W jednym z grudniowych postów („Czy i gdzie szukać pomocy w sprawie o błąd lekarski. cz.1”) zapowiadałam, że przedstawię na blogu historię pewnego procesu o zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd porodowy. 

W pierwszej części zamieściłam list, jaki skierował do mnie ojciec poszkodowanego przy porodzie chłopca. Dziś rozmowa z mamą Stasia. Jest dłuuga, wiem. Niestety takiej opowieści nie da się zawrzeć w kilku akapitach. Nie podzieliłam także tekstu na części, bo chyba warto przeczytać tę rozmowę od początku do końca, bez przerwy.

I jeszcze słowo wyjaśnienia. Proces trwał sześć lat i zakończył się ugodą z pozwanymi, między innymi szpitalem. Rodzice Stasia, moi klienci, zdecydowali się podzielić się z czytelnikami bloga swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi przebiegu procesu sądowego. Imię chłopca zostało jednak przeze mnie zmienione, podobnie jak pewne nieistotne szczegóły, które mogłyby pozwolić na identyfikację moich klientów.

Warunki ugody są prawdziwe.

Zapraszam do lektury.

***

JB – Jaki jest stan zdrowia Stasia?

Mama Stasia – Staś ma dzisiaj 6 lat. Największy problem mamy z padaczką. To jest najtrudniejsze do pokonania, bo kiedy przez pół roku nie mieliśmy padaczki, to wtedy wydawało się, że idzie do przodu, był zainteresowany dosłownie wszystkim. Ale padaczka wróciła i niestety teraz z powrotem jesteśmy na etapie szukania dobrych leków. Przećwiczyliśmy już ich już chyba około 100 i niestety żaden lek nie daje oczekiwanych rezultatów. Konsultacje z lekarzami też nie wnoszą nic nowego. Więc to jest chyba nasz największy problem. Bo to, że jest wciąż karmiony i oczywiście pampersowany, nie siedzi, nie chodzi, nie mówi –  do tego już przywykliśmy. Ale z tym, że cierpi z powodu padaczki, chyba nigdy się nie będziemy w stanie pogodzić, nie możemy przestać o tym myśleć. Bywały momenty, że napadów było po kilkadziesiąt w ciągu dnia. Teraz już nieco lepiej, jest kilkanaście do kilku w ciągu dnia. Ale to wciąż bardzo dużo.

JB – A czy mają Państwo kontakt ze Stasiem?

Mama Stasia – Oczywiście, że tak. Co prawda, ja podejrzewam, że dla kogoś, kto patrzy z boku, to może to być brak kontaktu, albo bardzo ograniczony kontakt. Ale my się rozumiemy. Uczymy Stasia, jak to jest się komunikować z nami i jak on musi na przykład pokrzykiwać, w jaki sposób ma nas wołać.

Staś wspaniale okazuje radość: ten uśmiech jak nas zobaczy, jak się do nas przytula, jak jesteśmy w ogóle we troje, no to wtedy jest w jego mniemaniu chyba największe szczęście. Bo wtedy się turla od jednego do drugiego, żeby tylko dostać całusa!

Przez długi czas była wątpliwość czy on widzi. To znaczy my tej wątpliwości nie mieliśmy. Lekarz okulista oczywiście mówił, że nie widzi, ale potem była rehabilitacja wzroku i rehabilitanci wzroku potwierdzili, że to jest jakaś pomyłka i że nie ma wątpliwości, że widzi, jest tylko kwestia, że może to być słabo i że trzeba ten wzrok ćwiczyć. Teraz już wiemy, że ewidentnie widzi, ale na jedno oko lepiej niż na drugie.  Stara się tym jednym okiem ogarniać wszystko, więc czasami to wygląda śmiesznie jak zagląda tym jednym oczkiem. Ale tak, kontakt jest i jestem tego pewna.

JB – Skąd się wzięły problemy zdrowotne Stasia?

Mama Stasia – Staś był bardzo oczekiwanym dzieckiem, na które właściwie zdecydowaliśmy się późno, bo około 30 roku życia. Pierwszą ciążę poroniłam, więc tym bardziej na Stasia wszyscy dmuchali i chuchali zanim jeszcze przyszedł na świat. Urodził się, ale ja przez miesiąc nie za bardzo wiedziałam, jak wygląda sytuacja, przez ten miesiąc po urodzeniu w ogóle nie widziałam syna. Wiedziałam to, co mi opowiadał mąż, widziałam pierwsze zdjęcia, że jest piękny, cudowny, i że chociaż jest słabiutki i jest mu trudno właściwie z wszystkim to nie może nie doczekać, kiedy mnie zobaczy. I tak też było, właściwie poznał mnie od razu po pierwszym głosie. I od tego momentu staliśmy się właściwie nierozerwalni. Tak jest cały czas, bo Staś jest dzieckiem głęboko niepełnosprawnym.

O tym, że jest chory, dowiedziałam się jak wyszłam ze szpitala. Mój mąż bardzo długo trzymał to w tajemnicy, tak uzgodnił z lekarzami, żeby mi nie dokładać, bo mój stan zdrowia też był ciężki, a dodatkowo byłam na silnych lekach przeciwdepresyjnych. Musiałam mieć stopniowaną całą tę wiedzę. I cały czas mi mówił, że będzie dobrze, będzie dobrze i że tylko muszę wyjść ze szpitala i wtedy sobie ze wszystkim poradzimy, że wszystko będzie dobrze. Dopiero jak zobaczyłam Stasia tak na żywo, to zobaczyłam, że te problemy są dużo, dużo większe niż wspominał mój mąż.

JB – Co Pani przekazał mąż?

Mama Stasia –  Mąż wiedział od razu, że jest źle. Położne w jakiś sposób stopniowały mu tę wiedzę, a z drugiej strony wszyscy powtarzali, że będzie dobrze, że Staś z tego wyjdzie. Ale mój wiedział doskonale, że tak nie będzie. To się potwierdziło, jak mąż odebrał mnie ze szpitala. Prosto pojechaliśmy już na kolejną rehabilitację syna, ja z torbą jeszcze ze szpitala. I wtedy rzeczywiście te panie rehabilitantki które widziały mnie pierwszy raz, zaczęły opowiadać, że sytuacja jest trudna, że Staś był bardzo niedotleniony, że już, chociaż jest bardzo maleńki, widać te pierwsze braki, z którymi będą się oczywiście starały się walczyć, ale że to będzie bardzo trudna walka. Więc właściwe to one – chyba jako pierwsze – dawały taki mocny sygnał, że to zupełnie nie jest tak, że wszystko będzie dobrze.

JB –  Jak to się stało, że zaczęli się Państwo zastanawiać nad tym, czy w tej sprawie nie doszło do błędu przy porodzie?

Mama Stasia – Już jak byłam w szpitalu, i mój mąż był ze mną cały czas, to mówił, że spokojnie, że nie mam się martwić, że on tej sprawy tak nie zostawi. Wtedy jeszcze nie drążył tematu. Ja wtedy wiedziałam bardzo mało, ale też mój stan zdrowia powodował, że wszyscy mnie chronili przed nadmiarem złych informacji.

Kiedy jednak wychodziłam ze szpitala, półtora miesiące po porodzie, to to był już dzień, kiedy mój mąż odbierał pierwsze dokumenty i mówił, że teraz czas, jak jesteśmy wszyscy razem w domu, za tę sprawę się wziąć.

JB – A skąd takie mocne przekonanie męża, że coś poszło nie tak?

Mama Stasia – My nie jesteśmy ludźmi życiowo zagubionymi.  Jeśli chodzi o sprawy medyczne czy zdrowy styl życia, to zawsze wiedzieliśmy, czego chcemy i wiedzieliśmy, jak do tego podejść.

Do ciąży przygotowywałam się bardzo długo. Nie chciałabym powiedzieć, że byłam przewrażliwiona, bo to nie to słowo, ale mieliśmy przekonanie, że robimy wszystko dobrze. A sam efekt – przebieg porodu i to, w jakim stanie urodził się Staś, był dla nas szokiem.

Więc mieliśmy przeświadczenie, że to nie jest standardowa sytuacja, kiedy wszystko robi się dobrze, kiedy się o siebie dba i bardzo troszczy się o wszystkie szczegóły, a potem wychodzą sytuacje, które niestety nie są zależne od nas, ale od lekarzy. Bo ani ja ani mąż nie przeprowadzilibyśmy tego porodu sami, byliśmy uzależnieni od innych ludzi. I natrafiamy na sytuację, że ktoś, kto powinien, nam nie pomaga, bo – sama nie wiem – zwykła opieszałość, bo komuś się nie chce. Kobieta płacze i krzyczy, mówi, że umiera, a nikt na to nie reaguje.

Więc poczucie krzywdy mieliśmy ogromne i od samego, od pierwszego momentu, mieliśmy przekonanie, że coś tutaj chyba nie zagrało.

Mój mąż powiedział, że zajmie się sprawą i musi znaleźć prawnika. Podzieliliśmy obowiązki, ja zajęłam się Stasiem i jego rehabilitacją.  Niespecjalnie dopytywałam na początku co i jak ze sprawami prawnymi, bo nie miałam ani na to sił, ani tyle zawziętości i wściekłości, ile on miał w sobie.

Znalazł prawników, czyli Państwa kancelarię i jednego dnia mi oświadczył, że on już wie co on chce i on już ma odpowiednich prawników. Wcześniej zgłosiliśmy sprawę do prokuratury, krótko po tym, jak wyszłam ze szpitala. Bo też nie znaliśmy za bardzo procedur, ale wydawało nam się to konieczne.

JB – czy Prokuratura od razu zajęła się sprawą?

Mama Stasia – Tak, krótko po naszym zgłoszeniu zostaliśmy wezwani na przesłuchania. I jeżeli chodzi o ten krótki moment, to rzeczywiście ten pierwszy etap poszedł bardzo sprawnie. Cała reszta niestety już nie, bo jeszcze mieliśmy duże nieszczęście, że pani prokurator, która bardzo przejęła się naszą sprawą i powiedziała, że zrobi wszystko, żeby tę sprawę dokończyć, zachorowała na raka i w krótkim czasie, po kilku miesiącach swojej pracy, nas zostawiła.

Prokurator, który ją zastąpił, nie wykazywał już ani tak wielkiej determinacji, ani chęci do pracy. Ja rozumiem, że są jakieś procedury, ale trwa to i trwa, już szósty rok. Sposób traktowania nas przez pana prokuratora wygląda tak, jakbyśmy to my byli oskarżeni, a nie ktoś inny Choćby zwykła prośba o dokumenty, które wiemy, że mamy prawo otrzymywać za każdym razem, jeżeli wpłynie jakaś opinia, no to ja właściwie te dokumenty musiałam panu prokuratorowi wydzierać z rąk i jeszcze groził mi, że nie wiadomo jakie to będą pieniądze, że trzeba będzie za nie płacić, a nie jak za zwykłe ksero. Więc trochę mamy żal, że niestety sprawa karna cały czas nie wygląda tak optymistycznie.

JB – Na jakim jest etapie?

Mama Stasia –  Niedawno został skierowany do sądu akt oskarżenia. Mamy za sobą pierwszą rozprawę, na której składał wyjaśnienia pan doktor, który jest oskarżonym. W postępowaniu karnym nie mamy pełnomocnika, uważamy, że to prokuratura powinna działać w interesie pokrzywdzonych.

JB – Wracając zatem do postępowania cywilnego – jak mąż trafił na naszą kancelarię?

Mama Stasia –Szukał w internecie, nocami siedział i sprawdzał i w końcu wybrał. Był przekonany święcie, że to jest bardzo dobry wybór. I okazało się, że to prawda. Ja tylko miałam jedno pytanie do niego, czy nie było niczego bliżej. Ale jego zdaniem odległość nie stanowiła żadnego problemu.

I rzeczywiście tak było. Bo każda próba kontaktu z prawnikami od was zawsze kończyła się tym, co chcieliśmy. O wszystkim dowiadywaliśmy na bieżąco.

Tak jak powiedziałam, magią całej tej sytuacji było to, co teraz powtarzam znajomym, którzy mają jakieś problemy, że to nie jest tak, że wybieracie prawnika i wtedy trzeba co tydzień jeździć np. do Warszawy czy do Krakowa, żeby z nimi porozmawiać na jakikolwiek temat.

Tak w ogóle, to mam nadzieje, że ten wywiad komuś posłuży, że komuś pomoże, żeby zobaczył, że to nie jest trudne. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że od złożenia kwitów do samego rozstrzygnięcia, to oczywiście leci czas, ale wysiłek jest znikomy w stosunku do tego, jak ważna to jest sprawa.

Więc jeśli ktoś miałby wątpliwości czy warto i czy podoła, jak dużo czasu i pracy będzie go kosztować sprawa sądowa, to myślę, że zawsze warto spróbować. I to chyba najważniejsza rzecz to ta, żeby ludzie nie rezygnowali, bo myślą sobie, że nie wiedzą, co zrobić i na wszelki wypadek nic nie robią, bo się boją tego, co ich może czekać w sądzie. A tak naprawdę można się pojawić na jednej czy dwóch rozprawach i na tym koniec.

My mieliśmy bardzo trudną sytuację, a sprawa się toczyła właściwie sama, bez naszego większego udziału. Nasi prawnicy zajęli się całą sprawą od początku do końca. Widzieliśmy się raz na początku i praktycznie, gdyby nie to, że chcieliśmy się spotkać w jakimś tam środeczku, to spotkaliśmy się drugi raz na końcu, po 6 latach. Więc, ja nie wiem, czy może być korzystniej: nasze interesy są reprezentowane i nie musimy się niczym martwić.

Sprawa toczyła się w Warszawie, choć my jesteśmy z Wybrzeża. Ale to był dobry wybór, a poza tym nie musieliśmy jeździć na rozprawy. Byliśmy na kilku, ale to bardziej z ciekawości.

Jedyne co trzeba było robić to dosyłać dokumenty. Ale to jest sprawa oczywista, nikt tego za nas nie zrobi. Oczywiście, chciałoby się powiedzieć, dobrze by było, gdyby proces trwał krócej, ale to przecież nie zależy od kancelarii tylko niestety od naszych sądów. Więc naprawdę szczerze, to nie mamy do czego się przyczepić.

JB – A czy poza uczestnictwem w rozprawach interesowali się Państwo przebiegiem procesu?

Mama Stasia – Tak, oczywiście, analizowaliśmy centymetr po centymetrze wszystkie dokumenty, które dostawaliśmy z kancelarii, potem opinie biegłych. Za każdym razem zastanawialiśmy się, czy zrobiliśmy to dobrze, czy mogliśmy coś lepiej, czy czegoś nam gdzieś nie zabrakło. Poza tym na co dzień o rozprawie mało co się mówiło. Jedynie, jak znajomi się u nas pojawiali, to co jakiś czas oczywiście wpadał temat „co z tą sprawą” i na jakim jest etapie.

Mąż na bieżąco kompletował też dokumentację do sprawy, dokumenty z rehabilitacji, zaświadczenia od lekarzy, wszystko, co dotyczyło Stasia. Nawet teraz, po zakończeniu procesu, te zestawienia wydatków, które robiliśmy dla kancelarii, robimy cały czas, z automatu. Na wypadek, gdyby ktoś kiedyś chciał nas zapytać co się ze Stasiem dzieje.  Mamy zachowane wszystkie kalendarze, wiemy co do dnia, gdzie byliśmy i na co wydawaliśmy pieniądze.

JB – Co było dla Państwa najtrudniejsze podczas procesu?

Mama Stasia – Na pewno pierwszy raz, kiedy byliśmy przesłuchiwani i gdy zeznania składali nasi świadkowie. Przejmowałam się tym, jak bardzo przeżywają wszystko to, co mówią.

Potem byłam już zahartowana. Spokojnie słuchałam wszystkich tych opowieści o porodzie i Stasiu. Ja już w pewien sposób przywykłam do tego, że syna jakiego mam, to mam. I teraz skupiamy się na ciężkiej pracy. Więc najtrudniej było na początku. Potem jak już przychodziły opinie, to już siedzieliśmy w domu, w własnym gnieździe i analizowaliśmy. I dopiero wtedy, kiedy już nikt na nas nie patrzył, nie musieliśmy ukrywać emocji. Jasne, że niektóre szczegóły się nie zgadzały, a mąż miał to wszystko w małym palcu, więc się denerwował. Ale jeżeli lekarze na końcu w opiniach pisali zazwyczaj, że został popełniony błąd lekarski, to było to dla nas światełko w tunelu.  Wiedzieliśmy przecież, że od tych opinii tak naprawdę zależy bardzo dużo, więc jeżeli one przychodziły i były tak rzeczowo na plus, to oczywiście się cieszyliśmy.

Potem nastąpił moment zawarcia ugody. Pojechaliśmy na podpisanie tej ugody 300 km do Sądu. Jechaliśmy całą drogę właściwie nic do siebie nie mówiąc, bo mieliśmy jakieś złe przeczucia, że chyba to się dzisiaj nie uda. Żadne z nas nie chciało tego powiedzieć.

W rezultacie rzeczywiście nie doszło do tego za pierwszym razem, bo pełnomocnik szpitala nie był przygotowany. Jak wyszliśmy z tej rozprawy, to byliśmy jakby zamurowani. Mój mąż powiedział: „wiesz boję się, czy to nie jest jakiś znak, że trzeba w tym momencie powiedzieć dość tym negocjacjom, że mamy dalej walczyć w sądzie, bo może tak będzie lepiej dla Stasia”. Więc z jednej strony zawiedliśmy się, ale i wkurzyliśmy przy okazji.

Na kolejne podejście do ugody pojechał już sam mąż. Szczerze mówiąc, jak już wrócił i powiedział, że już mamy to z głowy, to – kurczę – nie mogliśmy uwierzyć.

JB – A najbardziej emocjonalne momenty w sądzie? Były takie?

Mama Stasia – Mam pretensje do siebie, że nie zawsze byłam w stanie w sądzie zachować się profesjonalnie. Jak słyszałam, co mówią niektóre położne, to chyba nie umiałam ukryć wściekłości. Starałam się, żeby nie manifestować uczuć, ale chyba jednak z uszu szła mi para, jak widziałam, że ktoś wprost mówił zupełnie inaczej niż było.

Dokładnie pamiętam, jak było, a potem słucham, jak lekarz z przekonaniem opowiada, że to on mnie badał, że on zrobił ze mną wywiad, ale wiem, że nawet do pokoju nie wszedł i robiła to za niego położna.

Zastanawiałam się, ile trzeba, by ktoś bezkarnie kłamał prosto w oczy.  Zmarnował mi życie, a wystarczyło przecież, żeby się trochę bardziej postarał. Nie był – nie wiem – niechętny, zmęczony czy jakiś po prostu obojętny. Niewiele trzeba, żeby móc komuś pomóc.

Mąż tłumaczył mi, że oni, ci świadkowie, są po drugiej stronie, że czują się w obowiązku bronić interesów szpitala. Ja powiedziałam, że wiem, ale nie umiem sobie z tymi emocjami poradzić. Po prostu dla mnie oni byli wcieleniem zła i nawet jeżeli reprezentowali przeciwną stronę, to po prostu byli źli.

JB – Co Państwu daje zakończenie sprawy? Czy czekali Państwo na ten dzień?

Mama Stasia – Oczywiście, czekaliśmy. Raczej nauczyliśmy się żyć na chłodno, więc przez tyle lat ani przez 5 minut nie pomyśleliśmy, że możemy tę sprawę wygrać. Nigdy na przykład nie myśleliśmy, jak rozdysponować te pieniądze, co możemy jeszcze dla Stasia zrobić. Nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. Jak tylko była jakaś próba: „Słuchaj a może się to wszystko zmieni, bo jak wygramy sprawę”, to mój mąż zawsze mówił: „Halo, jak wygramy to będziemy rozmawiać”.

Tak że naprawdę do ostatniego momentu baliśmy się uwierzyć, że będzie lepiej. Dopiero jak dostaliśmy informację od pani mecenas, że powinniśmy porozmawiać, że ktoś ze szpitala dzwonił, że być może będzie jakaś ugoda. Więc wtedy pomyśleliśmy, że może to jest rzeczywiście coś, że skoro chcą się dogadać, to może jest pierwszy znak, że jesteśmy na tej dobrej drodze, żeby tę sprawę wygrać. Ale my przez cały ten czas w głowie mieliśmy wszystko, ale żadnej absolutnie pewności, ani nawet nie pół pewności, że cokolwiek z tego wyjdzie.

JB – Czy decyzja o ugodzie była dla Państwa trudna?

Mama Stasia – Negocjacje warunków ugody były trudne. Brałam w tym udział, więc wiem jak często próbowaliśmy jeszcze coś wyciągnąć, jeszcze pójść dalej, żeby jeszcze było troszkę więcej, większe coś.  Mieliśmy świadomość, że walczymy głownie o pieniądze Stasia, więc nie mieliśmy żadnych oporów.

Warunki ugody to był jedyny temat, nad którym spędziliśmy bardzo długie godziny. Pamiętam nasze spacery, żeby nikt nie brał udziału w naszych rozmowach, żeby nie daj Bóg nikt nie słyszał.

Bo muszę powiedzieć to, że to może nie jest nic chwalebnego, ale o tym, że toczymy rozmowy o ugodzie, a przecież to trwało chyba rok, to nie wiedział z naszej rodziny nikt, kompletnie. Wiedzieliśmy tylko my z mężem. Nie chcieliśmy robić żadnych nadziei rodzinie, że cokolwiek pójdzie, czy nie pójdzie, żeby nie było później wątpliwości, że tak już się nastawili, a potem nie wyszło. Więc to wszystko trzymaliśmy tylko my między sobą i to też było szczególnie trudne, nie było jak uzyskać od nikogo rady. Ale to też kwestia naszych charakterów, uważamy, że wszystko wiemy najlepiej i nikt nie może nam doradzić bardziej.

Dziś mamy pełne przekonanie, że ta ugoda to była bardzo dobra decyzja. Im Staś jest młodszy, tym więcej dla niego możemy jeszcze zrobić.

Wyrok może być dobry i zły, duży i mały, a my w ugodzie dla Stasia i dla mnie uzyskaliśmy ponad 2 mln. Plus rentę dla Stasia, co jest znacznym wzmocnieniem comiesięcznego budżetu domowego. Więc teraz, chociaż zawsze nam się wydawało, że żyjemy w jakiejś tam rozsądny sposób i chyba też na nie najgorszym poziomie, też nie zwariowaliśmy pod żadnym kątem, prócz tego, że kupiliśmy samochód rodzinny, taki, który jest nam i Stasiowi potrzebny.

Najważniejsze, że się nie musimy martwić, że nam zabraknie i musimy się zastanawiać skąd finansować kolejne wyjazdy na rehabilitację i do lekarzy. Teraz te pieniądze po prostu są.

Kwota zadośćuczynienia dla Stasia jest na poziomie najwyższych zadośćuczynień, jakie zasądzają sądy. To na pewno ułatwiło decyzję o ugodzie. Byliśmy na bieżąco: mój mąż śledził namiętnie wszystkie nowe wyroki i nowe orzecznictwo w jakiejkolwiek sprawie, która mogłaby nas dotyczyć.

Mam tylko jedną myśl. Ugoda to są przede wszystkim pieniążki Stasia.  Natomiast myślę sobie, że mój mąż też myślał o tym, że gdyby to był wyrok, to ktoś by powiedział mu przy tym powiedział wprost, że tak, ojciec również stracił, stracił swoje plany, że stracił właściwie wszystko to, co pokładał w swoim synu, że ojcu też zawalił się świat. Że poszkodowani są też ojciec i matka, że im też stała się krzywda. Ugoda o tym nie mówi wprost, choć jest w niej przewidziane odszkodowanie.

JB – Ale w końcu szpital, lekarz lub położna –  ktokolwiek – Państwa przeprosił za to, co się stało?

Mama Stasia – Nie. Na początku może jeszcze na to czekałam, tak ze względów ludzkich. Potem jak już dochodziły chwile zwątpienia i stres, to chyba chcieliśmy już tylko, żeby w końcu oni za to zapłacili, żeby przegrali, żeby zobaczyli, że te ich argumenty są idiotyczne. I chyba najbardziej nam zależało na tym, żeby ocena tej całej sytuacji przez biegłych była taka, że po prostu nie mieli racji, że zrobili źle.

