Pacjentka “widmo” – wstrząsająca relacja matki, która przez błąd lekarski straciła dziecko

Jolanta Budzowska        20 czerwca 2018        9 komentarzy

Autorka tekstu, zamieszonego poniżej, jest moją klientką. Istnieje naprawdę, przeżyła chyba największą tragedię, jaka może spotkać matkę: śmierć dziecka tuż przed porodem. Dla personelu medycznego była “pacjentką widmo”. Dowiedziałyśmy się o tym podczas jednej z rozpraw, gdy w zdumieniu obie wysłuchałyśmy zeznań położnej. Czy gdyby miała inny status, gdyby przylepiono jej inną “łatkę”, jej dziecko dziś żyłoby?

Proces cywilny jest w toku, więc uznałam, że lepiej, żeby “pacjentka widmo” póki co została anonimowa, przynajmniej do końca wszystkich postępowania.

Na kanwie lektury jej wstrząsającej opowieści pomyślałam, że powinniśmy się częściej dzielić swoimi doświadczeniami. Może w ten sposób łatwiej będzie walczyć o prawa poszkodowanych pacjentów? Może uchroni to innych przed błędami lekarskimi i błędami położnych podczas prowadzenia porodu?

Zachęcam Państwa do opisywania swoich historii, chętnie udostępnię łamy swoich blogów dla celu publikacji Państwa relacji. Nie milczmy!

*              *              *

PACJENTKA WIDMO

Nigdy nie przypuszczałam, że w swoim życiu będę miała do czynienia z prokuraturą i sądami wszelkiej maści, a tym bardziej, że będę na sali sądowej spotykać się z lekarzami. Jednak życie pisze różne scenariusze. Szczęśliwa młoda kobieta, która przez dziewięć miesięcy nosi pod sercem swoje pierwsze, jakże upragnione dzieciątko, nawet nie przypuszcza, że cokolwiek może pójść nie tak. Niestety, okazuje się, że w wyniku błędnych procedur, błędnej diagnozy, bagatelizowaniu zagrożenia przez personel medyczny, czasem zwykłego „tumiwisizmu”, zupełnie zdrowe dziecko przychodzi na świat martwe. W obliczu tak olbrzymiej tragedii, która sieje  psychiczne spustoszenie, kiedy nie widzi się sensu dalszej egzystencji, gdy w życiu na dobre rozgaszcza się depresja, trzeba wykrzesać resztki sił, by dowiedzieć się dlaczego ukochane dziecko leży dwa metry pod ziemią, zamiast poznawać świat.

Następuje kolejne bolesne zderzenie z rzeczywistością. Pomimo zgłoszenia sprawy w różnych instytucjach do tego powołanych, to osoba pokrzywdzona musi trzymać pieczę nad wszystkim. Pomimo zaangażowania policji, prokuratury, okazuje się, że najważniejszych wyników badań w zabezpieczonej dokumentacji medycznej brak i dopiero dzięki osobistej interwencji dokumenty zostają zabezpieczone, że wykonana sekcja zwłok nie wskazuje nawet w przybliżeniu na czas zgonu i trzeba wykonać kolejną.

Mówiąc wprost, gdyby nie osobiste zaangażowanie w sprawę, najprawdopodobniej główne dowody zaginęłyby w tajemniczych okolicznościach (dziwnym trafem, w wielu sprawach dotyczących błędów okołoporodowych, giną zapisy KTG). Nie ma co ukrywać, wtedy wszelkie postępowania zostałyby umorzone, gdyż nikt nie byłby w stanie komukolwiek udowodnić winy. Dlatego tak ważne jest, by w przypadku podejrzenia popełnienia błędu medycznego, przypomnieć sobie dokładnie, jakie badania wówczas mieliśmy wykonywane i osobiście wszystkiego dopilnować. Gdy już pierwsze czynności zostaną wykonane, nasze skargi okażą się zasadne, dokumentacja zostaje przekazana biegłym – lekarzom, którzy wydają opinię w przedmiotowej sprawie.

