Skąd wziąć pieniądze na leczenie?

Jolanta Budzowska        04 lutego 2018        Komentarze (0)

Chciałabym, jak lekarz, napisać – nomen omen – receptę z odpowiedzią na pytanie zadane w tytule. Do realizacji w każdym banku, na rogu każdej ulicy…

Nie ma prostej recepty. Błąd lekarski zwykle powoduje – przynajmniej częściową – utratę dochodów, dodatkowe wydatki, a potrzebny rosną. Po wygranym procesie można to wszystko sobie w pełni zrekompensować. Oczywiście odszkodowanie uzyskamy, jeśli tylko zbieramy faktury i w trakcie postępowania o błąd medyczny dobrze udokumentujemy (albo przynajmniej udowodnimy zeznaniami świadków i opiniami biegłych) poniesione straty finansowe.

Wyrok nie załatwia jednak wszystkiego. Zapada zwykle po kilku dobrych latach od leczenia czy porodu, w trakcie którego doszło do błędów, a w międzyczasie dzień w dzień pacjent wymaga systematycznej terapii, rehabilitacji oraz codziennej i całodziennej opieki. Potrzeby rosną. Widać to bardzo jaskrawo w sprawach, gdzie doszło do głębokiego niedotlenienia okołoporodowego, a dziecko wymaga pilnej rehabilitacji, choćby po to, by osiągnięte efekty leczenia się nie cofały. Rodzice stają się ekspertami od świadczeń, które można uzyskać ze środków publicznych, ale to i tak nie wystarcza. W końcu możliwości finansowe bliższej i dalszej rodziny się wyczerpują, a rodzice niestety nie mogą zapewnić dziecku rehabilitacji oraz leczenia w optymalnym zakresie.

Ważna jest też codzienna opieka. Powinna być sprawowana przez osobę posiadającą doświadczenie w opiece nad ciężko chorymi dziećmi z mózgowym porażeniem dziecięcym. W prowadzeniu ćwiczeń rehabilitacyjnych i rewalidacyjnych w warunkach domowych liczą się systematyka i godziny poświęcone na pracę z dzieckiem każdego dnia. Często opiekę – co jest naturalne – przejmuje w całości jeden z rodziców, którzy dzięki pomocy specjalistów, wraz z upływem kolejnych miesięcy, zdobywają niezbędne doświadczenie i umiejętności. Jest to jednak na tyle absorbujące, że podjęcie jakiejkolwiek pracy zarobkowej jest w tym przypadku całkowicie wykluczone.

Co wtedy?

Nie ma co czekać na kolejne decyzje prokuratora czy na zakończenie sprawy w sądzie. Nawet, gdy proces o źle prowadzony poród jest w toku, a odszkodowania za błąd lekarza nie widać nawet na horyzoncie, może spróbować uzyskać rentę miesięczną dla dziecka już w trakcie trwania postępowania*, zanim zapadnie jakikolwiek wyrok. Musimy tylko uprawdopodobnić, że mamy rację, że dziecko cierpi i wymaga pilnego leczenia, bo lekarz i położne niewłaściwie nadzorowali poród, a rodzina nie jest w stanie sfinansować potrzebnej terapii.

Uwaga: uprawdopodobnić, nie udowodnić!

To zasadnicza różnica. Nie wystarczy jednak tylko wskazać sędziemu palcem, że wynika to z dokumentacji medycznej, nawet jeśli tak faktycznie jest. W praktyce, sądy prowadzące sprawy o odszkodowanie za błąd medyczny uznają, że zabezpieczenie powinno być ustanowione, gdy fakt popełnienia błędu medycznego wynika z opinii biegłych (nawet wydanej w postępowaniu prowadzonym przez prokuratora, przed sądem lekarskim albo przez Rzecznika Praw Pacjenta).

 

*podstawa prawna: art. 753 § 1 k.p.c. w zw. z art. 7531 § 1 pkt. 1 k.p.c.

 

 

Kilka razy już ubezpieczyciele mnie pozytywnie zaskoczyli. Nawet o tym wspomniałam na blogu. Ale, żeby aż tak?

Nic nie zapowiadało tak dobrej wiadomości z samego rana, w dodatku na początek kolejnego tygodnia pracy. Maile sprawdzam na bieżąco w telefonie. Otwieram więc dziś jak zwykle pocztę jeszcze w domu, przy pierwszej kawie, a tu mail z załącznikiem w postaci decyzji ubezpieczyciela, zaczynającej się od zdania:  “XXXX SA uznaje odpowiedzialność za zdarzenie.” Dwa razy sprawdziłam, czy czegoś nie pomieszałam w poczcie. Jednak nie. Wiadomość, czytana po raz kolejny, miała nadal taki sam, pozytywny wydźwięk:)

W sprawie chodziło o niedotlenienie dziecka przy porodzie. Wydarzenia miały miejsce w 2005 roku, w jednej z renomowanych klinik ginekologiczno-położniczej. Wystąpiliśmy niedawno w pozwem przeciwko szpitalowi i jego ubezpieczycielowi, ponieważ prawa dziecka do odszkodowania, zadośćuczynienia i renty za błąd lekarski przy porodzie nie uległy przedawnieniu. (Więcej o tym, jak długo można czekać z wytoczeniem sprawy sądowej o błąd medyczny w imieniu dziecka i czy warto zwlekać, napisałam w poście:“Do kiedy można wystąpić z pozwem w imieniu dziecka?”)

Sprawa zapowiadała się na kilka lat, nie miałam raczej nadziei na ugodowe rozwiązanie tym bardziej, że jesteśmy dopiero na samym początku długiej batalii sądowej. A tu niespodzianka: ubezpieczyciel uzyskał poza procesem opinię (rzetelną!) swojego orzecznika i mimo, że jeszcze w odpowiedzi na pozew twardo trzymał stronę szpitala, to postanowił zmienić zdanie i uznać, że doszło do błędów podczas porodu.

Ekspert ubezpieczyciela powtórzył właściwie te same argumenty, którymi uzasadniliśmy pozew: że zgodnie z ówczesną wiedzą medyczną, brak rozszerzenia diagnostyki szpitalnej oceniającej stan płodu oraz długi czas obserwacji nieprawidłowości akcji serca płodu zarejestrowanych w zapisach kardiotokograficznych (KTG) do momentu urodzenia dziecka wynoszący kilka godzin, było postępowaniem nieprawidłowym i nie do zaakceptowania w tym ośrodku położniczym.

Brak decyzji o przeprowadzeniu zabiegu operacyjnego cięcia cesarskiego w optymalnym czasie po zarejestrowaniu objawów zagrażającego niedotlenienia płodu należy określić jako błąd medyczny. Prawidłowe postępowanie lekarskie powinno było doprowadzić do wcześniejszego zakończenia ciąży drogą operacyjną cięcia cesarskiego, aby uniknąć wewnątrzmacicznej zamartwicy płodu i późniejszych powikłań neurologicznych dziecka.

Gdyby nie błędy w szpitalu, szanse na urodzenie zdrowego noworodka byłyby z pewnością większe.

Ubezpieczenie szpitala było niskie, niespełna 300 tys. zł.. Wystarczyło jedynie na to, aby pokryć koszty trzyletniej opieki nad dzieckiem i wypłacić niewiele ponad 200 tys. zł. na poczet zadośćuczynienia za błąd lekarski.  Za resztę zobowiązań wobec dziecka i jego rodziców będzie musiał odpowiedzieć sam szpital.

Czy klinika będzie walczyła na sali sądowej do końca o swoje tzw. “dobre imię” i uznanie, że nie doszło do nieprawidłowości w prowadzeniu porodu, czy też – podobnie jak jego ubezpieczyciel – jego dyrekcja zdobędzie się na obiektywną weryfikację prawidłowości postępowania swojego personelu medycznego? Zobaczymy. Zaraportuję na blogu:)

 

W jakim czasie powinno być wykonane cięcie cesarskie?

Jolanta Budzowska        03 stycznia 2018        Komentarze (0)

Pytanie, czy należało wcześniej (lub w ogóle) wykonać cięcie cesarskie, to zwykle oś sporu w sprawach o niedotlenienie okołoporodowe dziecka.

Rodzice – i ja jako pełnomocnik – twierdzimy w procesie, że po rozpoznaniu przez lekarzy stanu zagrożenia zdrowia i życia płodu nie ma na co czekać, a cięcie cesarskie i wydobycie dziecka powinno nastąpić jak najszybciej.

Cięcie cesarskie z opóźnieniem

Szpitale odpierają zarzuty o zbyt późne rozwiązanie ciąży w różny sposób. Bywają argumenty merytoryczne. Wtedy zwykle zaczynamy od oceny wydruków KTG.

Bywają też argumenty w rodzaju „tonący brzytwy się chwyta”. Bo jak inaczej ocenić twierdzenie, że o takim a nie innym postępowaniu zadecydował lekarz, że posiada on kilkudziesięcioletnie doświadczenie, i że w ocenie tego lekarza podjęte wówczas działania stanowiły optymalny sposób rozwiązania porodu?  I to wystarczy.

Czyli, jak lekarz tak zrobił, to na pewno było to dobrze… O tym, że nie ma usprawiedliwienia dla arbitralnych, nieuzasadnionych względami medycznymi decyzji położnika, pisałam już na blogu, między innymi w poście o tym, jak doszło do śmierci dziecka podczas porodu drogami natury (dziecko było ułożone pośladkowo).

Zła ocena KTG

Wracając jednak do oceny badania KTG. Nieprawidłowy wynik badania KTG winien być traktowany przez lekarzy jako stan zagrożenia zdrowia i życia płodu, dopóki za pomocą innych metod diagnostycznych nie wykluczy się jego niedotlenienia.

Jeśli szpital nie ma możliwości wykonania dodatkowych badań, bo na przykład nie posiada aparatu USG Doppler, albo nie ma go kto obsłużyć, to jedyny logiczny wniosek jest taki, że potwierdzony nieprawidłowym wynikiem KTG stan zagrożenia zdrowia i życia płodu winien prowadzić do podjęcia działania w kierunku zakończenia ciąży i porodu zabiegowego. Gdyby uznać inaczej, to oznaczałoby zgodę na bierne obserwowanie i nie robienie niczego w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia płodu. A to zwykle może prowadzić tylko do jednego: bardzo poważnego uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego dziecka, ze względu na utrzymujące się niedotlenienie wewnątrzmaciczne.

Bo nie było lekarza…

Czy szpital może się usprawiedliwiać, że “nie miał kim” wykonać operacji?

Nie. Każdy Oddział Ginekologiczno – Położniczy powinien być gotowy na natychmiastowe wykonanie cięcia cesarskiego, gdy trzeba ratować zdrowia lub życia matki lub płodu. Już ponad 10 lat temu przeprowadzone zostało badanie tzw. „czasu gotowości zespołu operacyjnego do wykonania nagłego cięcia cesarskiego”. Zgodnie z wynikami tych badań, „czas gotowości” to „czas, w którym muszą zorganizować się różne zespoły biorące udział w przygotowaniu rodzącej do operacji, oraz biorący bezpośredni udział w zabiegu – zespół położniczy, neonatologiczny i anestezjologiczny.”

Także sala operacyjna, w której przeprowadza się cięcie cesarskie powinna być zawsze w stałej gotowości do natychmiastowego rozpoczęcia zabiegu (aparat do znieczulenia pozostawiony w opcji czuwania, środki do indukcji znieczulenia ogólnego przygotowane do użycia).

Czyli gotowość to podstawa.

Bo “czekali na anestezjologa”…

Dobrze funkcjonujące zespoły zdolne są do wydobycia płodu w ramach operacji cięcia cesarskiego w przeciągu zaledwie 4 minut od przewiezienia pacjentki na blok operacyjny, średnio natomiast od przewiezienia na blok do wydobycia upływało 9 minut. Uwzględnia to zastosowanie znieczulenia ogólnego, które powinno być metodą z wyboru w tym przypadku (zagrożenia zamartwicą wewnątrzmaciczną), ponieważ jego wykonanie zajmuje znacznie mniej czasu niż znieczulenie podpajęczynówkowe.

Jeżeli w szpitalu nie ma możliwości wykonania cięcia cesarskiego w sytuacji zagrożenia życia matki albo dziecka w trybie natychmiastowym, gdzie liczą się minuty, to jest to wina organizacyjna szpitala.

Gdy z tego powodu dojdzie do niedotlenienia dziecka podczas porodu, szpital ponosi za to pełną odpowiedzialność.  Niezależnie od kłopotów z obsadą dyżurową lekarzy i innymi okolicznościami, na które rodząca, a tym bardziej jej dziecko, nie mają wpływu.

Tuż przed pierwszą gwiazdką – życzenia świąteczne!

Jolanta Budzowska        24 grudnia 2017        Komentarze (0)

Życzę Państwu, aby nadchodzący rok 2018 spełnił małe i duże marzenia, aby udało się zrobić kolejny krok, albo choćby malutki kroczek dalej, pokonując słabości i przeciwności losu. Abyśmy wygrali wszystkie prowadzone sprawy:)

Aby Boże Narodzenie spędzili Państwo otuleni rodzinnym ciepłem i znaleźli pod choinką wspaniałe prezenty!

Dziękuję Państwu za to, że byli Państwo ze mną w mijającym roku.

W jednym z grudniowych postów (“Czy i gdzie szukać pomocy w sprawie o błąd lekarski. cz.1”) zapowiadałam, że przedstawię na blogu historię pewnego procesu o zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd porodowy. 

W pierwszej części zamieściłam list, jaki skierował do mnie ojciec poszkodowanego przy porodzie chłopca. Dziś rozmowa z mamą Stasia. Jest dłuuga, wiem. Niestety takiej opowieści nie da się zawrzeć w kilku akapitach. Nie podzieliłam także tekstu na części, bo chyba warto przeczytać tę rozmowę od początku do końca, bez przerwy.

I jeszcze słowo wyjaśnienia. Proces trwał sześć lat i zakończył się ugodą z pozwanymi, między innymi szpitalem. Rodzice Stasia, moi klienci, zdecydowali się podzielić się z czytelnikami bloga swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi przebiegu procesu sądowego. Imię chłopca zostało jednak przeze mnie zmienione, podobnie jak pewne nieistotne szczegóły, które mogłyby pozwolić na identyfikację moich klientów.

Warunki ugody są prawdziwe.

Zapraszam do lektury.

***

JB – Jaki jest stan zdrowia Stasia?

Mama Stasia – Staś ma dzisiaj 6 lat. Największy problem mamy z padaczką. To jest najtrudniejsze do pokonania, bo kiedy przez pół roku nie mieliśmy padaczki, to wtedy wydawało się, że idzie do przodu, był zainteresowany dosłownie wszystkim. Ale padaczka wróciła i niestety teraz z powrotem jesteśmy na etapie szukania dobrych leków. Przećwiczyliśmy już ich już chyba około 100 i niestety żaden lek nie daje oczekiwanych rezultatów. Konsultacje z lekarzami też nie wnoszą nic nowego. Więc to jest chyba nasz największy problem. Bo to, że jest wciąż karmiony i oczywiście pampersowany, nie siedzi, nie chodzi, nie mówi –  do tego już przywykliśmy. Ale z tym, że cierpi z powodu padaczki, chyba nigdy się nie będziemy w stanie pogodzić, nie możemy przestać o tym myśleć. Bywały momenty, że napadów było po kilkadziesiąt w ciągu dnia. Teraz już nieco lepiej, jest kilkanaście do kilku w ciągu dnia. Ale to wciąż bardzo dużo.

JB – A czy mają Państwo kontakt ze Stasiem?

Mama Stasia – Oczywiście, że tak. Co prawda, ja podejrzewam, że dla kogoś, kto patrzy z boku, to może to być brak kontaktu, albo bardzo ograniczony kontakt. Ale my się rozumiemy. Uczymy Stasia, jak to jest się komunikować z nami i jak on musi na przykład pokrzykiwać, w jaki sposób ma nas wołać.

Staś wspaniale okazuje radość: ten uśmiech jak nas zobaczy, jak się do nas przytula, jak jesteśmy w ogóle we troje, no to wtedy jest w jego mniemaniu chyba największe szczęście. Bo wtedy się turla od jednego do drugiego, żeby tylko dostać całusa!

Przez długi czas była wątpliwość czy on widzi. To znaczy my tej wątpliwości nie mieliśmy. Lekarz okulista oczywiście mówił, że nie widzi, ale potem była rehabilitacja wzroku i rehabilitanci wzroku potwierdzili, że to jest jakaś pomyłka i że nie ma wątpliwości, że widzi, jest tylko kwestia, że może to być słabo i że trzeba ten wzrok ćwiczyć. Teraz już wiemy, że ewidentnie widzi, ale na jedno oko lepiej niż na drugie.  Stara się tym jednym okiem ogarniać wszystko, więc czasami to wygląda śmiesznie jak zagląda tym jednym oczkiem. Ale tak, kontakt jest i jestem tego pewna.

JB – Skąd się wzięły problemy zdrowotne Stasia?

Mama Stasia – Staś był bardzo oczekiwanym dzieckiem, na które właściwie zdecydowaliśmy się późno, bo około 30 roku życia. Pierwszą ciążę poroniłam, więc tym bardziej na Stasia wszyscy dmuchali i chuchali zanim jeszcze przyszedł na świat. Urodził się, ale ja przez miesiąc nie za bardzo wiedziałam, jak wygląda sytuacja, przez ten miesiąc po urodzeniu w ogóle nie widziałam syna. Wiedziałam to, co mi opowiadał mąż, widziałam pierwsze zdjęcia, że jest piękny, cudowny, i że chociaż jest słabiutki i jest mu trudno właściwie z wszystkim to nie może nie doczekać, kiedy mnie zobaczy. I tak też było, właściwie poznał mnie od razu po pierwszym głosie. I od tego momentu staliśmy się właściwie nierozerwalni. Tak jest cały czas, bo Staś jest dzieckiem głęboko niepełnosprawnym.

O tym, że jest chory, dowiedziałam się jak wyszłam ze szpitala. Mój mąż bardzo długo trzymał to w tajemnicy, tak uzgodnił z lekarzami, żeby mi nie dokładać, bo mój stan zdrowia też był ciężki, a dodatkowo byłam na silnych lekach przeciwdepresyjnych. Musiałam mieć stopniowaną całą tę wiedzę. I cały czas mi mówił, że będzie dobrze, będzie dobrze i że tylko muszę wyjść ze szpitala i wtedy sobie ze wszystkim poradzimy, że wszystko będzie dobrze. Dopiero jak zobaczyłam Stasia tak na żywo, to zobaczyłam, że te problemy są dużo, dużo większe niż wspominał mój mąż.

JB – Co Pani przekazał mąż?

Mama Stasia –  Mąż wiedział od razu, że jest źle. Położne w jakiś sposób stopniowały mu tę wiedzę, a z drugiej strony wszyscy powtarzali, że będzie dobrze, że Staś z tego wyjdzie. Ale mój wiedział doskonale, że tak nie będzie. To się potwierdziło, jak mąż odebrał mnie ze szpitala. Prosto pojechaliśmy już na kolejną rehabilitację syna, ja z torbą jeszcze ze szpitala. I wtedy rzeczywiście te panie rehabilitantki które widziały mnie pierwszy raz, zaczęły opowiadać, że sytuacja jest trudna, że Staś był bardzo niedotleniony, że już, chociaż jest bardzo maleńki, widać te pierwsze braki, z którymi będą się oczywiście starały się walczyć, ale że to będzie bardzo trudna walka. Więc właściwe to one – chyba jako pierwsze – dawały taki mocny sygnał, że to zupełnie nie jest tak, że wszystko będzie dobrze.

JB –  Jak to się stało, że zaczęli się Państwo zastanawiać nad tym, czy w tej sprawie nie doszło do błędu przy porodzie?

Mama Stasia – Już jak byłam w szpitalu, i mój mąż był ze mną cały czas, to mówił, że spokojnie, że nie mam się martwić, że on tej sprawy tak nie zostawi. Wtedy jeszcze nie drążył tematu. Ja wtedy wiedziałam bardzo mało, ale też mój stan zdrowia powodował, że wszyscy mnie chronili przed nadmiarem złych informacji.

Kiedy jednak wychodziłam ze szpitala, półtora miesiące po porodzie, to to był już dzień, kiedy mój mąż odbierał pierwsze dokumenty i mówił, że teraz czas, jak jesteśmy wszyscy razem w domu, za tę sprawę się wziąć.

JB – A skąd takie mocne przekonanie męża, że coś poszło nie tak?

Mama Stasia – My nie jesteśmy ludźmi życiowo zagubionymi.  Jeśli chodzi o sprawy medyczne czy zdrowy styl życia, to zawsze wiedzieliśmy, czego chcemy i wiedzieliśmy, jak do tego podejść.

Do ciąży przygotowywałam się bardzo długo. Nie chciałabym powiedzieć, że byłam przewrażliwiona, bo to nie to słowo, ale mieliśmy przekonanie, że robimy wszystko dobrze. A sam efekt – przebieg porodu i to, w jakim stanie urodził się Staś, był dla nas szokiem.

Więc mieliśmy przeświadczenie, że to nie jest standardowa sytuacja, kiedy wszystko robi się dobrze, kiedy się o siebie dba i bardzo troszczy się o wszystkie szczegóły, a potem wychodzą sytuacje, które niestety nie są zależne od nas, ale od lekarzy. Bo ani ja ani mąż nie przeprowadzilibyśmy tego porodu sami, byliśmy uzależnieni od innych ludzi. I natrafiamy na sytuację, że ktoś, kto powinien, nam nie pomaga, bo – sama nie wiem – zwykła opieszałość, bo komuś się nie chce. Kobieta płacze i krzyczy, mówi, że umiera, a nikt na to nie reaguje.

Więc poczucie krzywdy mieliśmy ogromne i od samego, od pierwszego momentu, mieliśmy przekonanie, że coś tutaj chyba nie zagrało.

Mój mąż powiedział, że zajmie się sprawą i musi znaleźć prawnika. Podzieliliśmy obowiązki, ja zajęłam się Stasiem i jego rehabilitacją.  Niespecjalnie dopytywałam na początku co i jak ze sprawami prawnymi, bo nie miałam ani na to sił, ani tyle zawziętości i wściekłości, ile on miał w sobie.

Znalazł prawników, czyli Państwa kancelarię i jednego dnia mi oświadczył, że on już wie co on chce i on już ma odpowiednich prawników. Wcześniej zgłosiliśmy sprawę do prokuratury, krótko po tym, jak wyszłam ze szpitala. Bo też nie znaliśmy za bardzo procedur, ale wydawało nam się to konieczne.

JB – czy Prokuratura od razu zajęła się sprawą?

Mama Stasia – Tak, krótko po naszym zgłoszeniu zostaliśmy wezwani na przesłuchania. I jeżeli chodzi o ten krótki moment, to rzeczywiście ten pierwszy etap poszedł bardzo sprawnie. Cała reszta niestety już nie, bo jeszcze mieliśmy duże nieszczęście, że pani prokurator, która bardzo przejęła się naszą sprawą i powiedziała, że zrobi wszystko, żeby tę sprawę dokończyć, zachorowała na raka i w krótkim czasie, po kilku miesiącach swojej pracy, nas zostawiła.

Prokurator, który ją zastąpił, nie wykazywał już ani tak wielkiej determinacji, ani chęci do pracy. Ja rozumiem, że są jakieś procedury, ale trwa to i trwa, już szósty rok. Sposób traktowania nas przez pana prokuratora wygląda tak, jakbyśmy to my byli oskarżeni, a nie ktoś inny Choćby zwykła prośba o dokumenty, które wiemy, że mamy prawo otrzymywać za każdym razem, jeżeli wpłynie jakaś opinia, no to ja właściwie te dokumenty musiałam panu prokuratorowi wydzierać z rąk i jeszcze groził mi, że nie wiadomo jakie to będą pieniądze, że trzeba będzie za nie płacić, a nie jak za zwykłe ksero. Więc trochę mamy żal, że niestety sprawa karna cały czas nie wygląda tak optymistycznie.

