Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Z KTG jest kilka problemów.

Wiadomo, że KTG  jest jednym z podstawowych badań, które wykonuje się, aby potwierdzić dobrostan płodu podczas porodu. Dlatego bardzo często oś sporu o to, czy podczas porodu lekarze popełnili błąd, koncentruje się właśnie wokół wyniku KTG.  Czasem zapis KTG bywa wręcz rozstrzygającym dowodem w procesie o odszkodowanie za błąd medyczny – błąd podczas porodu, którego skutkiem jest niedotlenienie dziecka albo śmierć dziecka w łonie matki.

Wiadomo też niestety, że KTG można różnie interpretować, że wydruki z tego badania nadzwyczaj często giną w tajemniczych okolicznościach lub „nie były prowadzone” (oszczędność papieru???), a ustawienie aktualnej daty i godziny na aparacie KTG zazwyczaj przekracza umiejętności techników szpitali, odpowiedzialnych za należyte funkcjonowanie aparatury medycznej.

Tak, napisałam to wszystko z lekką nutą gorzkiej ironii, bo rzeczywistość w postępowaniu sądowym o błąd przy porodzie wygląda zdecydowanie inaczej, niż mogłoby nam się wydawać. Okazuje się właśnie, że to pacjent musi udowodnić, że zapis KTG z danej godziny był na tyle patologiczny, że należało co najmniej innymi metodami potwierdzić, że z dzieckiem jest wszystko OK (na przykład wykonać badanie USG Doppler). Pacjent musi udowodnić, że zbyt późno podjęto decyzję o cięciu cesarskim, bo zapis KTG, który był podstawą takiej decyzji, w rzeczywistości był wykonany znacznie wcześniej, niż wskazuje na to godzina na wydruku.

Na dowód zacytuję fragment uzasadnienia wyroku sądu w jednej z niedawno zakończonych przeze mnie spraw:

„Aparat , za pomocą którego badano powódkę, nie wskazywał godziny zgodnej z faktyczną godziną badania. Z tego względu położna na wydruku z wynikiem badania odręcznie wpisywała godzinę jego wykonania. Wpisy te nie były precyzyjne. Różnice między wskazaniami zegara w aparacie i wpisami na zapisie badania wynosiły bowiem: 18 minut (badanie z godz. 9.20 z 6 października 2012 r.), 27 minut (badanie z godz. 6.00 z 4 października 2012 r.) i 25 minut (badanie z godz. 13.05 z 6 października  2012r.) – wszystkie badania wykonano na tym samy aparacie.

Zgodnie ze sporządzoną w sprawie opinią biegłego specjalisty ginekologa położnika bezwzględne wskazania do pilnego wykonania cesarskiego ciecia pojawiły się w zapisie KTO od godziny 12. 39 według zapisu aparatury lub o 13.05 wg zapisów personelu pozwanego. Ujawnione wtedy głębokie zaburzenia tętna serca płodu musiały być jednak poprzedzone wcześniejszym zaburzeniami, chociażby pod postacią deceleracji późnych, które jednak nie zostały odnotowane, gdyż rodząca nie była monitorowana zapisem KTG. Personel pozwanej nie zaobserwował odpowiednio wcześnie objawów wskazujących na narastające niedotlenienie płodu – występujące pod postacią mniej nasilonych zaburzeń tętna, a sugerujących narastające nieprawidłowości.

W praktyce objawy narastającego niedotlenienia płodu są bardzo często poprzedzone tzw. późnymi deceleracjami w zapisie KTG, co umożliwia wykonanie cesarskiego cięcia zanim płód będzie głęboko niedotleniony. U powódki było to niemożliwe, ponieważ w ocenie biegłego nie była prawidłowo monitorowana w czasie bezpośrednio poprzedzającym krytyczną godzinę (13.05 lub 12.39). Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby monitoring z zapisem był kontynuowany, to już mniej nasilone zaburzenia tętna dziecka byłyby odnotowane – co powinno skutkować odpowiednio wcześnie podjętą decyzją o cesarskim cięciu. Dawałoby to szansę na unikniecie tak głębokiego niedotleniania noworodka. Skutkiem uchybienia pod postacią braku monitorowania płodu zapisem KTG było przeoczenie wczesnych objawów narastającego niedotlenienia wewnątrzmacicznego. Odnotowano dopiero głęboką bradykardię, która świadczyła już o dużym niedotlenieniu i dużej kwasicy płodu.  Skutkiem dalszym było – mimo pośpiechu – wydobycie noworodka w złym stanie, głęboko niedotlenionego, z dużą kwasicą metaboliczną.

Nadto biegły stwierdził, że fakt, że zapis z głębokimi zaburzeniami tętna płodu z 12.40 (lub 13.05) był kontynuowany przez 10 minut, wydaje się niepotrzebnie długim czasem obserwacji. Decyzje o cesarskim cieciu można było podjąć kilka minut wcześniej od daty ujawnienia tego zapisu, co prawdopodobnie miałoby jednak już mały wpływ na stan urodzeniowy dziecka, które było już i tak głęboko niedotlenione.”

Pacjenci wygrali ten proces. O wygranej przesądziła opinia biegłego, który była korzystna dla poszkodowanych, matki, ojca i dziecka, które na skutek niedotlenienia dziś choruje na MPD (mózgowe porażenie dziecięce). Takie opinie to duża rzadkość. Nie muszę chyba dodawać, że nie było łatwo, bo szpital od początku do końca twierdził, że monitorowanie stanu dziecka do tego ostatniego momentu było prawidłowe, a decyzję o cięciu cesarskim podjęto w odpowiednim momencie.

Najczęściej więc, zanim uda się w procesie udowodnić, że doszło do nieprawidłowości w monitorowaniu dobrostanu dziecka w badaniu KTG, mija dużo czasu i trzeba stoczyć kilka bitew (oczywiście procesowych) z biegłymi. Różni biegli potrafią  skrajnie różnie ocenić ten sam wynik badania KTG.  Jedni dopatrują się w nim na przykład braku zmienności podstawowej czynności serca płodu z powtarzającymi się deceleracjami późnymi lub zmiennymi czy utrzymującej się bradykardii (< 110 uderzeń na minutę) – w takich przypadkach zapis taki należy uznać za patologiczny, a inni uznają ten sam zapis za prawidłowy, albo co najwyżej „podejrzany”.

Jak więc zatroszczyć się o odpowiednie monitorowanie stanu naszego dziecka? Jak uniknąć błędu w ocenie KTG, który może skutkować tragicznym w skutkach niedotlenieniem dziecka?

Pamiętajmy, że obowiązujące wciąż standardy postępowania w ciąży powikłanej przewidują między innymi obowiązek prowadzenia ciągłego nadzoru kardiotokograficznego podczas porodu w przypadkach:

  • ciąż powikłanych,
  • ciąż bliźniaczych,
  • stwierdzanych nieprawidłowości w zapisie wykonanym przy przyjęciu do szpitala,
  • odpływania zielonego płynu owodniowego,
  • stymulacji czynności skurczowej,
  • zastosowania znieczulenia zewnątrzoponowego porodu.

Za prawidłowy może być uznany śródporodowy zapis kardiotokograficzny, kiedy:

  • podstawowa czynność serca płodu wynosi 110 – 160 uderzeń na minutę,
  • podstawowa zmienność czynności serca płodu jest umiarkowana,
  • nie stwierdza się deceleracji zmiennych lub późnych.

Przy prawidłowym śródporodowym zapisie kardiotokograficznym mamy prawo wymagać monitorowania tętna płodu co 30 min w pierwszym okresie porodu i co 15 minut w drugim okresie porodu.

A tak w ogóle, lepiej znać swoje prawa, niż ich nie znać. Zachęcam do dokładnej lektury standardów postępowania w ciąży fizjologicznej i standardów postępowania w ciąży powikłanej*. O tym, że wkrótce mogą przestać obowiązywać i jakie to ma znaczenie dla kobiet, napisałam tutaj.

* Pełne tytuły obu standardów:

  1. obowiązujące od 2 czerwca 2016 roku Rozporządzenie  Ministra Zdrowia  nosi tytuł „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych
w dziedzinie położnictwa i ginekologii z zakresu okołoporodowej opieki położniczo-ginekologicznej, sprawowanej nad kobietą w okresie ciąży, porodu, połogu, w przypadkach występowania określonych powikłań oraz opieki nad kobietą w sytuacji niepowodzeń położniczych.”
  2.  Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 r. „w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej sprawowanej nad kobietą w okresie fizjologicznej ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.”

 

 

Kilka dni temu uczestniczyłam jako pełnomocnik poszkodowanych w sekcji zwłok zmarłego noworodka. To był bardzo trudny moment w mojej pracy…

Procedura karna przewiduje udział pełnomocnika w sekcji, choć znajomi prokuratorzy mówią, że w ich karierze nigdy się nie zetknęli z takim działaniem. Kiedyś opiszę, dlaczego w tym przypadku miało to sens.

Przy okazji tej sprawy miałam okazję przekonać się, na jakie przeszkody natrafiają poszkodowani, którzy tracą osobę bliską i chcą, aby sprawą zajęła się prokuratura.

Problem w tym, że czasem niełatwo przekonać prokuraturę do sprawnego działania. Nawet wtedy, gdy okoliczności tego wymagają i wszystko przemawia za tym, że do śmierci osoby nam bliskiej mogło dojść przez błąd lekarski (błąd medyczny).

Szybkość rekacji odpowiednich organów ma szczególne znaczenie, gdy dochodzi do śmierci dziecka w łonie matki, tuż po urodzeniu albo gdy życie traci matka po porodzie.

Co robić, gdy podejrzewamy błąd medyczny, który doprowadził do zgonu pacjenta?

To zależy. Jeśli minęło dużo czasu, kilka miesięcy czy kilka lat, warto zastanowić się, czy w ogóle powinniśmy zaczynać od zawiadamiania prokuratury. O tym, że nie zawsze jest to najlepsza strategia, pisałam między innymi tutaj, a o nadziejach związanych z nowymi wydziałami do spraw błędów medycznych w prokuraturach: tutaj.

Mówimy jednak o sytuacji, kiedy do śmierci pacjenta doszło w ostatnich godzinach, a naszym zdaniem za śmierć pacjenta odpowiada szpital czy inny podmiot leczniczy.

Więc krok po kroku:

  1. Najlepiej udać się wprost do najbliższej prokuratury. Nawet, jeśli jest to weekend czy święto, na miejscu powinien być prokurator dyżurny, który ma obowiązek odebrać od nas zeznania. Złożenie zawiadomienia bezpośrednio w prokuraturze oznacza nadanie zdecydowanie szybszego biegu sprawie. Nie dajmy się odesłać na policję.
  2. Tylko wtedy, gdy prokuratura jest zamknięta na głucho (w mniejszych miejscowościach prokuratorzy pełnią dyżur jedynie „pod telefonem”, znanym wyłącznie policjantom z miejscowej komendy), idziemy na policję i nalegamy na natychmiastowe przyjęcie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Policjanci powinni sporządzić protokół z naszymi zeznaniami i powiadomić dyżurnego prokuratora.
  3. W żadnym razie nie dajmy się zbyć w stylu: „Przyjdź Pan w poniedziałek” albo „Proszę złożyć zawiadomienie na piśmie”– do tego poniedziałku czy dnia, kiedy wysłane przez nas pismo dotrze do rąk prokuratora, może dużo wody w Wiśle upłynąć. A na pewno może ulec zmianom treść dokumentacji medycznej…  Generalnie, w takich przypadkach czas działa na naszą niekorzyść.
  4. Na policji (gdy prokuratura jest nieczynna) trzeba nalegać na powiadomienie o naszym zgłoszeniu prokuratora dyżurnego (zawsze taki jest, a jego obowiązkiem jest np. natychmiastowe wydanie postanowień o zabezpieczeniu dokumentacji medycznej). Zostawmy swój numer telefonu na wypadek, gdybyśmy byli potrzebni.
  5. Do protokołu trzeba też złożyć wyraźny wniosek o zabezpieczenie w oryginale pełnej dokumentacji medycznej oraz zapisów cyfrowych z urządzeń, na których były wykonywane badania, które wg nas mają znaczenia dla oceny leczenia (np. USG  czy KTG). Gdy sprawa dotyczy przebiegu porodu, zabezpieczyć trzeba dokumentację i matki, i dziecka. Wytłumaczmy to wszystko dokładnie policjantowi lub prokuratorowi – to nie są lekarze, mogą się nie znać na wszystkim.
  6. Składamy też wniosek o zabezpieczenie ciała (a gdy sprawa dotyczy przebiegu porodu – także łożyska) i przeprowadzenie prokuratorskiej sekcji zwłok. (Więcej informacji na temat sekcji zwłok zawarłam w tym poście.)
  7. W żadnym wypadku nie zgadzajmy się na tzw. sekcję szpitalną – wiadomo, że medycy sądowi wykonujący sekcję prokuratorską mają inne spojrzenie na sprawę. Poza tym, są niezależni od szpitala, w którym doszło (naszym zdaniem) do nieprawidłowości.

