. ponieważ nie odczuwała ruchów płodu od dnia poprzedniego.

W chwili przyjęcia położna wysłuchała akcję serca płodu, a następnie wykonano badanie KTG, z widocznymi dwiema akceleracjami tętna płodu, związanymi z ruchami płodu oraz płytką deceleracją późną i skurczami przepowiadającymi. Wynik kolejnego badania KTG z godziny 20.00 był wątpliwy, bowiem nie było widać akceleracji płodu. Badanie to zostało ocenione przez lekarzy dyżurnych jako prawidłowe.

Podczas porannego badania KTG w dniu 5 września 2010 r. nie było słychać tętna dziecka. O godzinie 19.45 powódka urodziła siłami natury martwego noworodka płci męskiej, okręconego jeden raz pępowiną wokół szyi. Powódka rodziła mając świadomość obumarcia płodu, obok słyszała płacz nowonarodzonych dzieci, po porodzie przez około 2 godziny pozostawała ze swoim dzieckiem. Przeprowadzona w dniu 6 września 2010 r. sekcja zwłok chłopca, jako przyczynę zgonu wykazała niedotlenienie wewnątrzmaciczne, którego przyczyną było zaburzenie przepływu krwi przez pępowinę. Czas zgonu oszacowano na min. 12 godzin, maks. 1,5-2 doby przed porodem.”

Zapis KTG taki jak u powódki uzasadniał celowość kontynuowania badania lub poszerzenia diagnostyki.  Lekarze jednak ani nie przedłużyli badania KTG, ani nie wykonali USG Doppler, ani nie wdrożyli koniecznej w tym przypadku dalszej oceny biofizycznego stanu płodu.  Nie występowały żadne techniczne przeszkody do wykonania takich badań.

Podjęcie tych działań mogło zmniejszyć ryzyko dla dziecka, a decyzja o ewentualnym pilnym rozwiązaniu ciąży dawałaby duże szanse na urodzenie zdrowego chłopca. Sąd uznał więc, że szpital ponosi odpowiedzialność za śmierć płodu.

Co to w praktyce oznacza?

Że szpital ponosi odpowiedzialność nie tylko moralną (choć trudno mówić o „moralności” czy etyce szpitala jako podmiotu leczniczego…), ale i finansową, odszkodowawczą.

Sąd uznał, że odpowiednim zadośćuczynieniem dla matki zmarłego chłopca jest kwota 225 tys. zł. Zadośćuczynienie dla ojca z tytułu śmierci syna wyniosło 175 tys. zł.

Zdaniem sądu, pomiędzy powodami a ich zmarłym dzieckiem istniała silna i pozytywna więź emocjonalna. Nie powinno się poddawać w wątpliwość, że relacje tego rodzaju nawiązują się jeszcze na długo przed narodzinami dziecka, a „poczęcie dziecka wpływa na stosunki między małżonkami, wzmacniając z reguły ich związek, ale też rodzi uczucia wobec nienarodzonego dziecka. Rodzice śledzą systematycznie jego rozwój w organizmie matki, czynią rozmaite przygotowania do jego przyjścia na świat, wiążą z nim określone nadzieje, układają wspólne plany. Czyn niedozwolony sprawcy, prowadzący do nagłego i niespodziewanego zgonu dziecka, w sposób drastyczny zakłóca życie rodzinne i jak się zauważa w orzecznictwie – narusza prawo rodziców do pielęgnowania więzi z dzieckiem. Poczucie krzywdy jest tym intensywniejsze, że odwrócony zostaje wówczas porządek naturalny, wyeliminowana możliwość kontynuowania życia z udziałem dziecka w przyszłości, nie ma szans na pożegnanie się i pogodzenia się z jego odejściem” (w nawiasie cytat z uzasadnienia).

Smutne, bardzo, ale jakże prawdziwe… Zgrzyta tylko suchy, prawniczy język, typowy dla uzasadnienia wyroków sądowych.  Zawsze w takich sytuacjach brzmi obco. Nie sposób jednak inaczej zobiektywizować uczuć i emocji, które stoją za taką tragedią, jak w opisywanej sprawie.

Przyznane rodzicom zadośćuczynienie wyniosło łącznie  400 tys. zł., co wydaje się kwotą odpowiednią i sprawiedliwą.

 

*Wyrok SA w Warszawie z dnia 9 czerwca 2017 roku (sygn. akt. I Aca 441/16)