Biegli – temat rzeka. Pierwsza opinia miała być gotowa w ciągu… roku. Tyle w teorii. W praktyce trwało to ponad dwa lata (gdyby nie zaangażowanie mediów, trwałoby to jeszcze dłużej). Biegli opóźnienia w wydaniu opinii tłumaczyli remontem. Nasuwa się zatem pytanie, czy wówczas byli zwolnieni z wykonywania czynności służbowych, czy może razem z robotnikami szpachlowali ściany… Tego się już nie dowiem. Ponad dwa lata czekaliśmy na opinię biegłych, gdzie wnioski to zaledwie 1,5 strony A4. Opinia oczywiście lakoniczna, a jej uzupełnienie trwało kolejny rok, przy czym niezbędne okazało się kolejne uzupełnienie, na które również czekaliśmy wiele miesięcy i wreszcie po niemal czterech latach uzyskaliśmy odpowiedzi na najważniejsze pytania. Dla równowagi, drugi ZMS wydał opinię w niespełna trzy miesiące, szczegółowo poddając analizie wszystkie ważne aspekty. Tutaj, same wnioski w tej samej sprawie to niemal 15 stron A4.

Początkowo twierdziłam, że postępowanie karne i dyscyplinarne w zupełności wystarczą. Nie chciałam walczyć o odszkodowanie za błąd przy porodzie, za śmierć mojej córki. Jednak zdając sobie powoli sprawę, że lekarze w naszym kraju, pomimo udowodnionych błędów pozostają praktycznie bezkarni, zmieniłam zdanie. Niestety, pieniądze to chyba jedyny straszak, który zmusza też władze szpitali i personel medyczny do zmiany procedur. A właśnie o to, my – poszkodowani, walczymy. Jest to nadrzędy nasz cel, by uświadomić tym, którzy zawinili, gdzie popełniono błąd i wyegzekwować zmiany, które w przyszłości zwiększą bezpieczeństwo pacjentów. Wiedziałam jedno – śmierć mojego dziecka nie może pójść na marne.

Jeśli już decydujemy się na proces cywilny, sprawą kluczową staje się wybór pełnomocnika. Powinniśmy darzyć go ogromnym zaufaniem. Bardzo ważna jest fachowość prawnika. Dlatego warto wybrać kancelarię, która specjalizuje się właśnie w sprawach dotyczących błędów medycznych. Na pewno lepszym fachowcem będzie osoba z wąską specjalizacją. Pamiętam pierwszą rozmowę z Panią Mecenas, rozmawiałyśmy również o zapisie KTG i zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy rozmawiam z prawnikiem, czy może z lekarzem. Wtedy wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę. Niesamowite jest to, że pomimo natłoku obowiązków, wielu klientów, odpowiedzi na zadane pytania otrzymuję zawsze w ekspresowym tempie. O ile człowiek czuje się bezpieczniej i pewniej w tej trudnej walce, gdy ma tak ogromne, fachowe wsparcie. Tym bardziej, gdy pełnomocnik nazywany jest „postrachem polskich szpitali”. 😉

Całkiem niedawno odbyła się pierwsza rozprawa w postępowaniu cywilnym. Przesłuchiwani byli świadkowie zdarzenia, m. in. lekarz, który popełnił błąd przy ocenie zapisu KTG oraz położna, która zapewniała mnie, że słabnące ruchy tuż przed porodem to normalna rzecz i nie ma powodu do zmartwień.

Wtedy dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawej rzeczy, o której do tej pory nie miałam pojęcia. Okazało się, że byłam „pacjentką widmo”. Bardzo ciekawe określenie – nieprawdaż? Położna dość dokładnie wytłumaczyła, które pacjentki określano w ten sposób. Pozwolę sobie przytoczyć fragment wypowiedzi świadka:

„Nie odnotowywałam nigdzie tej swojej rozmowy z powódką, danych z wywiadu, bo to było na takiej zasadzie jakby nieoficjalnej, że te pacjentki przychodziły z karteczką od lekarza z gabinetów prywatnych i się tego nigdzie nie odnotowywało, co też zgłaszałyśmy naszej oddziałowej, bo kolidowało to z naszymi innymi obowiązkami. Nie miałyśmy obowiązku odnotowywać takich wizyt pacjentek w dokumentacji szpitalnej, nazywałyśmy je pacjentkami widmo, bo nie wiedziałyśmy na jakiej zasadzie przychodzą, czy pani prezes dogadała się z lekarzami, itp…”.

No cóż, myślę, że personel medyczny i władze szpitala jednak na długo zapamiętają “pacjentkę widmo”. Tak naprawdę można było uniknąć tych wszystkich procesów. Wystarczyłoby zwykłe spotkanie władz szpitala z personelem i nami – poszkodowanymi. Niestety, nie ma co liczyć na słowo: „przepraszam”. Lepiej jest iść w zaparte i tuszować błędy lekarzy, pomimo ewidentnych zaniedbań.

Jaką radę mogę dać innym poszkodowanym w wyniku błędów medycznych?

Przede wszystkim nie należy się poddawać i uzbroić w cierpliwość. Trzeba przygotować się na to, że proces będzie trwał kilka lat (bywa, że i kilkanaście). Sama miałam chęć w pewnych momentach zrezygnować z walki o sprawiedliwość. Myślę, że najgorsza jest bierność. Jeśli wiemy, że doszło do błędu medycznego, jego zgłoszenie powinniśmy potraktować jak nasz obywatelski obowiązek, choć wiem, że to nie jest łatwa decyzja. Pamiętajmy, że dzięki naszym staraniom mogą zmienić się procedury w szpitalu, może zostać zakupiony nowy, lepszy sprzęt, może zmienić się nastawienie personelu medycznego. To wszystko może pomóc w uniknięciu kolejnych tragedii.

Kto wie, może gdyby ktoś, kto przed nami przeżył podobną tragedię w wyniku zaniedbań szpitala, zgłosił sprawę do odpowiednich instytucji, dziś prowadzałabym swoją córkę do przedszkola zamiast zapalać znicze i przynosić kwiaty na grób?

{ 9 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Jarosław Kozak Czerwiec 20, 2018 o 19:18

Też miałem wizyty na oddziale szpitalnym, które nie były dokumentowane. Na oddziale też zdjęto mi ambulatoryjnie szwy po operacji nerek. Dokumentacji brak. No cóż… Wedle protokołu operacji wprawdzie mnie rozcięli, ale nigdy nie zaszyli. Więc dlaczego mieliby dokumentować zdjęcie szwów? Wszystko prokuratura tuszowała razem z sądem. Wszystko. Da się? Za łapówki wszystko się da. A ja chodzę z nerką wystającą z brzucha wedle ustaleń prokuratorsko-sądowych. Da się? Za łapówki i to się da przyklepać.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 2, 2018 o 14:09

To bardzo częsta sytuacja. Najpierw lekarze sami, wydawałoby się empatycznie, zapraszają pacjenta na wizyty kontrolne „na odział”, a jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że pacjent nie zastosował się do zaleceń z karty informacyjnej i nie odbywał wizyt kontrolnych w przychodni. Wiec powikłania to jego wina, a co najmniej przyczynienie się pacjenta. Bo te na oddziale oczywiście nie istnieją. Wizyty pacjentów widmo.

Odpowiedz

Anna lekarzyna Czerwiec 20, 2018 o 21:09

Pacjentka Widmo???? Dobrze, że nie mam cekaemu…
i jeszcze raz: to nie system jest winny, to ludzie, którym brakuje wyobraźni i empatii!

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 2, 2018 o 14:07

Tak, sama tego nie wymyśliłam. Pacjentka drugiej kategorii. Traktowana jak zło konieczne przez położne z sobie nieznanych przyczyn. Szkoda, że Pan Orynator, który wprowadził system kontroli KTG na oddziale, żeby zwiększyć bezpieczeństwo pacjentek, zapomniał powiedzieć o tym położnym.