JB – Na jakim jest etapie?

Mama Stasia –  Niedawno został skierowany do sądu akt oskarżenia. Mamy za sobą pierwszą rozprawę, na której składał wyjaśnienia pan doktor, który jest oskarżonym. W postępowaniu karnym nie mamy pełnomocnika, uważamy, że to prokuratura powinna działać w interesie pokrzywdzonych.

JB – Wracając zatem do postępowania cywilnego – jak mąż trafił na naszą kancelarię?

Mama Stasia –Szukał w internecie, nocami siedział i sprawdzał i w końcu wybrał. Był przekonany święcie, że to jest bardzo dobry wybór. I okazało się, że to prawda. Ja tylko miałam jedno pytanie do niego, czy nie było niczego bliżej. Ale jego zdaniem odległość nie stanowiła żadnego problemu.

I rzeczywiście tak było. Bo każda próba kontaktu z prawnikami od was zawsze kończyła się tym, co chcieliśmy. O wszystkim dowiadywaliśmy na bieżąco.

Tak jak powiedziałam, magią całej tej sytuacji było to, co teraz powtarzam znajomym, którzy mają jakieś problemy, że to nie jest tak, że wybieracie prawnika i wtedy trzeba co tydzień jeździć np. do Warszawy czy do Krakowa, żeby z nimi porozmawiać na jakikolwiek temat.

Tak w ogóle, to mam nadzieje, że ten wywiad komuś posłuży, że komuś pomoże, żeby zobaczył, że to nie jest trudne. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że od złożenia kwitów do samego rozstrzygnięcia, to oczywiście leci czas, ale wysiłek jest znikomy w stosunku do tego, jak ważna to jest sprawa.

Więc jeśli ktoś miałby wątpliwości czy warto i czy podoła, jak dużo czasu i pracy będzie go kosztować sprawa sądowa, to myślę, że zawsze warto spróbować. I to chyba najważniejsza rzecz to ta, żeby ludzie nie rezygnowali, bo myślą sobie, że nie wiedzą, co zrobić i na wszelki wypadek nic nie robią, bo się boją tego, co ich może czekać w sądzie. A tak naprawdę można się pojawić na jednej czy dwóch rozprawach i na tym koniec.

My mieliśmy bardzo trudną sytuację, a sprawa się toczyła właściwie sama, bez naszego większego udziału. Nasi prawnicy zajęli się całą sprawą od początku do końca. Widzieliśmy się raz na początku i praktycznie, gdyby nie to, że chcieliśmy się spotkać w jakimś tam środeczku, to spotkaliśmy się drugi raz na końcu, po 6 latach. Więc, ja nie wiem, czy może być korzystniej: nasze interesy są reprezentowane i nie musimy się niczym martwić.

Sprawa toczyła się w Warszawie, choć my jesteśmy z Wybrzeża. Ale to był dobry wybór, a poza tym nie musieliśmy jeździć na rozprawy. Byliśmy na kilku, ale to bardziej z ciekawości.

Jedyne co trzeba było robić to dosyłać dokumenty. Ale to jest sprawa oczywista, nikt tego za nas nie zrobi. Oczywiście, chciałoby się powiedzieć, dobrze by było, gdyby proces trwał krócej, ale to przecież nie zależy od kancelarii tylko niestety od naszych sądów. Więc naprawdę szczerze, to nie mamy do czego się przyczepić.

JB – A czy poza uczestnictwem w rozprawach interesowali się Państwo przebiegiem procesu?

Mama Stasia – Tak, oczywiście, analizowaliśmy centymetr po centymetrze wszystkie dokumenty, które dostawaliśmy z kancelarii, potem opinie biegłych. Za każdym razem zastanawialiśmy się, czy zrobiliśmy to dobrze, czy mogliśmy coś lepiej, czy czegoś nam gdzieś nie zabrakło. Poza tym na co dzień o rozprawie mało co się mówiło. Jedynie, jak znajomi się u nas pojawiali, to co jakiś czas oczywiście wpadał temat „co z tą sprawą” i na jakim jest etapie.

Mąż na bieżąco kompletował też dokumentację do sprawy, dokumenty z rehabilitacji, zaświadczenia od lekarzy, wszystko, co dotyczyło Stasia. Nawet teraz, po zakończeniu procesu, te zestawienia wydatków, które robiliśmy dla kancelarii, robimy cały czas, z automatu. Na wypadek, gdyby ktoś kiedyś chciał nas zapytać co się ze Stasiem dzieje.  Mamy zachowane wszystkie kalendarze, wiemy co do dnia, gdzie byliśmy i na co wydawaliśmy pieniądze.

JB – Co było dla Państwa najtrudniejsze podczas procesu?

Mama Stasia – Na pewno pierwszy raz, kiedy byliśmy przesłuchiwani i gdy zeznania składali nasi świadkowie. Przejmowałam się tym, jak bardzo przeżywają wszystko to, co mówią.

Potem byłam już zahartowana. Spokojnie słuchałam wszystkich tych opowieści o porodzie i Stasiu. Ja już w pewien sposób przywykłam do tego, że syna jakiego mam, to mam. I teraz skupiamy się na ciężkiej pracy. Więc najtrudniej było na początku. Potem jak już przychodziły opinie, to już siedzieliśmy w domu, w własnym gnieździe i analizowaliśmy. I dopiero wtedy, kiedy już nikt na nas nie patrzył, nie musieliśmy ukrywać emocji. Jasne, że niektóre szczegóły się nie zgadzały, a mąż miał to wszystko w małym palcu, więc się denerwował. Ale jeżeli lekarze na końcu w opiniach pisali zazwyczaj, że został popełniony błąd lekarski, to było to dla nas światełko w tunelu.  Wiedzieliśmy przecież, że od tych opinii tak naprawdę zależy bardzo dużo, więc jeżeli one przychodziły i były tak rzeczowo na plus, to oczywiście się cieszyliśmy.

Potem nastąpił moment zawarcia ugody. Pojechaliśmy na podpisanie tej ugody 300 km do Sądu. Jechaliśmy całą drogę właściwie nic do siebie nie mówiąc, bo mieliśmy jakieś złe przeczucia, że chyba to się dzisiaj nie uda. Żadne z nas nie chciało tego powiedzieć.

W rezultacie rzeczywiście nie doszło do tego za pierwszym razem, bo pełnomocnik szpitala nie był przygotowany. Jak wyszliśmy z tej rozprawy, to byliśmy jakby zamurowani. Mój mąż powiedział: „wiesz boję się, czy to nie jest jakiś znak, że trzeba w tym momencie powiedzieć dość tym negocjacjom, że mamy dalej walczyć w sądzie, bo może tak będzie lepiej dla Stasia”. Więc z jednej strony zawiedliśmy się, ale i wkurzyliśmy przy okazji.

Na kolejne podejście do ugody pojechał już sam mąż. Szczerze mówiąc, jak już wrócił i powiedział, że już mamy to z głowy, to – kurczę – nie mogliśmy uwierzyć.

JB – A najbardziej emocjonalne momenty w sądzie? Były takie?

Mama Stasia – Mam pretensje do siebie, że nie zawsze byłam w stanie w sądzie zachować się profesjonalnie. Jak słyszałam, co mówią niektóre położne, to chyba nie umiałam ukryć wściekłości. Starałam się, żeby nie manifestować uczuć, ale chyba jednak z uszu szła mi para, jak widziałam, że ktoś wprost mówił zupełnie inaczej niż było.

Dokładnie pamiętam, jak było, a potem słucham, jak lekarz z przekonaniem opowiada, że to on mnie badał, że on zrobił ze mną wywiad, ale wiem, że nawet do pokoju nie wszedł i robiła to za niego położna.

Zastanawiałam się, ile trzeba, by ktoś bezkarnie kłamał prosto w oczy.  Zmarnował mi życie, a wystarczyło przecież, żeby się trochę bardziej postarał. Nie był – nie wiem – niechętny, zmęczony czy jakiś po prostu obojętny. Niewiele trzeba, żeby móc komuś pomóc.

Mąż tłumaczył mi, że oni, ci świadkowie, są po drugiej stronie, że czują się w obowiązku bronić interesów szpitala. Ja powiedziałam, że wiem, ale nie umiem sobie z tymi emocjami poradzić. Po prostu dla mnie oni byli wcieleniem zła i nawet jeżeli reprezentowali przeciwną stronę, to po prostu byli źli.

JB – Co Państwu daje zakończenie sprawy? Czy czekali Państwo na ten dzień?

Mama Stasia – Oczywiście, czekaliśmy. Raczej nauczyliśmy się żyć na chłodno, więc przez tyle lat ani przez 5 minut nie pomyśleliśmy, że możemy tę sprawę wygrać. Nigdy na przykład nie myśleliśmy, jak rozdysponować te pieniądze, co możemy jeszcze dla Stasia zrobić. Nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. Jak tylko była jakaś próba: „Słuchaj a może się to wszystko zmieni, bo jak wygramy sprawę”, to mój mąż zawsze mówił: „Halo, jak wygramy to będziemy rozmawiać”.