Potem już postępowanie przygotowawcze może toczyć się wolniej. Dowody pozyskane na początku mają największą wartość.

 

 

 

 

 

 

 

Minęło juz sporo czasu od dnia, kiedy wygraliśmy ten proces o odszkodowanie za błąd lekarski. Kilkuletnie dziecko przez jedną nieprzemyślaną decyzję lekarza i pochopne działanie pielęgniarki został sparaliżowany od odcinka piersiowego w dół. „Po operacji chłopca przewieziono na oddział intensywnej terapii; miał założony cewnik do znieczulenia zewnątrzoponowego, którym do kręgosłupa podaje się środki uśmierzające ból. W wyniku pomyłki personelu do cewnika podłączono niewłaściwą kroplówkę i do kręgosłupa chłopca wtłoczono ok. 1,5 litra płynu.” (więcej o wyroku można przeczytać tutaj i tutaj.

Od końca tego procesu minęło prawie dziesięć lat. W tym czasie poszkodowany nastolatek był jeszcze kilka razy hospitalizowany w klinice, w której doszło do błędu personelu.  Matka nie odstępowała go na krok.

Choć dziecko musiało być leczone z powodu powikłań, do których doprowadził wcześniej ten sam szpital, nie przeszkodziło to wystawić faktury rodzicom dziecka za pobyt opiekuna. A potem prawnicy szpitala wysyłali jeszcze wezwania do zapłaty zaległości…

Teoretycznie legalne, a że moralnie oburzające?

Regułą jest, że rodzice pozostają przy łóżku dziecka całą dobę.  Ich obecność to dodatkowa para oczu i poczucie bezpieczeństwa dla malucha. Pacjent, także maleńki, ma prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej. Za „luksus” czuwania przy dziecku  trzeba płacić, bo tak wynika z przepisów. Nie mówi się jednak o tym, że opiekunowie jednocześnie wyręczają personel w wielu czynnościach i obowiązkach pielęgnacyjnych, a czasem w czynnościach leczniczych.

Moralnie oczywiste. Przecież matka nie będzie siedziała z założonymi rękami, gdy widzi, że położna – choćby nie wiem jak bardzo gotowa do pomocy – ma pod opieką dziesięcioro niemowląt i nie jest w stanie wszystkim na czas zmienić pampersa czy umyć buzi.

Z jednym zastrzeżeniem: nie jest legalne podawanie przez rodziców – opiekunów leków dzieciom przebywającym na oddziałach szpitalnych. To są już czynności lecznicze i za prawidłowość ich wykonania odpowiedzialność bierze personel medyczny i szpital.

Praktyka bywa jednak zupełnie inna. Pielęgniarki chętnie wyręczają się opiekunami, także jeśli chodzi o podawanie leków doustnych. Rodzice też tak wolą: przynajmniej mają pewność co i kiedy jest podane dziecku, a przecież pomyłki zapracowanych pielęgniarek typu: „ach, to miało być dla Jasia z sąsiedniej sali, a nie dla Stasia”, nie są rzadkością.

Kiedy jednak dochodzi do błędu medycznego, a sprawa jest analizowana na sali sądowej, zdarzają się próby przerzucenia odpowiedzialności na opiekuna: że leki podał zbyt późno, że nie dość uważnie matka obserwowała dziecko. Że być może do urazu dziecka doszło nie wtedy, gdy matki przy nim przez godzinę nie było, bo poszła do domu wziąć prysznic, a pielęgniarka kąpała malucha, ale właśnie wtedy, kiedy było pod „wyłączną opieką” matki na sali szpitalnej…

Nie dajmy się w to wmanewrować: braki kadrowe nie mogą prowadzić do patologicznej sytuacji, że to w  efekcie rodzice czują się odpowiedzialni za „patrzenie na ręce” personelowi i za prawidłowe wykonanie przez rodziców czynności, które powinna wykonać pielęgniarka… Mamy prawo do sprawowania dodatkowej opieki, ale już nie obowiązek wyręczania personelu. Choćby najbardziej zapracowanego.

Rzecznik Praw Obywatelskich wstawił się właśnie za rodzicami, którzy mają problemy z realizacją ich prawa do pobytu z dzieckiem w szpitalu i skierował do Ministra Zdrowia wystąpienie w tej sprawie. Pełny tekst wystąpienia znajduje się tutaj. Rzecznik zwrócił między innymi uwagę,  że dziś zbyt wiele zależy od dobrej woli władz szpitala.

Według mnie problemem są jednak nie tylko warunki, w jakich przebywają opiekunowie, ale przede wszystkim zakres, w jakim rodzice wypełniają luki kadrowe i gdzie leży granica pomiędzy odpowiedzialnością personelu medycznego za błąd medyczny, a odpowiedzialnością rodziców.

Obecność rodzica przy chorym dziecku powinna zostać jasno uregulowana z wyraźnym komunikatem dla lekarzy i pielęgniarek: rodzice nie mogą zastępować personelu w świadczeniach zdrowotnych.

Pomoc rodzica nie zwalnia szpitala z odpowiedzialności za przebieg leczenia dziecka w tej placówce!

 ***

Dodatkowe informacje:

Europejska Karta Praw Dziecka w Szpitalu jest formalnie tylko listą „pobożnych życzeń”została stworzona i przyjęta przez 12 organizacji pozarządowych podczas I Konferencji Europejskiego Stowarzyszenia na Rzecz Dzieci w Szpitalu (European Association for Children in Hospital – EACH) w 1988 r. w Leiden w Holandii. Nie jest obowiązującym prawem, ale i tak warto znać jej postanowienia, bo Ministerstwo Zdrowia rekomenduje jej wdrażanie, a część szpitali dobrowolnie zadeklarowało jej przestrzeganie, więc w sytuacji podbramkowej możemy próbować się powoływać na jej postanowienia.

  1. Dzieci powinny być przyjmowane do szpitala tylko wtedy, kiedy leczenie nie może być prowadzone w domu, pod opieką Poradni lub na oddziale dziennym.
  2. Powinny mieć prawo do tego, aby cały czas przebywali razem z nimi w szpitalu Rodzice lub Opiekunowie. Nie powinno być żadnych ograniczeń dla osób odwiedzających – bez względu na wiek Dziecka.
  3. Rodzicom należy stwarzać warunki pobytu w szpitalu razem z Dzieckiem, należy ich zachęcać i pomagać im w pozostawaniu przy Dziecku. Pobyt Rodziców nie powinien narażać ich na dodatkowe koszty lub utratę zarobków. Aby mogli oni uczestniczyć w opiece nad Dzieckiem, powinni być na bieżąco informowani o sposobie postępowania i zachęcani do aktywnej współpracy.
  4. Dzieci i Rodzice powinni mieć prawo do uzyskiwania informacji, a w przypadku Dzieci, w sposób odpowiedni do ich wieku i możliwości pojmowania. Należy starać się o łagodzenie i unikanie zbędnych stresów fizycznych i emocjonalnych u Dziecka w związku z jego pobytem w szpitalu.
  5. Dzieci i ich Rodzice mają prawo współuczestniczyć we wszystkich decyzjach dotyczących leczenia. Każde Dziecko powinno być chronione przed zbędnymi zabiegami diagnostycznymi i leczniczymi.
  6. Dzieci powinny przebywać razem z innymi Dziećmi w podobnym wieku. Nie należy umieszczać Dzieci razem z dorosłymi.
  7. Dzieci powinny mieć możliwość zabawy, odpoczynku i nauki odpowiedniej do ich wieku i samopoczucia. Ich otoczenie powinno być tak zaprojektowane, urządzone i wyposażone, aby zaspokajało dziecięce potrzeby.
  8. Przygotowanie i umiejętności personelu muszą zapewniać zaspokajanie potrzeb fizycznych i psychicznych Dzieci.
  9. Zespół opiekujący się Dzieckiem w szpitalu powinien zapewnić mu ciągłość leczenia.
  10. Dzieci powinny być traktowane z taktem i wyrozumiałością. Ich prawo do intymności powinno być zawsze szanowane.

Biegła, lat 88

Jolanta Budzowska11 stycznia 2017Komentarze (0)

Złapałam się na tym, że chyba zbyt często narzekam: że trudno wygrać sprawę o błąd lekarski, że biegli są stronniczy, że nie ma jak udowodnić, że leczenie na NFZ jest w praktyce niedostępne, jak ktoś nie ma czasu czekać miesiącami, albo i latami. I tak dalej.

A dziś  – przygotowując się do jutrzejszego wykładu na temat procesów o błąd medyczny – pomyślałam, że nie jest przecież tak źle!

Spośród  z zakończonych w ostatnim czasie spraw o błąd podczas porodu, wybrałam cztery wyroki. Będę je omawiać podczas seminarium, które mam prowadzić. Wszystkie mądre, dobrze uzasadnione przez Sądy!

Z każdego uzasadnienia zacytuję tu jedno, wybrane zdanie.

Pierwszy wyrok:

„Sąd oddalił wniosek strony pozwanej o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego neonatologa jako nie mający znaczenia dla rozstrzygnięcia i prowadzący do przedłużenia postępowania, bowiem spowodowany był on w istocie niezadowoleniem z wyników opinii biegłego ginekologa – położnika. Samo niezadowolenie z wniosków opinii nie stanowi podstawy do przeprowadzenia dowodów z opinii kolejnych biegłych, a strona pozwana nie przedstawiła do opinii takich zarzutów, które podważyłyby tok rozumowania biegłego YX”.

I w ten oto sposób sąd był w stanie zakończyć postępowanie w rekordowym czasie trzech lat – to bardzo dobry czas, jak na sprawę o odszkodowanie za błąd medyczny… O tym, jakie znaczenie dla procesów medycznych ma upływ czasu, pisałam między innymi tutaj.

Drugi wyrok:

„Zdaniem Sądu jest okolicznością nie budzącą wątpliwości, że tym samym działaniem, którym wyrządzono krzywdę małoletniej powódce, została wyrządzona szkoda także powodom – rodzicom. Sąd nie znalazł podstaw, aby różnicować zakres krzywdy matki i ojca dziecka”.

Sąd zasądził zadośćuczynienie zarówno dla poszkodowanego na skutek przebiegu porodu dziecka, jak również na rzecz obojga rodziców. Jako podstawę wskazaliśmy naruszenie ich prawa do spokojnego, niezkłóconego rodzicielstwa i naruszenie dobra osobistego w postaci  szczególnej więzi rodziców z dzieckiem w prawidłowo funkcjonującej rodzinie.   To ważny wyrok – potwierdza, że w przypadku poważnej niepełnosprawności członka rodziny – prawo do zadośćuczynienia mają też najbliżsi! Pisałam o tym też tutaj (to inny wyrok).

Trzeci:

„Powódka nie miała obowiązku zgłaszania roszczenia w pełnej wysokości, w szczególności, gdy zostało ono zgłoszone dość wcześnie po narodzinach powódki przez jej rodziców, a skoro zadośćuczynienie powinno być oceniane obiektywnie w aspekcie rozmiaru doznanej przez nią krzywdy, zatem nie można wykluczyć prawa do weryfikacji oceny wysokości żądania już po jego wniesieniu”.

Co to oznacza w praktyce?  Że jest możliwe zwiększenie kwoty zadośćuczynienia, jakiej się żąda, nawet w trakcie procesu. Trzeba jednak pamiętać o przedawnieniu!

Czwarty:

„Naturalne jest, że bezpodstawne opóźnianie operacji cesarskiego cięcia w sytuacji obserwowania zaniku tętna płodu oraz innych niekorzystnych czynników dla porodu siłami natury, zwykle grozi głębokim niedotlenieniem i dalszymi ciężkimi skutkami w postaci np. porażenia mózgowego. W tej sytuacji pozwani musieliby wykazać, że w ten sposób ustalony normalny związek przyczynowy został zerwany przez decydujące zadziałanie innego czynnika, prowadzącego do szkody”.

Wydawałoby się  – oczywiste i logiczne. Niestety nie zawsze. Dlatego chwała Sądowi w tej sprawie, że takie właśnie założenie stało się punktem wyjścia dla jego dalszych rozważa. Sąd w efekcie uznał, że szpital nie wykazał, że to hipotetyczne inne czynniki, takie jak ciąża bliźniacza, poród przedwczesny czy zakażenie, a nie zaniedbania pracowników szpitala, spowodowały głębokie niedotlenienie podczas porodu.

O klasycznych próbach obciążania matki winą za stan zdrowia noworodka też już pisałam, w poście „To wina matki”.

I na koniec wisienka na torcie optymizmu procesowego:-) Zwykle narzekam też, że biegli są oderwani od realiów, a na listach biegłych sądowych zostali jedynie pasjonaci (będący często „rzecznikami” kolegów -lekarzy) albo emeryci.

Dziś przesłuchiwałam biegłą, która miała złożyć ustne wyjaśnienia do wydanej wcześniej opinii prywatnej. Biegła, Pani Profesor, lat …88.

Na sali sądowej: 100 % rzeczowości, 100% kultury, 100% błyskotliwości wypowiedzi.

Niejeden „pistolet”, młodzik w wieku 50 lat, mógłby za tą biegłą teczkę nosić;-)

Więc przyznaję: wiek (metrykalny) nie ma znaczenia!

 

 

 

Rękoczyn Kristellera na sali sądowej

Jolanta Budzowska04 stycznia 20173 komentarze

Ostatnio sporo można było przeczytać o zabiegu Kristellera. Wszystkie doniesienia medialne mają mniej więcej taki wydźwięk, jak tytuł w GW: „Wyciskane dzieci. Lekarze stosują na porodówkach groźny chwyt Kristellera”.

O co chodzi z tym zabiegiem Kristellera?

Upraszczając, jest to metoda nacisku na macicę podczas porodu znana od starożytności i traktowana jako pomoc w urodzeniu dziecka.

Dokładnie opisali to profesorowie z Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, którzy całkiem niedawno opublikowali „Stanowisko Zespołu Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w sprawie rękoczynu Kristellera”.

Według tej definicji, Rękoczyn Kristellera (zabieg Kristellera, manewr Kristellera, Kristeller maneuver) to zabieg położniczy, stosowany przez osobę asystującą przy porodzie, polegający na zastosowaniu ucisku na dno macicy w czasie rodzenia się główki i barków płodu. Wykonanie zabiegu rozpoczyna się w ułożeniu rodzącej na wznak, wykonujący zabieg ustawia się z boku. Macicę ustawia się dłońmi w osi kanału rodnego, a następnie układa dłonie na dnie macicy tak, aby brzeg małych palców skierowany był ku miednicy, a cała dłoń obejmowała dno lub górną część boków macicy, z ułożeniem kciuków na przedniej powierzchni macicy.

Zabieg powinien być zsynchronizowany z czynnością skurczową macicy i może trwać od kilku do kilkunastu sekund, z możliwością jego powtórzenia po kilku minutach. W przypadku braku pozytywnego efektu w postaci obniżenia się główki płodu, należy ponownie przeanalizować sytuację położniczą i rozważyć inne postępowanie.

Tyle teorii.

W praktyce zabieg wygląda tak (cytaty z FB):

– „Otępiała lekami i mega zmęczeniem po dziś dzień widzę obraz lekarza z szykującym się do „wyciskania” ugiętym w stawie łokciowym przedramieniu. Pierwsze podejście spowodowało, że oczy o mało mi nie wyszły na wierzch, kiedy widziałam lekarza szykującego się do drugiego podejścia, czułam się jak czekający na nokautujący cios zawodnik wrestlingu. Na koniec zwymiotowałam. Córcia na szczęście urodziła się zdrowa, ale ja jeszcze długo zmagałam się z wylewami do gałek ocznych.”

– „Moją pierwszą córkę rownież lekarz tak wycisnął. To był koszmar. Dwie doby nie mogłam urodzić, a że byłam bardzo młoda – 18 lat – to stwierdzili, że mi pomogą. Tymi wielkimi łapskami tak naciskał brzuch, że zemdlałam. A durna piguła trzymała mnie właśnie za ręce. Krzyczeli na mnie, bo skoro pierworódka przyszła to można się na nią wydzierać. Mała była później bardzo chora. Długo później nie miałam dzieci, tak bardzo się bałam.”

