12 h w 6 lat?

Jolanta Budzowska        27 lipca 2018        Komentarze (1)

W sprawie dotyczącej śmierć dziecka w łonie matki, wydano już 3 opinie. A właściwie, łącznie z postępowaniem karnym, 9 opinii. Wypowiadały się dwa ośrodki akademickie i jeden doświadczony indywidualny biegły.

Dziecko zmarło, bo doszło do odklejenia się łożyska. Personel medyczny nie rozpoznał stanu zagrożenia, panika wybuchła dopiero wtedy, gdy położna nie wysłuchała tętna dziecka.

Co w tej sprawie jest nietypowe?

To, co powiedziała mi dziś po rozprawie matka dziecka, moja Klientka:

„Pani Mecenas. Ale to jest właściwie prosta sprawa, dlaczego to tak długo trwa?”

Dobre pytanie. Trafna uwaga Klientki. Ma rację. Oceniając na chłodno sytuację, można powiedzieć tak: jak na sprawy o błąd okołoporodowy, to w tej sprawie mamy rzeczywiście do czynienia z nieskomplikowanym i łatwym do oceny przebiegiem leczenia i porodu. Zakończonym tragicznie.

Ciężarna zgłosiła się do szpitala z pilnym skierowaniem od lekarza prowadzącego ciążę z rozpoznaniem: stan przedrzucawkowy. Wystąpiło nagłe, znaczne nadciśnienie ciążowe. Ciężarna miała obrzęki. Wyniki badań zleconych po przyjęciu były alarmujące: stwierdzono białkomocz. Mimo to, wyniki rutynowych badań KTG i USG wydawały się być ok, nie wskazywały bezpośredniego zagrożenia płodu.

Mijały godziny. Nie wdrożono żadnej diagnostyki, ani leczenia. Nie wykonano kontrolnego KTG ani USG Doppler. Po południu do objawów prezentowanych przez ciężarną dołączyły skąpomocz, utrzymujący się i narastający ból brzucha oraz nudności i wymioty. Po kolejnym, tym razem już gwałtownym, ataku bólu w godzinach wieczornych, matkę dziecka zbadała jedynie położna, nie stwierdzając rozwarcia.

Godzinę później nie wysłuchano tętna dziecka. Drogą cięcia cesarskie – wykonanego już wówczas w trybie pilnym – urodziła się martwa dziewczynka. Stwierdzono, że przyczyną śmierci dziecka w łonie matki było odklejenie się łożyska.

Sprawę możnaby właściwie ocenić w kilku zdaniach: u ciężarnej należało w szpitalu rozpoznać stan przedrzucawkowy. Ponieważ ciąża była donoszona (39 tydzień), nie było racjonalnego powodu, żeby czekać na rozpoczęcie akcji porodowej. Zresztą, poród drogami natury był przeciwskazany w tej sytuacji klinicznej.

Przyjęcie postawy wyczekującej i zwlekanie z decyzją o cięciu cesarskim nie dawało żadnych korzyści matce ani dziecku. Wręcz przeciwnie: zwiększało się ryzyko powikłań. Przede wszystkim narastało ryzyko przedwczesnego oddzielenia się łożyska.

Nie zareagowano na czas, już po raz drugi, także wtedy, kiedy ten czarny scenariusz się ziścił. Lekarz nie przeprowadził żadnych badań, nie zweryfikował stanu płodu, kiedy ciężarna i położna po raz kolejny zgłosiły mu ból, tym razem o niespodziewanej sile. W tym czasie dziecko już umierało.

Biegły napisał:

„W miarę upływu czasu oddzielona powierzchnia łożyska zwiększa się wraz z narastaniem krwiaka pozałożyskowego, co drastycznie pogarsza warunki życiowe płodu. Czyli im dłużej trwa, tym większa powierzchnia łożyska ulega oddzieleniu, tym gorzej dla płodu. Czas od oddzielenia się łożyska ma kluczowe znaczenie dla szczęśliwego lub dramatycznego zakończenia”.

Trudno o bardziej klarowne wytłumaczenie tego, co się wydarzyło w ciągu 12 h od zgłoszenia się matki do szpitala do momentu martwego urodzenia jej córeczki. A jednak życie (sądowe) pokazuje, że nawet najbardziej rzetelne opinie biegłych można kwestionować niemal w nieskończoność. Cierpienia rodziców nie mają kresu. Oczekiwanie na sprawiedliwość przedłuża się, w głównej mierze na skutek niezwykłej aktywności pozwanego szpitala, który nie ustaje w składaniu wciąż nowych zastrzeżeń i niezmiennie – wbrew dowodom – utrzymuje, że leczył wręcz modelowo.

Na szczęście dziś położyliśmy temu kres. Sąd oddalił wniosek pozwanego szpitala o dopuszczenie dowodu z opinii kolejnego biegłego z zakresu ginekologii i położnictwa.  Proces zmierza do końca.

Jest szansa na to, że w 6 lat znajdziemy odpowiedź na pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za to, że 12 h specjalistycznej opieki położniczej w referencyjnym szpitalu okazało się zbyt krótkim czasem na to, by zapobiec śmierci dziecka.

{ 1 komentarz… przeczytaj go poniżej albo dodaj swój }

Beata Lipiec 27, 2018 o 14:02

Standard postępowania. Granie na zwłokę. Wiedzą, że zapłacą za ten błąd i będą odwlekać wyrok maxymalnie. Kilka lat na I instancję, z rok na apelację i potem SN – tutaj to ciężko przewidzieć, ile będzie się czekać na wyroki SN, kto wie, może następny dyrektor będzie płacił… przykre, smutne i bardzo krzywdzące dla poszkodowanych. Ponieśli najwyższą w życiu stratę -stratę dziecka i teraz muszą latami trwać w traumie procesowej. Niestety sama przez to przechodziłam. I tak na koniec – na przedostatniej rozprawie prawnik szpitala zapytał się, czy się dogadamy co do kwoty i zakończymy proces ugodą. A gdyby tak powyższe pytanie padło na początku procesu…. po kilku latach byliśmy zszarpani psychicznie procesem, zeznaniami i ciągłym odwoływaniem pomimo pozytywnych opinii biegłych uznających winę szpitala. Takie są nasze realia. Rodzice poszkodowanych dzieci, ofiary błędów -walczcie, nigdy się nie poddawajcie. Ja wygrałam. Smutna to wygrana, ale daje satysfakcję, że jednak mieliśmy rację.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: