Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Brak zgody na transfuzję krwi

Jolanta Budzowska01 stycznia 20179 komentarzy

Zastanawiam się, czy są jakieś ograniczenia dla bzdur, jakie biegli w majestacie prawa wygłaszają czasem na sali sądowej. Sędziemu nawet oko nie mrugnie, bo przecież biegły to biegły. A mnie kusi, żeby zapis zeznań takiego „eksperta” z tytułami naukowymi przetłumaczyć i wysłać z prośbą o „potwierdzenie stanowiska” do międzynarodowego towarzystwa naukowego, którego biegły jest członkiem.

Gdzieś przecież muszą być granice wstydu zawodowego!

Ostatnio taka sytuacja dotyczyła pewnego profesora doktora habilitowanego nauk medycznych z Łodzi, biegłego z zakresu ginekologii i położnictwa, lat 75. Pominę zabawianie pełnomocniczek obu stron sporu pseudoerudycyjnymi, seksitowskimi uwagami i żartami na korytarzu sądowym (m.in. pod adresem wchodzącej na salę sędzi). Potem – na sali rozpraw – było już tylko gorzej.

Rozprawa dotyczyła odpowiedzialności za śmierć dziecka podczas porodu. Dziecko ważyło 4500 g, było w położeniu podłużnym miednicowym.  Biegły miał się wypowiedzieć na temat prawidłowości oceny wagi płodu (przyjęcie przez lekarkę wagi zaniżonej o 1000 g mimo alarmujących wyników badania USG!) i tego, czy lekarka działała z należytą ostrożnością, ryzykując poród drogami natury.

Z tymi wątkami biegły rozprawił się szybko:

– „nie jest to pierwsza ani ostatnia lekarka, która się myli co do wielkości płodu”

-„lekarz ma pełne i niczym nie ograniczone prawo do wyboru metody porodu”.

Konkluzja: według biegłego wszystko było w porządku, a to że dziecko udusiło się po tym, jak barki i główka utknęły w drogach rodnych, to niezawinione przez nikogo powikłanie porodu miednicowego

A potem biegły przeszedł do ofensywy.

Wcielając się w rolę adwokata szpitala stwierdził, że personel szpitala nie miał innego wyjścia jak poród naturalny.  Lekarka prowadząca poród nie mogła jego zdaniem podjąć decyzji o cięciu cesarskim – mimo, że czasu na przygotowanie zabiegu było aż nadto. Przyczyną miało być, że rodząca jako członek „tej jakiejś sekty” złożyła „bzdurne oświadczenie żadnej krwi”.

Tu słowo wyjaśnienia. Rodząca rzeczywiście była Świadkiem Jehowy. Kościół „Świadkowie Jehowy w Polsce” jest zarejestrowanym w Polsce kościołem od 31 stycznia 1990 roku. Figuruje pod nr. 34 (lp 31) rejestru kościołów i innych związków wyznaniowych, prowadzonego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Zgodnie z art. 25 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej jest to kościół równouprawniony z innymi kościołami i związkami wyznaniowymi. W Polsce żyje około 250 tysięcy Świadków Jehowy, a kontakt personelu medycznego z tą grupą wyznaniową nie jest niczym zaskakującym.

Świadkowie Jehowy rzeczywiście posługują̨ się dokumentem, w którym zawarty jest ich sprzeciw wobec transfuzji krwi. Akceptują leczenie preparatami krwiozastępczymi.

Nie oceniam. Nie wnikam w motywy. Generalnie, nie pytam moich klientów czy są wierzący i jakiego kościoła są członkami. Interesują mnie tylko te informacje, które mają znaczenie dla strategii prowadzenia sporu, jak w tym przypadku.

Twierdzenia biegłego o „sekcie” to ewidentne, niedopuszczalne dyskryminowanie pacjentki ze względu na jej religię.

A już teoria, że brak zgody na transfuzję krwi wyklucza możliwość wykonania cięcia cesarskiego i – mimo ewidentnych wskazań do porodu zabiegowego – skazuje rodzącą na poród drogami natury, poród podwyższonego ryzyka dla dziecka – to już prawdziwa herezja!

Nawet komisja powołana przez pozwany szpital w celu wyjaśnienia przyczyny zgonu dziecka, w skład której wchodziło dwóch anestezjologów, uznała, że

„ średnia utrata krwi podczas zabiegu cięcia cesarskiego nie wymaga zazwyczaj przetoczeń krwi homologicznej i nie mogła stanowić przeciwwskazania do wykonania zabiegu cięcia cesarskiego u pacjentki nie zgadzającej się na przyjmowanie preparatów krwi homologicznej.”

Faktem jest, że krwotok położniczy stanowi przyczynę ok. 30% zgonów matek, a krwotok poporodowy może stanowić powikłanie do 5% porodów. Tyle, że poród naturalny wcale nie chroni przed krwotokiem…, a w przypadku jego wystąpienia transfuzja nie jest jedyną metodą leczenia.

Na koniec kilka wskazówek dla pacjentek w podobnej  sytuacji:

  1. w przypadku odmowy pacjenta wobec przetoczenia krwi lekarz powinien udzielić  wyczerpujących informacji o dostępnych metodach leczenia preparatami krwiozastępczymi oraz o innych alternatywnych metodach stosowanych podczas zabiegów operacyjnych, jak np. krążenie pozaustrojowe połączone z odzyskiwaniem krwi własnej pacjenta z pola operacyjnego w obiegu zamkniętym;
  2. jeśli lekarz twierdzi, że transfuzja jest jedyną możliwą metodą leczenia dostępną w sytuacji pacjenta w danym szpitalu, to powinien dokonać takiego wpisu w dokumentacji medycznej;
  3. art. 38 ustawy o zawodzie lekarza stwarza możliwość odstąpienia od leczenia pacjenta (z zastrzeżeniem art. 30). W sytuacji planowanej operacji może to być dopuszczalne, gdy lekarz uznaje,  że w danej placówce przeprowadzenie zabiegu bez transfuzji krwi jest niemożliwe. W takim przypadku powinien on poinformować o tym pacjenta, a także dostarczyć niezbędnych informacji o możliwości uzyskania pomocy np. w szpitalu o wyższej referencyjności.

I pointa: jak wynika z odpowiedzi na pozew i zeznań świadków, okoliczność wyznania rodzącej i jej brak zgody na przetoczenie krwi nie miały żadnego wpływu na decyzję lekarza o prowadzeniu drogami natury… Jest to zupełnie zrozumiałe, bo merytorycznie takie argumenty by się nie obroniły i raczej ośmieszyłyby personel szpitala.

Biegły prof. dr hab. n. med. z Łodzi nie boi się jednak śmieszności.

Standardy: przebieg ciąży

Jolanta Budzowska16 grudnia 20162 komentarze

Kto śledzi profil mojej kancelarii na FB ten wie, że popieramy akcję fundacji Rodzić Po Ludzku na rzecz utrzymania standardów okołoporodowych. O standardach napisałam kilka postów, między innymi tutaj.

Niedawno na wniosek Naczelnej Rady Lekarskiej znowelizowano ustawę o działalności leczniczej. Zmiana oznacza, że przestaną obowiązywać zgodne z zasadami „Rodzić po ludzku” standardy opieki okołoporodowej. NRL twierdzi, że naruszają „autonomiczny obszar nauki i wiedzy”.

Co to oznacza dla bezpieczeństwa rodzących kobiet i ich dzieci? Nic dobrego. Krok wstecz.

Standardy medyczne to m.in. opisy poszczególnych procedur medycznych. Zostały opracowane przez towarzystwa naukowe oraz zespoły ekspertów w poszczególnych dziedzinach medycyny, na podstawie aktualnej wiedzy medycznej, zgodnie z zasadami medycyny opartej na dowodach naukowych.

Jeśli – jak dotąd – miały formę rozporządzenia, to lekarze mieli obowiązek  stosowania ich w codziennej praktyce lekarskiej. W przypadku podejrzenia błędu medycznego, w pierwszej kolejności można było zweryfikować postępowanie lekarza odnosząc je do treści konkretnego załącznika do rozporządzenia Ministra Zdrowia. Nie było dyskusji co jest mityczną „aktualną wiedzą medyczną” – punktem odniesienia dla oceny przebiegu leczenia było rozporządzenie. Oczywiście, lekarz w uzasadnionych przypadkach mógł zrobić odstępstwo.

Standardy jeszcze nie zdążyły się wszędzie przyjąć, ale szło ku dobremu. Dobrze to opisuje portal okopress: „Jak wskazuje kontrola NIK z 2016 roku i obserwacje fundacji Rodzić Po Ludzku, standard nie jest powszechnie przestrzegany. Niektórzy ordynatorzy wręcz chlubili się tym, że „u mnie rodzi się po mojemu”, wielu standardu nie znało i lekceważyło.”

A jeśli standard działania nie będzie określony przepisami prawa, to znów będzie jak dawniej.

W sytuacji braku rozporządzenia, które wyznacza konkretne ramy prawne dla oobowiązków personelu medycznego, pacjent będzie musiał na ogólnych zasadach udowodnić, że działanie lekarza było niezgodne z aktualną wiedzą medyczną. Za źródło tej wiedzy będą mogły być uznane – na równi – podręczniki akademickie, publikacje naukowe, a wreszcie standardy opracowane przez towarzystwa naukowe, o ile takie zostaną opublikowane. Ostatecznie, w praktyce o tym, czy działania lekarza były zgodne z aktualną wiedzą medyczną, przesądzi w procesie opinia biegłego.

Ostatnio niestety wręcz nagminnie zdarza mi się słyszeć na sali sądowej wręcz herezje z ust biegłych. Broniąc kolegów lekarzy, potrafią wygłaszać tezy sprzeczne z elementarną wiedzą medyczną.

Likwidując standardy, zwiększamy uznaniowość i oddajemy pełnię władzy w ręce biegłych – lekarzy.  Jeśli przyjdzie do oceny, czy w trakcie porodu doszło do błędu medycznego, i nie uda się zakwestionować stronniczej opinii „eksperta” – sąd uzna, że biegły jest wyrocznią i wyda wyrok zgodnie z ekspertyzą. Co biegły powie, jest prawdą i „aktualną wiedzą medyczną”.

Tego chcemy?

 

W ubiegły piątek byłam gościem Anny Wojdy z Rzeczpospolitej.

W dwudziestominutowej rozmowie poruszyłyśmy sporo wątków związanych z odpowiedzialnością szpitali i lekarzy za błędy medyczne. Rozmawiałyśmy też o tym, jak toczą się procesy sądowe o odszkodowanie i zadośćuczynienie i czy pacjent ma szansę wygrać sprawę o błąd.

Zainteresowanych tematyką – zakładam, że to wszyscy aktualni i przyszli czytelnicy mojego bloga:) – zapraszam do lektury tekstu i obejrzenia materiału video (odtworzy się po kliknięciu w zdjęcie):

Na zakończonym w ubiegłym tygodniu V Kongresie Prawa Medycznego wygłosiłam wystąpienie na temat dostępu do dokumentacji medycznej po śmierci osoby bliskiej i możliwości zwolnienia lekarza z tajemnicy lekarskiej. Nie da się ukryć, że temat  – w świetle ostatnich zmian w Kodeksie Postępowania Karnego i innych „medycznych” ustaw – jest mocno kontrowersyjny, a zdania wsród prawników i medyków podzielone.

Ja niezmiennie stoję po stronie pacjentów. Jednym z moich bardziej rozpoznawalnych oponentów jest – skądinąd znający się świetnie na swoich fachu – obrońca lekarzy, mec. Radosław Tymiński, który właśnie na swoim blogu prawalekarza.pl napisał post, że zwolnienie z tajemnicy tak, jest możliwe, ale już dostęp do dokumentacji medycznej nie.

Faktem jest, że kwestia dokumentacji to poważny problem. Sama mam do czynienia ze sprawą, gdzie kobieta zmarła po porodzie, a rodzina nie może otrzymać ze szpitala dokumentacji medycznej, bo ktoś z rejestracji zaniedbał odebrania od pacjentki podpisu na formularzu „upoważnienia do uzyskiwania dokumentacji medycznej” przy okazji przyjęcia do szpitala.

W ilu sytuacjach rodzina nie może dociec, co się właściwie wydarzyło między przyjęciem do szpitala a śmiercią pacjenta, bo pacjent trafił do szpitala nieprzytomny albo przewieziony z innej placówki i „nie zdążył” upoważnić żony lub dzieci do uzyskiwania informacji i otrzymania dokumentacji medycznej? W wielu.

Jest i druga strona medalu, czyli prawo pacjenta do prywatności. Ktoś może przecież nie życzyć sobie, żeby mąż dowiedział się np. o ilości ciąż i porodów. Takie problemy, choć stosunkowo rzadkie, nie są wydumane.

Dostęp do dokumentacji medycznej musi jednak być uregulowany na tyle klarownie, żeby nie było pola do spekulacji i przerzucania się argumentami oraz do „falandyzacji” prawa. Dziś wiemy, że nic nie wiemy, a planowane zmiany w ustawie o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta mogą tylko pogorszyć sytuację.

Podsumowując: staram się wskazać drogę, jak uzyskać dokumentację medyczną mimo przeciwności losu, a przede wszystkim prawa. Formularz wniosku o wydanie takiej dokumentacji (można go pobrać tutaj) może być pomocny, ale oczywiście nie gwarantuje sukcesu. Jak się nie uda, to pozostaje zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa (oczywiście tylko wówczas, gdy są ku temu powody – wtedy prokuratura z urzędu zabezpieczy dokumentację medyczną) albo wniosek do wojewódzkiej komisji do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych, ewentualnie inne niekonwencjonalne, acz zgodne z prawem,  działania.

Na koniec, żeby zobrazować,że prawo do  uzyskania dokumentacji medycznej po śmierci pacjenta przysługuje tym samym osobom, którym przepisy pozwalają na zwolnienie lekarza z tajemnicy lekarskiej (czyli przede wszystkim osobom bliskim), a głosy na tak nie są odosobnione i pochodzą z samej „góry” czyli Ministerstwa Sprawiedliwości (Minister Zdrowia ma jednak na ten temat odmienne zdanie…), zacytuję fragment artykułu z… Gazety Lekarskiej:

„(…) Jaki był powód zmiany kodeksu postępowania karnego i ustawy o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta oraz ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, by nowela zniosła obowiązek zachowania tajemnicy lekarskiej po śmierci pacjenta?

– W poprzednim stanie prawnym zakres tajemnicy lekarskiej był ujęty zbyt szeroko, uniemożliwiając często osobom najbliższym wobec zmarłego pacjenta dochodzenie roszczeń lub odpowiedzialności wobec osób, które mogły przyczynić się do śmierci pacjenta – informuje Wioletta Olszewska z Wydziału Komunikacji Społecznej i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości. I dodaje, że ujawnienie obiektywnych przyczyn śmierci pacjenta może również leżeć w interesie społecznym.

– Pozwoli to osobom najbliższym na poznanie całokształtu okoliczności związanych ze stanem zdrowia pacjenta i może poprzedzać decyzję o ewentualnym skorzystaniu z przysługujących im środków prawnych. W efekcie w wielu przypadkach może to również spowodować uniknięcie konieczności wszczynania niepotrzebnego postępowania, gdyż już samo poznanie prawdy o okolicznościach śmierci pacjenta będzie wystarczające dla osób najbliższych. Dysponentem tej tajemnicy po śmierci pacjenta powinny być osoby najbliższe zmarłemu, które łączył z nim węzeł szczególnego zaufania, tak aby nie zostały naruszone w sposób nieuzasadniony dobra osobiste zmarłego.

Osobom bliskim przysługuje również prawo sprzeciwu wobec zwolnienia z tajemnicy w sytuacji, w której uznają one, że ujawnienie informacji nią objętych będzie stanowiło nieproporcjonalne i nieuzasadnione naruszenie dóbr osobistych. Wówczas do zachowania tajemnicy lekarskiej wystarczający jest sprzeciw choćby jednej z osób bliskich określonych w ustawie, mimo że pozostałe osoby bliskie mogą wyrażać zgodę na ujawnienie informacji – informuje, podkreślając jednocześnie, że nie bez znaczenia dla wprowadzonej zmiany była też konieczność dostosowania prawa Rzeczypospolitej Polskiej do rozwiązań przyjętych w innych krajach europejskich, tj. we Francji, Belgii, Holandii, Austrii, Szwajcarii, które osobom spokrewnionym z pacjentem zapewniają dostęp do dokumentacji medycznej po jego śmierci.”

Więcej na temat dokumentacji medycznej i jej znaczenia dla procesu o odszkodowanie za błąd lekarski przeczytać można tutaj.

Jakie prawa ma rodząca?

Jolanta Budzowska26 listopada 20166 komentarzy

Ile z rodzących kobiet musi z własnej inicjatywy wyzwać położną lub lekarza, bo niepokoi ich przebieg porodu? Ile skarg jest zlekceważonych? W ilu przypadkach poród doprowadza się do tego etapu, że każda metoda: cięcie czy poród drogami natury, obarczona jest znacznie większym ryzykiem, niż gdyby decyzję rozważano wcześniej?

Kto tak miał? Rękę do góry!

Z takimi sytuacjami wiąże się problem zgody udzielanej przez rodzące na zabiegi mające miejsce w trakcie porodu. Dotyczy to także zgody na ewentualne znieczulenie. Ile z was zgodę na znieczulenie podpisywało na sali operacyjnej? Z dokumentacji medycznej, która przechodzi przez moje ręce wynika, że to plaga.

Obowiązujące przepisy prawa w postaci tzw. standardów położniczych* (więcej o tym piszę tutaj)  często nie są przestrzegane, także w aspekcie współpracy personelu z rodzącą.

Problem dostrzegł Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, zaniepokojony ilością napływających do jego Biura skarg i uwag na przebieg porodu. W swoim wystąpieniu do Prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej przypomniał, że zgoda pacjenta musi być zawsze wyrażona świadomie, tj. musi zostać poprzedzona zrozumieniem i akceptacją zabiegu oraz jego typowych następstw. Informacja, jaką pacjent uzyskuje od personelu medycznego, ma być udzielona w przystępnej formie, zruzumiała i rzetelna.

Zabiegi wykonywane bez świadomej zgody pacjentki są przeprowadzane na ryzyko lekarza. Oznacza to w teorii, że lekarz odpowiada wówczas za wszystkie powikłania, do jakich doszło, a o jakich nie uprzedził pacjentki. W teorii, bo w praktyce i w wyrokach bywa z tym różnie, ale na aspekt zgody warto zwrócić uwagę, kiedy zastanawiamy się, czy ze sprawą przebiegu porodu nie iść do sądu.

Rzecznik w swoim piśmie pisze:

„Problemem w tym  zakresie   jest odbieranie od pacjentek tzw. ,,zgód blankietowych”,  np.  łącznie   i na  kilka  kolejnych  zabiegów, bez wcześniejszego poinformowania pacjentki o potrzebie ich przeprowadzenia i typowych skutkach. Takie praktyki mogą mieć  miejsce podczas rejestracji pacjentki ciężarnej w szpitalu przed przyjęciem  na  oddział  położniczy. (…) Tak  udzielona  zgoda  będzie  wadliwa,  a  wykonanie  np. zabiegu nacięcia krocza, może stanowić naruszenie praw pacjentki.

Tak  samo  wadliwą  praktyką  może  być  odbieranie  od   pacjentek   zgód  na wykonanie określonego zabiegu w trakcie samego porodu, w momencie jego zaawansowania, gdy kobieta jest skupiona na czynnościach porodowych, wykonywaniu poleceń personelu, a nie na analizowaniu kwestii formalno-prawnych. W sytuacji stresu, bólu   i zmęczenia,    które   to   okoliczności naturalnie towarzyszą czynnościom porodowym, rodząca może mieć znacznie utrudnione możliwości swobodnego i świadomego podjęcia decyzji o potrzebie wykonania danego zabiegu i jego skutkach.”

Co na to Prezes Naczelnej Izby Lekarskiej? Polecił uwzględnić tę tematykę w szkoleniach dla lekarzy, organizowanych przez okręgowe izby lekarskie.

Dobre i to.

* W tekście wspomniałam m.in. obowiązujące od  2 czerwca 2016 roku Rozporządzenie Ministra Zdrowia: „W sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych
w dziedzinie położnictwa i ginekologii z zakresu okołoporodowej opieki położniczo-ginekologicznej, sprawowanej nad kobietą w okresie ciąży, porodu, połogu, w przypadkach występowania określonych powikłań oraz opieki nad kobietą w sytuacji niepowodzeń położniczych”