Tak że naprawdę do ostatniego momentu baliśmy się uwierzyć, że będzie lepiej. Dopiero jak dostaliśmy informację od pani mecenas, że powinniśmy porozmawiać, że ktoś ze szpitala dzwonił, że być może będzie jakaś ugoda. Więc wtedy pomyśleliśmy, że może to jest rzeczywiście coś, że skoro chcą się dogadać, to może jest pierwszy znak, że jesteśmy na tej dobrej drodze, żeby tę sprawę wygrać. Ale my przez cały ten czas w głowie mieliśmy wszystko, ale żadnej absolutnie pewności, ani nawet nie pół pewności, że cokolwiek z tego wyjdzie.

JB – Czy decyzja o ugodzie była dla Państwa trudna?

Mama Stasia – Negocjacje warunków ugody były trudne. Brałam w tym udział, więc wiem jak często próbowaliśmy jeszcze coś wyciągnąć, jeszcze pójść dalej, żeby jeszcze było troszkę więcej, większe coś.  Mieliśmy świadomość, że walczymy głownie o pieniądze Stasia, więc nie mieliśmy żadnych oporów.

Warunki ugody to był jedyny temat, nad którym spędziliśmy bardzo długie godziny. Pamiętam nasze spacery, żeby nikt nie brał udziału w naszych rozmowach, żeby nie daj Bóg nikt nie słyszał.

Bo muszę powiedzieć to, że to może nie jest nic chwalebnego, ale o tym, że toczymy rozmowy o ugodzie, a przecież to trwało chyba rok, to nie wiedział z naszej rodziny nikt, kompletnie. Wiedzieliśmy tylko my z mężem. Nie chcieliśmy robić żadnych nadziei rodzinie, że cokolwiek pójdzie, czy nie pójdzie, żeby nie było później wątpliwości, że tak już się nastawili, a potem nie wyszło. Więc to wszystko trzymaliśmy tylko my między sobą i to też było szczególnie trudne, nie było jak uzyskać od nikogo rady. Ale to też kwestia naszych charakterów, uważamy, że wszystko wiemy najlepiej i nikt nie może nam doradzić bardziej.

Dziś mamy pełne przekonanie, że ta ugoda to była bardzo dobra decyzja. Im Staś jest młodszy, tym więcej dla niego możemy jeszcze zrobić.

Wyrok może być dobry i zły, duży i mały, a my w ugodzie dla Stasia i dla mnie uzyskaliśmy ponad 2 mln. Plus rentę dla Stasia, co jest znacznym wzmocnieniem comiesięcznego budżetu domowego. Więc teraz, chociaż zawsze nam się wydawało, że żyjemy w jakiejś tam rozsądny sposób i chyba też na nie najgorszym poziomie, też nie zwariowaliśmy pod żadnym kątem, prócz tego, że kupiliśmy samochód rodzinny, taki, który jest nam i Stasiowi potrzebny.

Najważniejsze, że się nie musimy martwić, że nam zabraknie i musimy się zastanawiać skąd finansować kolejne wyjazdy na rehabilitację i do lekarzy. Teraz te pieniądze po prostu są.

Kwota zadośćuczynienia dla Stasia jest na poziomie najwyższych zadośćuczynień, jakie zasądzają sądy. To na pewno ułatwiło decyzję o ugodzie. Byliśmy na bieżąco: mój mąż śledził namiętnie wszystkie nowe wyroki i nowe orzecznictwo w jakiejkolwiek sprawie, która mogłaby nas dotyczyć.

Mam tylko jedną myśl. Ugoda to są przede wszystkim pieniążki Stasia.  Natomiast myślę sobie, że mój mąż też myślał o tym, że gdyby to był wyrok, to ktoś by powiedział mu przy tym powiedział wprost, że tak, ojciec również stracił, stracił swoje plany, że stracił właściwie wszystko to, co pokładał w swoim synu, że ojcu też zawalił się świat. Że poszkodowani są też ojciec i matka, że im też stała się krzywda. Ugoda o tym nie mówi wprost, choć jest w niej przewidziane odszkodowanie.

JB – Ale w końcu szpital, lekarz lub położna –  ktokolwiek – Państwa przeprosił za to, co się stało?

Mama Stasia – Nie. Na początku może jeszcze na to czekałam, tak ze względów ludzkich. Potem jak już dochodziły chwile zwątpienia i stres, to chyba chcieliśmy już tylko, żeby w końcu oni za to zapłacili, żeby przegrali, żeby zobaczyli, że te ich argumenty są idiotyczne. I chyba najbardziej nam zależało na tym, żeby ocena tej całej sytuacji przez biegłych była taka, że po prostu nie mieli racji, że zrobili źle.

Proces dobiegł końca bez przeprosin. Szkoda. Ale dla mnie i tak najważniejsze w tym wszystkim jest, że jesteśmy spokojni o przyszłość Stasia, że nie musimy martwić się o to, z czego zapłacimy za jego rehabilitację i leczenie.

I jeszcze to, że mój mąż zaczął się uśmiechać i odhaczył sobie na swojej magicznej tablicy „sprawa załatwiona”.