Odpowiedz

MD Czerwiec 20, 2018 o 23:40

Wiele elementów jest zbieżnych z moją historią. Dziecko rodzi się martwe, bo zabrakło wiedzy, empatii za to pojawiła się buta, rutyna i diagnoza ,,na oko” poparta doświadczeniem lekarza w trakcie specjalizacji. Brzmi absurdalnie…wiem. Też byłam pacjentką specjalnej kategorii (dowiedziałam się o tym w trakcie śledztwa i procesu) – ,,pacjentka od nikogo”, tzn. nie byłam pacjentką z prywatnego gabinetu. Takim pacjentkom w szpitalu, do którego trafiłam poświęca się mniej uwagi, robi mniej badań, lekarze specjaliści nie tracą na nie czasu…Teraz to wiem, wtedy gdy rodziłam nie miałam pojęcia o takich ,,standardach”. Ja też tracę zdrowie w sądach po to by takich sytuacji inne matki nie doświadczały. Stres i emocje towarzyszące rozprawom, czytaniu byle jakich opinii biegłych oraz słuchaniu ich kłamliwych wywodów broniących nie nauki, wiedzy czy prawdy ale ich ego oraz po prostu kolegów lekarzy z naciskiem na słowo KOLEGÓW, nie jest warte żadnych pieniędzy. I w tej trudnej procesowej walce o sprawiedliwość najważniejsze jest właśnie wsparcie takich osób jak Pani Mecenas Budzowska i jej współpracownicy. Dzięki nim jest nadzieja na dobry finał, wsparcie w chwilach zwątpienia i wiara w sens podejmowanego wysiłku. Pani Mecenas – DZIĘKUJĘ.

Odpowiedz

MB Czerwiec 22, 2018 o 21:18

Ja znów byłam pacjentką “niewspółpracującą”, żądającą cięcia. Kilkakrotnie na sprawie powtarzała to jedna z położnych. Córka wyszła z tego cało, natychmiast moje życie trzeba było ratować. Tu również lekarzy i położne zgubiła rutyna i buta. Błędów było mnóstwo co udało się udowodnić między innymi dzięki bardzo wnikliwej opinii biegłej anestezjolog i oczywiście fachowości Państwa kancelarii.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 2, 2018 o 13:57

To, jak bardzo zdeterminowani potrafią być lekarze i położne, aby przerzucić winę na rodzącą, nadal mnie zdumiewa. Ostatnio przeczytałam w zeznaniach lekarki złożonych w prokuraturze, że pacjentka jest sama sobie winna, bo w sytuacji, kiedy ją wyśmiano na oddziale, że zgłasza się za wcześnie i jest przewrażliwiona na swoim punkcie, zdecydowała się pred południem wrócić do domu. Po południu tego samego dnia znalazła się ponownie w szpitalu, bo zaczęła się już „prawdziwa” akcja skurczowa. Z dzieckiem było nadal ok. A kiedy zaczęły się kłopoty, personel nie reagował przez kilka godzin. Gdy wreszcie wykonano cięcie, dziecko było w skrajnie ciężkim stanie. I jaka jest linia obrony? Że gdyby za pierwszym razem pacjenta została w szpitalu, to by ją przebadali, że hoho. Tylko dlaczego tego nie zrobiło po południu??

Odpowiedz

Katarzyna Czerwiec 21, 2018 o 21:10

Muszę przyznać Pani rację i mówię to jako lekarz z wieloletnim stażem,a w tej chwili jako poszkodowana przez młodych zarozumiałych ,,kolegów”.Najważniejsze w tym zawodzie to moim zdaniem pokora wobec tego czego się nie wie i umiejętność myślenia ,którego w młodym pokoleniu nie widzę. Też prowadzę sprawę wielotorowo i jak czytam opinie biegłych,niemające nic wspólnego z wiedzą medyczną to żołądek przewraca mi się na drugą stronę ,ale mam nadzieję ,że nawet jak nic nie osiągnę, to może młodzież wyciągnie jakieś wnioski na przyszłość.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 2, 2018 o 14:02

Dobrze, że znalazła Pani w sobie siłę, żeby dochodzić swoich praw. Swoją drogą, Pani historia brzmi trochę jak z powieści: https://pomylkalekarza.pl/w-szoku-moja-droga-od-lekarki-do-pacjentki-cala-prawda-o-sluzbie-zdrowia/

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: