Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Czasem walka o ukaranie winnych błędu lekarskiego trwa bardzo długo, tak jak w sprawie, którą opisał mi jeden z pokrzywdzonych pacjentów, a właściwie ojciec zmarłego podczas porodu dziecka. Wspólnie z żoną od pięciu lat wytrwale dążą do udowodnienia, że gdyby nie błędy popełnione przy porodzie, ich syn żyłby…

Pięć lat?  Wydawałoby się, normalny czas w tego typu sprawach, gdy toczy się skomplikowane śledztwo. W tym przypadku jednak cztery z tych lat zostały zmarnowane przez prokuraturę, bo choć opinie biegłych potwierdzały winę lekarzy i położnej, śledztwo w sprawie głównego wątku dwukrotnie umorzono.

Subsydiarny akt oskarżenia zdecydowali się więc złożyć sami poszkodowani. Proces karny jest w toku…

Jak wyglądał przebieg wydarzeń?

Pacjentka, która była wtedy w 36 tygodniu ciąży, źle się poczuła. Zgłosiła się do szpitala. Przyjęto ją na Oddział Patologii Ciąży. Podczas przyjęcia miała wykonane badania KTG, USG i badanie na fotelu ginekologicznym. Wszystko było w porządku. Następnego dnia zaczęła odczuwać silne bóle w dolnych częściach brzucha. Ordynator bagatelizował: „dziecko pcha się na świat, dlatego brzuch boli”. Po pięciu dniach pacjentka została wypisana ze szpitala.

Po dwóch dniach pacjentka dostała silnych drgawek i biegunki. Jak relacjonuje ojciec zmarłego chłopca:

„Poleciała krew i odeszły wody. Bardzo szybko pojechaliśmy na porodówkę… Zaczęła się akcja porodowa. Na izbie przyjęć byliśmy tuż po godzinie 7. Wykonane KTG potwierdzało, że dziecko żyje, ale jak napisali potem biegli w opinii:

”Charakter zapisu KTG z izby przyjęć już po 14 minutach stanowił wskazanie do podjęcia w trybie pilnym działań zmierzających do wyjaśnienia sytuacji zdrowotnej płodu (wykonanie USG) lub też rozwiązania ciąży w trybie pilnym poprzez cesarskie cięcie. Nie było wskazań do przedłużania zapisu, gdyż głębokie nieprawidłowości widoczne w ciągu jego pierwszych 14 minut stanowiły wystarczającą podstawę do wymienionych czynności diagnostyczno- terapeutycznych. Błędem było nieprawidłowe zinterpretowanie zapisu”.

Jednak ordynator podczas obchodu tylko rzucił: „Chyba się Pani stęskniła za nami”. Bez pośpiechu i dodatkowych badań skierowano żonę na salę porodową, gdzie rozpoczęto stałe monitorowanie KTG. Położnej nie podobał się obraz tętna płodu: zaczęła przewracać żoną na lewo i prawo; mówiła: ”Przewróć się na drugi bok, oddychaj głęboko… Pamiętaj, że oddychasz też za dziecko”. Podłączyła wąsy tlenowe.

Tak minęły dwie długie godziny…

Żaden z lekarzy nie zainteresował się niepokojącym zapisem KTG (choć był widoczny na podglądzie w dyżurce lekarskiej).  Położna też nie widziała potrzeby wzywania położników. W końcu po raz pierwszy tego dnia wykonano USG. Lekarze stali jak wryci, nikt nie umiał powiedzieć, co się stało.

„Doszło do wewnątrzmacicznego obumarcia płodu” – usłyszałem wreszcie od jednego z lekarzy.

A tętno na KTG, jak się okazało, było tętnem żony.”

Przyczyną wewnątrzmacicznej śmierci płodu była ostra zamartwica w przebiegu urazu niedotlenieniowego organizmu…

Sprawa jest wielowątkowa. Szereg błędów w nadzorze nad porodem wskazali w opiniach biegli powołani przez prokuraturę.

Ale jednym najbardziej pouczających wątków, a zarazem kluczowym dla analizy odpowiedzialności lekarzy i położnych, jest wątek błędów w badaniach KTG.

Podczas drugiej hospitalizacji, tej, podczas której w trakcie porodu zmarło dziecko:

– lekarze nie potrafili zinterpretować wyniku badania KTG wykonanego na izbie przyjęć,

– położna przez dwie godziny uznawała widoczne na wydruku z aparatu KTG tętno matki za tętno dziecka.

Za to podczas wcześniejszej hospitalizacji, dużą wagę członkowie personelu medycznego (a potem i biegli w opiniach) przywiązywali do badania KTG wykonanego tuż przed wypisem. To badanie potwierdzało ich zdaniem, że nie było podstaw do dalszego przebywania ciężarnej w szpitalu, że mogła bezpiecznie być wypisana do domu.

Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to badanie KTG nigdy nie zostało wykonane…

Tylko dzięki determinacji poszkodowanych udało się wykazać, że doszło do podrobienia dokumentu – wydruku KTG z dnia wypisu. Udowodnili, że wydruk badania KTG innej pacjentki został opatrzony ręcznie naniesionymi adnotacjami przez jedną z położnych: na tym „cudzym” wydruku wpisano imię i nazwisko poszkodowanej.

Następnie w innym dokumencie („obserwacje pacjenta”), lekarka wpisała informację o wykonaniu badania KTG w określonych godzinach, zgodnych z godzinami na wydruku.  Później lekarka tłumaczyła się, że ujęła badanie KTG jako faktycznie wykonane w kartach obserwacji lekarskich, bo… wcześniej jego wydruk został dołączony w formie papierowej do historii choroby. Na koniec, rzekomo wykonane badanie KTG opisano też w „Karcie informacyjnej” wypisu, która w efekcie zawierała nieprawdziwe dane.

I tak nigdy nie wykonane badanie KTG zaczęło żyć własnym życiem i bronić decyzji lekarzy o lekkomyślnym, przedwczesnym wypisie ciężarnej ze szpitala…

Położna usłyszała zarzuty z art. 270 §1 Kodeksu Karnego – to jest popełnienia przestępstwa polegającego na tym, że „w celu użycia za autentyczny, podrobiła dokument w postaci badania diagnostycznego na urządzeniu o nazwie kardiotokograf, w ten sposób, że wydruk badania pochodzący od nieustalonej pacjentki opatrzyła własnoręcznie opisem wskazującym na to, że jest to wynik badania innej pacjentki, które miało być przeprowadzone, ale w rzeczywistości nie zostało przeprowadzone.”

Prokurator uznał, że wydruk z badania KTG, choć jest elementem dokumentacji medycznej indywidualnej wewnętrznej, jest też dokumentem w rozumieniu art. 115 § 14 Kodeksu Karnego, ponieważ są z nim związane określone prawa i obowiązki. Stanowi też podstawę do wprowadzania odpowiednich adnotacji w pozostałej dokumentacji medycznej, np. w „Karcie informacyjnej leczenia szpitalnego”, a więc w dokumencie, który ma już charakter zewnętrzny.

Jak napisałam na wstępie, minęło 5 lat od porodu.

Stan sprawy na dziś:

– działania prokuratury: dwukrotne umorzenie postępowania dotyczącego głównego wątku, oskarżenie położnej o fałszowanie dokumentacji i oskarżenie jednego z lekarzy o błąd w sztuce lekarskiej (z art. 160 § 1 i § 2 k.k)

– działania pokrzywdzonych: trzech lekarzy zostało ukaranych przez Sąd Lekarski: jeden zakazem sprawowania funkcji kierowniczych   w jednostkach organizacyjnych ochrony zdrowia przez rok, drugi: karą upomnienia, trzeci: karą upomnienia; w 2016 roku do sądu karnego trafił też subsydiarny akt oskarżenia przeciwko kolejnym dwóm lekarzom (skazanym przez Sąd Lekarski, ale nie oskarżonym przez prokuraturę) i drugiej położnej.

Pokrzywdzeni piszą:

„Fizycznie zaczyna być w porządku. Psychicznie niestety jest coraz gorzej. Jesteśmy pod stałą opieką psychiatry. Śmierć dziecka to straszny ból, a świadomość że można było tego uniknąć, jeszcze go pogłębia”…

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że prokuratura mogła w tej sprawie zrobić więcej, znacznie więcej.

Luty jest dla mnie trudny, bo przez większość czasu będę poza kancelarią. Kancelaria działa oczywiście bez „przestoju sezonowego”: mamy świetny zespół doświadczonych w sprawach o błędy medyczne prawników, a pod moją nieobecność kluczowe decyzje podejmuje Pani mec. Karolina Kolary – młodszy wspólnik kancelarii.

Moje lutowe podróże są służbowe. Właśnie wróciłam ze szkolenia w Irlandii. Bite dwa dni na wykładach, ale jedno popołudnie miałam wolne. Spędziłam je (jak zwykle, kiedy mam okazję zobaczyć, jak działają sądy w innych państwach) w Four Courts – imponującym budynku sądu przy Inns Quay w Dublinie, gdzie mieści się siedziba Sądu Najwyższego (ang. Supreme Court), sądu powszechnego (ang. High Court) i Sądu Okręgowego Dublina (ang. Dublin Circuit Court).

Trzeba mieć szczęścia, żeby trafić – jak ja – na rozprawę o błąd medyczny🙂

Nie zauważyłam, jak minęło kilka godzin (i tak lało, a w Dublinie byłam już wcześniej, więc nawet przez chwilę nie żałowałam, że zamiast zwiedzać, siedzę na sali sądowej). Nawet obecność w charakterze „publiczności”, kiedy mogę porównać,  jak wygląda procedowanie w sprawie dotyczącej poważnej szkody na zdrowiu, poszerza horyzonty, inspiruje, a czasem nawet leczy z „polskich” kompleksów:-)!

A więc melduję: w Sądzie Okręgowym w Dublinie nic mnie nie zaskoczyło. Nawet byłam w stanie przewidzieć, jakie następne pytanie padnie z ust barristera, kiedy rozpoczęło się przesłuchanie poszkodowanego pacjenta.

Trochę może zaskoczył mnie fakt traktowania rozprawy bez takiego namaszczenia, jak u nas. Może to, że sędzia uważnie i cierpliwie słuchał jąkających się nieco (a nawet zaryzykowałabym tezę, że nie do końca przygotowanych) barristerów obu stron, drapiąc się przy tym z namysłem po głowie. Przy czym istnieje duże prawdopodobieństwo, że drapał się z powodu peruki (owszem, w irlandzkim sądzie okręgowym jeszcze obowiązują):-)

Może też to, że poświęcił prawie godzinę na wysłuchanie pełnomocników, którzy spierali się, czy kolejna opinia biegłego jest potrzebna, a koronnym argumentem pełnomocnika powoda było: „Czy wysoki sąd ma na pewno komfort orzekania w oparciu o te opinie, które są w aktach?”. Hmm, gdyby u nas sędziowie chcieli mieć zawsze „komfort orzekania” w oparciu o opinie biegłych – to wyroki chyba nigdy by nie zapadły. Obawiam się, że przeciętna jakość opinii biegłych z zakresu medycyny jest tak niska, że o ten komfort sędziów w polskich sądach jest naprawdę trudno. Nie mówiąc już o komforcie poszkodowanych pacjentów i moim – jako pełnomocnika, który musi udowodnić odpowiedzialność i to, jakie odszkodowanie się należy za błąd lekarski…

Może więc chociaż pozytywnie zaskoczyłby mnie wyrok, ale niestety nie zapadł w dniu, w którym byłam w dublińskim sądzie.  Swoją drogą ciekawe, czy wszystkie wyroki na Wyspach wyglądają tak jak w sprawie, którą opisywałam w ubiegłym roku, a w której występowałam jako biegła (można o tym przeczytać tutaj i tutaj)?

Gdyby tak było, to – niezależnie od noszenia lub nienoszenia na sali sądowej peruk przez sędziów i niezależnie, czy wyrok jest korzystny dla pacjenta czy nie –  polscy poszkodowani  po lekturze takiego uzasadnienia mieliby na pewno większą pewność, że sędzia orzekający w ich sprawie miał „komfort orzekania” i naprawdę starał się zrozumieć ich sytuację życiową. Tak jak przebijało to z uzasadnienia wyroku wydanego w sprawie, o której wcześniej wspomniałam (post o szczegółach tego wyroku można przeczytać tutaj).

 

Karetka pogotowia

Jolanta Budzowska02 lutego 20172 komentarze

W wielu mailach, jakie adresują do mnie rodzice poszkodowanych, małych pacjentów, przewija się wątek karetek pogotowia i tego, jaki wpływ miał transport na pogorszenie stanu zdrowia dziecka.

Bardzo często dotyczy to transportu noworodków. Dziecko urodzone w zamartwicy powinno jak najszybciej zostać przetransportowane do szpitala zapewniającego intensywną opiekę neonatologiczną. Gdy dochodzi do niedotlenienienia okołoporodowego, można próbować zapobiec powikłaniom neurologicznym  przez wdrożenie procedury polegającej na ochłodzeniu – „coolingu” mózgu i ciała noworodka do ok. 34°C. To, jak w szczegółach powinno wyglądać takie postępowanie, wynika ze „Standardów opieki medycznej nad noworodkiem w Polsce – zalecenia Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego”.

Podstawowa zasada: „Pamiętaj! Noworodek musi zostać dowieziony do ośrodka hipotermii najpóźniej do 5,5 godziny, najlepiej do 3 godziny życia.”

Wniosek z tego, że noworodek powinien zostać przetransportowany do ośrodka hipotermii leczniczej jak najszybciej, karetką N lub transportem lotniczym.

Co to jest karetka N? To karetka neonatologiczna (karetka N, enka), używana do transportu noworodków i niemowląt w stanach zagrożenia życia i nagłego pogorszenia stanu zdrowia dziecka. Od zwykłej karetki różni się przede wszystkim wyposażeniem (posiada m.in.  inkubator transportowy, respirator, kardiomonitor) oraz załogą medyczną (zazwyczaj jeździ w niej zespół złożony z lekarza neonatologa, pielęgniarki neonatologicznej oraz kierowcy ratownika medycznego).

Starsze dzieci w stanie zagrożenia życia i zdrowia transportuje się na ogół karetką specjalistyczną (karetką Seską) z minimum trzyosobową obsadą, w której przynajmniej jedna osoba to lekarz.

Problem w tym, aby prawidłowo:

  • rozpoznano, że dziecko potrzebuje specjalistycznej opieki
  • wykonano wszystkie badania, które mogą być pomocne w dalszej diagnostyce i leczeniu (np. krew na posiew w przypadku podejrzenia sepsy)
  • wezwano karetkę jak najwcześniej i ustabilizowano stan małego pacjenta
  • karetka przyjechała szybko
  • dziecko zostało sprawnie przekazane zespołowi karetki
  • karetka jechała najkrótszą drogą do specjalistycznego szpitala
  • stan dziecka był odpowiednio monitorowany w karetce
  • karetka miała sprawne wyposażenie
  • zespół szpitala był przygotowany (uprzedzony telefonicznie o transporcie) i natychmiast przejął dziecko.

Wtedy mały pacjent ma największe szanse na wyzdrowienie.

Co, jeśli mamy wątpliwości, czy zrobiono wszystko, co było możliwe, żeby pomóc dziecku?

Musimy krok po kroku prześledzić działania poszczególnych osób z personelu medycznego. To nie takie proste, bo nie do wszystkich dokumentów medycznych i odczytów danych mamy dostęp od ręki. Proponuję na tym etapie skorzystać z pomocy prawnika. Jak już niedawno pisałam (tutaj), dowody zebrane wcześnie, mają największą wartość. Tyle, że trzeba wiedzieć, czego szukać, a niestety nawet prokuratorzy często nie wiedzą, co zabezpieczyć jako dowód w sprawie. A potem bywa za późno…

 

 

 

Z KTG jest kilka problemów.

Wiadomo, że KTG  jest jednym z podstawowych badań, które wykonuje się, aby potwierdzić dobrostan płodu podczas porodu. Dlatego bardzo często oś sporu o to, czy podczas porodu lekarze popełnili błąd, koncentruje się właśnie wokół wyniku KTG.  Czasem zapis KTG bywa wręcz rozstrzygającym dowodem w procesie o odszkodowanie za błąd medyczny – błąd podczas porodu, którego skutkiem jest niedotlenienie dziecka albo śmierć dziecka w łonie matki.

Wiadomo też niestety, że KTG można różnie interpretować, że wydruki z tego badania nadzwyczaj często giną w tajemniczych okolicznościach lub „nie były prowadzone” (oszczędność papieru???), a ustawienie aktualnej daty i godziny na aparacie KTG zazwyczaj przekracza umiejętności techników szpitali, odpowiedzialnych za należyte funkcjonowanie aparatury medycznej.

Tak, napisałam to wszystko z lekką nutą gorzkiej ironii, bo rzeczywistość w postępowaniu sądowym o błąd przy porodzie wygląda zdecydowanie inaczej, niż mogłoby nam się wydawać. Okazuje się właśnie, że to pacjent musi udowodnić, że zapis KTG z danej godziny był na tyle patologiczny, że należało co najmniej innymi metodami potwierdzić, że z dzieckiem jest wszystko OK (na przykład wykonać badanie USG Doppler). Pacjent musi udowodnić, że zbyt późno podjęto decyzję o cięciu cesarskim, bo zapis KTG, który był podstawą takiej decyzji, w rzeczywistości był wykonany znacznie wcześniej, niż wskazuje na to godzina na wydruku.

Na dowód zacytuję fragment uzasadnienia wyroku sądu w jednej z niedawno zakończonych przeze mnie spraw:

„Aparat , za pomocą którego badano powódkę, nie wskazywał godziny zgodnej z faktyczną godziną badania. Z tego względu położna na wydruku z wynikiem badania odręcznie wpisywała godzinę jego wykonania. Wpisy te nie były precyzyjne. Różnice między wskazaniami zegara w aparacie i wpisami na zapisie badania wynosiły bowiem: 18 minut (badanie z godz. 9.20 z 6 października 2012 r.), 27 minut (badanie z godz. 6.00 z 4 października 2012 r.) i 25 minut (badanie z godz. 13.05 z 6 października  2012r.) – wszystkie badania wykonano na tym samy aparacie.

Zgodnie ze sporządzoną w sprawie opinią biegłego specjalisty ginekologa położnika bezwzględne wskazania do pilnego wykonania cesarskiego ciecia pojawiły się w zapisie KTO od godziny 12. 39 według zapisu aparatury lub o 13.05 wg zapisów personelu pozwanego. Ujawnione wtedy głębokie zaburzenia tętna serca płodu musiały być jednak poprzedzone wcześniejszym zaburzeniami, chociażby pod postacią deceleracji późnych, które jednak nie zostały odnotowane, gdyż rodząca nie była monitorowana zapisem KTG. Personel pozwanej nie zaobserwował odpowiednio wcześnie objawów wskazujących na narastające niedotlenienie płodu – występujące pod postacią mniej nasilonych zaburzeń tętna, a sugerujących narastające nieprawidłowości.

W praktyce objawy narastającego niedotlenienia płodu są bardzo często poprzedzone tzw. późnymi deceleracjami w zapisie KTG, co umożliwia wykonanie cesarskiego cięcia zanim płód będzie głęboko niedotleniony. U powódki było to niemożliwe, ponieważ w ocenie biegłego nie była prawidłowo monitorowana w czasie bezpośrednio poprzedzającym krytyczną godzinę (13.05 lub 12.39). Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby monitoring z zapisem był kontynuowany, to już mniej nasilone zaburzenia tętna dziecka byłyby odnotowane – co powinno skutkować odpowiednio wcześnie podjętą decyzją o cesarskim cięciu. Dawałoby to szansę na unikniecie tak głębokiego niedotleniania noworodka. Skutkiem uchybienia pod postacią braku monitorowania płodu zapisem KTG było przeoczenie wczesnych objawów narastającego niedotlenienia wewnątrzmacicznego. Odnotowano dopiero głęboką bradykardię, która świadczyła już o dużym niedotlenieniu i dużej kwasicy płodu.  Skutkiem dalszym było – mimo pośpiechu – wydobycie noworodka w złym stanie, głęboko niedotlenionego, z dużą kwasicą metaboliczną.

Nadto biegły stwierdził, że fakt, że zapis z głębokimi zaburzeniami tętna płodu z 12.40 (lub 13.05) był kontynuowany przez 10 minut, wydaje się niepotrzebnie długim czasem obserwacji. Decyzje o cesarskim cieciu można było podjąć kilka minut wcześniej od daty ujawnienia tego zapisu, co prawdopodobnie miałoby jednak już mały wpływ na stan urodzeniowy dziecka, które było już i tak głęboko niedotlenione.”

Pacjenci wygrali ten proces. O wygranej przesądziła opinia biegłego, który była korzystna dla poszkodowanych, matki, ojca i dziecka, które na skutek niedotlenienia dziś choruje na MPD (mózgowe porażenie dziecięce). Takie opinie to duża rzadkość. Nie muszę chyba dodawać, że nie było łatwo, bo szpital od początku do końca twierdził, że monitorowanie stanu dziecka do tego ostatniego momentu było prawidłowe, a decyzję o cięciu cesarskim podjęto w odpowiednim momencie.

Najczęściej więc, zanim uda się w procesie udowodnić, że doszło do nieprawidłowości w monitorowaniu dobrostanu dziecka w badaniu KTG, mija dużo czasu i trzeba stoczyć kilka bitew (oczywiście procesowych) z biegłymi. Różni biegli potrafią  skrajnie różnie ocenić ten sam wynik badania KTG.  Jedni dopatrują się w nim na przykład braku zmienności podstawowej czynności serca płodu z powtarzającymi się deceleracjami późnymi lub zmiennymi czy utrzymującej się bradykardii (< 110 uderzeń na minutę) – w takich przypadkach zapis taki należy uznać za patologiczny, a inni uznają ten sam zapis za prawidłowy, albo co najwyżej „podejrzany”.

Jak więc zatroszczyć się o odpowiednie monitorowanie stanu naszego dziecka? Jak uniknąć błędu w ocenie KTG, który może skutkować tragicznym w skutkach niedotlenieniem dziecka?

Pamiętajmy, że obowiązujące wciąż standardy postępowania w ciąży powikłanej przewidują między innymi obowiązek prowadzenia ciągłego nadzoru kardiotokograficznego podczas porodu w przypadkach:

  • ciąż powikłanych,
  • ciąż bliźniaczych,
  • stwierdzanych nieprawidłowości w zapisie wykonanym przy przyjęciu do szpitala,
  • odpływania zielonego płynu owodniowego,
  • stymulacji czynności skurczowej,
  • zastosowania znieczulenia zewnątrzoponowego porodu.

Za prawidłowy może być uznany śródporodowy zapis kardiotokograficzny, kiedy:

  • podstawowa czynność serca płodu wynosi 110 – 160 uderzeń na minutę,
  • podstawowa zmienność czynności serca płodu jest umiarkowana,
  • nie stwierdza się deceleracji zmiennych lub późnych.

Przy prawidłowym śródporodowym zapisie kardiotokograficznym mamy prawo wymagać monitorowania tętna płodu co 30 min w pierwszym okresie porodu i co 15 minut w drugim okresie porodu.

A tak w ogóle, lepiej znać swoje prawa, niż ich nie znać. Zachęcam do dokładnej lektury standardów postępowania w ciąży fizjologicznej i standardów postępowania w ciąży powikłanej*. O tym, że wkrótce mogą przestać obowiązywać i jakie to ma znaczenie dla kobiet, napisałam tutaj.

* Pełne tytuły obu standardów:

  1. obowiązujące od 2 czerwca 2016 roku Rozporządzenie  Ministra Zdrowia  nosi tytuł „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych
w dziedzinie położnictwa i ginekologii z zakresu okołoporodowej opieki położniczo-ginekologicznej, sprawowanej nad kobietą w okresie ciąży, porodu, połogu, w przypadkach występowania określonych powikłań oraz opieki nad kobietą w sytuacji niepowodzeń położniczych.”
  2.  Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 r. „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej sprawowanej nad kobietą w okresie fizjologicznej ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.”

 

 

Kilka dni temu uczestniczyłam jako pełnomocnik poszkodowanych w sekcji zwłok zmarłego noworodka. To był bardzo trudny moment w mojej pracy…

Procedura karna przewiduje udział pełnomocnika w sekcji, choć znajomi prokuratorzy mówią, że w ich karierze nigdy się nie zetknęli z takim działaniem. Kiedyś opiszę, dlaczego w tym przypadku miało to sens.

Przy okazji tej sprawy miałam okazję przekonać się, na jakie przeszkody natrafiają poszkodowani, którzy tracą osobę bliską i chcą, aby sprawą zajęła się prokuratura.