Problem więc w tym, że:

–        prawidłowo wykonany zabieg Kristellera nie jest zakazany, ale nie jest też zalecany. Może być wykonywany w wyjątkowych sytuacjach i przy braku przeciwskazań. PTG twierdzi, że na przykład wówczas, gdy jest potrzeba skrócenia drugiego okresu porodu przy główce znajdującej się w wychodzie miednicy (zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna płodu, zmęczenie rodzącej), a wykonanie cięcia cesarskiego jest technicznie trudne i związane z wysokim ryzykiem wystąpienia powikłań u matki (pęknięcia macicy, uszkodzenia układu moczowego) lub u dziecka (wylewów wewnątrzczaszkowych, złamań kości czaszki);

–        niestety jednak zabieg Kristellera zwykle jest wykonywany, „kiedy błędy diagnostyczne polegające na niezidentyfikowaniu przyczyny przedłużania się lub wręcz zahamowania II okresu porodu, powodują chęć doprowadzenia do szybkiego ukończenia porodu, poprzez wypchnięcie płodu przez kanał rodny” (cytat z opinii biegłego w jednej z moich spraw). Czyli na ogół jest to jednak akt desperacji lekarza lub położnej;

–        w praktyce lekarze stosują różne metody nacisku, niemające nic wspólnego z zabiegiem opisanym przez Kristellera. Każdy zabieg można wykonać dobrze lub źle. Jeżeli się go wykona źle, nieumiejętnie, bez należytego wyczucia, można doprowadzić do tragedii. Zabieg Kristellera teoretycznie jest delikatnym masażem dna macicy połączonym z pulsacyjnym uciskiem, wykonywanym przez jedną lub kilka osób. W praktyce, czasem wygląda to tak, że lekarz czy położna z wielką siłą naciskają na brzuch rodzącej, by pomóc jej wypchnąć dziecko. Czyli coś, co jest brutalnym naciskaniem na brzuch rodzącej, nie jest zabiegiem Kristellera, a jego wypaczeniem!

– nawet z prawidłowo wykonanym manewrem Kristellera wiąże się ryzyko powikłań dla matki: uszkodzenie szyjki macicy, krocza i zwieracza odbytu, konieczność nacięcia krocza, wynicowanie macicy, bóle brzucha, pęknięcie żeber, wątroby, pęknięcie macicy, przedwczesne oddzielenie łożyska, krwotok, w tym do jamy brzusznej, a w jego konsekwencji nawet śmierć.

Negatywne konsekwencje dla dziecka po wykonaniu zabiegu Kristellera to: złamania kości, uszkodzenie splotu ramiennego, zwiększone ryzyko wystąpienia dystocji barkowej, zwłaszcza w przypadkach makrosomii płodu, niższa punktacja w skali Apgar i zgon. Częstsze występowanie bradykardii u płodu i niedotlenienie wiązane jest także z występowaniem zwiększonego ciśnienia wewnątrzmacicznego, związanego z mechanicznym uciskiem, co w konsekwencji może prowadzić do występowania zaburzeń neurologicznych w dalszym rozwoju dziecka (podaję za Stanowiskiem Ekspertów PTG).

I najważniejsze:

udowodnienie w procesie o błąd medyczny, że wykonano zabieg Kristellera, jest niezwykle trudne. Wiadomo, że nikt nie wpisze tego do dokumentacji medycznej. Na sali sądowej pozostaje więc tylko słowo przeciwko słowu. A pesonel często argumentuje, że rodzącej się wydawało, że był to silny nacisk, że wykonywano nie manewr Kristellera, a dozwolony manewr Muellera-Hillisa i tym podobne;

– jak pokazały badania Fundacji Lepszy Poród, chwytu Kristellera nie jest manewrem stosowanym sporadycznie. Wśród przebadanych 1060 kobiet, które rodziły w Polsce między 2004 a 2014 rokiem przeszło 31% była pewna, że zastosowano u nich ten manewr. Fundacja argumentuje, że niedopuszczalna jest sytuacja, w której kobiety narażone są na stosowanie procedury od lat uznawanej za niebezpieczną. Fundacja apeluje, aby każda kobieta, która podejrzewa, że zastosowano w jej przypadku manewr Kristellera złożyła odpowiednią skargę do ordynatora oddziału oraz Rzecznika Praw Pacjenta. Pokazując skalę problemu mamy większe szanse na to, by nasz głos został zauważony.

Też tak myślę.