Problem w tym, że czasem niełatwo przekonać prokuraturę do sprawnego działania. Nawet wtedy, gdy okoliczności tego wymagają i wszystko przemawia za tym, że do śmierci osoby nam bliskiej mogło dojść przez błąd lekarski (błąd medyczny).

Szybkość rekacji odpowiednich organów ma szczególne znaczenie, gdy dochodzi do śmierci dziecka w łonie matki, tuż po urodzeniu albo gdy życie traci matka po porodzie.

Co robić, gdy podejrzewamy błąd medyczny, który doprowadził do zgonu pacjenta?

To zależy. Jeśli minęło dużo czasu, kilka miesięcy czy kilka lat, warto zastanowić się, czy w ogóle powinniśmy zaczynać od zawiadamiania prokuratury. O tym, że nie zawsze jest to najlepsza strategia, pisałam między innymi tutaj, a o nadziejach związanych z nowymi wydziałami do spraw błędów medycznych w prokuraturach: tutaj.

Mówimy jednak o sytuacji, kiedy do śmierci pacjenta doszło w ostatnich godzinach, a naszym zdaniem za śmierć pacjenta odpowiada szpital czy inny podmiot leczniczy.

Więc krok po kroku:

  1. Najlepiej udać się wprost do najbliższej prokuratury. Nawet, jeśli jest to weekend czy święto, na miejscu powinien być prokurator dyżurny, który ma obowiązek odebrać od nas zeznania. Złożenie zawiadomienia bezpośrednio w prokuraturze oznacza nadanie zdecydowanie szybszego biegu sprawie. Nie dajmy się odesłać na policję.
  2. Tylko wtedy, gdy prokuratura jest zamknięta na głucho (w mniejszych miejscowościach prokuratorzy pełnią dyżur jedynie „pod telefonem”, znanym wyłącznie policjantom z miejscowej komendy), idziemy na policję i nalegamy na natychmiastowe przyjęcie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Policjanci powinni sporządzić protokół z naszymi zeznaniami i powiadomić dyżurnego prokuratora.
  3. W żadnym razie nie dajmy się zbyć w stylu: „Przyjdź Pan w poniedziałek” albo „Proszę złożyć zawiadomienie na piśmie”– do tego poniedziałku czy dnia, kiedy wysłane przez nas pismo dotrze do rąk prokuratora, może dużo wody w Wiśle upłynąć. A na pewno może ulec zmianom treść dokumentacji medycznej…  Generalnie, w takich przypadkach czas działa na naszą niekorzyść.
  4. Na policji (gdy prokuratura jest nieczynna) trzeba nalegać na powiadomienie o naszym zgłoszeniu prokuratora dyżurnego (zawsze taki jest, a jego obowiązkiem jest np. natychmiastowe wydanie postanowień o zabezpieczeniu dokumentacji medycznej). Zostawmy swój numer telefonu na wypadek, gdybyśmy byli potrzebni.
  5. Do protokołu trzeba też złożyć wyraźny wniosek o zabezpieczenie w oryginale pełnej dokumentacji medycznej oraz zapisów cyfrowych z urządzeń, na których były wykonywane badania, które wg nas mają znaczenia dla oceny leczenia (np. USG  czy KTG). Gdy sprawa dotyczy przebiegu porodu, zabezpieczyć trzeba dokumentację i matki, i dziecka. Wytłumaczmy to wszystko dokładnie policjantowi lub prokuratorowi – to nie są lekarze, mogą się nie znać na wszystkim.
  6. Składamy też wniosek o zabezpieczenie ciała (a gdy sprawa dotyczy przebiegu porodu – także łożyska) i przeprowadzenie prokuratorskiej sekcji zwłok. (Więcej informacji na temat sekcji zwłok zawarłam w tym poście.)
  7. W żadnym wypadku nie zgadzajmy się na tzw. sekcję szpitalną – wiadomo, że medycy sądowi wykonujący sekcję prokuratorską mają inne spojrzenie na sprawę. Poza tym, są niezależni od szpitala, w którym doszło (naszym zdaniem) do nieprawidłowości.

Potem już postępowanie przygotowawcze może toczyć się wolniej. Dowody pozyskane na początku mają największą wartość.