Proces dobiegł końca bez przeprosin. Szkoda. Ale dla mnie i tak najważniejsze w tym wszystkim jest, że jesteśmy spokojni o przyszłość Stasia, że nie musimy martwić się o to, z czego zapłacimy za jego rehabilitację i leczenie.

I jeszcze to, że mój mąż zaczął się uśmiechać i odhaczył sobie na swojej magicznej tablicy „sprawa załatwiona”.

Ogłoszenia bieżące, czyli Wojewódzka Komisja i inne

Jolanta Budzowska        13 grudnia 2017        Komentarze (0)

Dzisiejszy wpis to dwie ważne informacje:

Nowy skład Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Krakowie

Pierwsza informacja jest taka, że zostałam ponownie członkinią Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Krakowie na drugą, sześcioletnią kadencję.

Dlaczego jest to dla mnie ważne? Szczególnie w kontekście, że o funkcjonowaniu Komisji są różne opinie (patrz choćby mój wpis Wojewódzka Komisja do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych)?

Po pierwsze dlatego, że moje zdanie o Komisji jako instytucji jest generalnie dobre, choć oczywiście mogłoby być lepiej i wystarczy niewiele zmian w przepisach, by pacjenci otrzymywali realną pomoc.

Ważne jest też dla mnie to, że orzekając o zdarzeniach medycznych, mam możliwość rozpatrywania wpływających wniosków z wykorzystaniem mojej wiedzy i doświadczenia w zakresie praw pacjenta i odpowiedzialności odszkodowawczej za niezgodne z aktualną wiedzą medyczną leczenia.

Mam więc przekonanie, że wykonuję dobrą robotę, najlepiej jak potrafię. Oczywiście, nie orzekam sama (Komisje orzekają w czteroosobowych składach: dwóch prawników, dwóch medyków), ale mam wpływ na przykład na to, jakich świadków Komisja przesłucha i jakich biegłych z zakresu medycyny powoła. To oznacza duży komfort dążenia do rzetelnego przeanalizowania zarzutów sformułowanych we wniosku pacjenta i odpowiedzi szpitala.

Po drugie dlatego, że choć jest to dodatkowe, a zarazem wymagające zajęcie (cały czas prowadzę  przecież kancelarię BFP i jestem pełnomocnikiem w toczących się oraz nowo przyjętych sprawach), to daje mi możliwość spojrzenia na sprawę z innej perspektywy, niż ta, którą mam na codzień: reprezentanta procesowego pacjenta. Orzekając w Komisji wcielamy się przecież w rolę sądu, musimy więc zachować obiektywizm i krytycznie ocenić twierdzenia stron i ocenić wiarygodność dowodów. Kiedy potem następuje zamiana ról, a ja jestem  – już tylko;) – pełnomocnikiem na sali sądowej, lepiej rozumiem sposób myślenia składu orzekającego, czyli sędziów.

Nowa www kancelarii BFP już wkrótce!

Kolejna informacja, zupełnie z  innej beczki, to ta, że ciężko pracujemy nad nową www kancelarii BFP. Prawdę mówiąc, głownie pracuje nad nią nasza nieoceniona asystentka prawników, Pani Paulina Miśkowiec-Pawłowicz. Wspominam o tym dlatego, że statystyki strony mówią, że najczęściej odwiedzane przez czytelników rewiry, to zakładka „wygrane sprawy” (à propos: jest nowy wpis o wygranej sprawie dotyczącej poważnych powikłań po cholecystektomii). Ten dział będzie utrzymany, ale gdyby w międzyczasie pojawiły się jakieś problemy z przekierowaniami czy odesłaniami, to proszę o sygnał! Oczywiście, kiedy strona będzie gotowa i „zawieszona”, nie omieszkam się pochwalić;), a właściwie pochwalić Pani Pauliny, bez której to na pewno by się nie udało!

 

 

 

Czy i gdzie szukać pomocy w sprawie o błąd lekarski? (cz.1)

Jolanta Budzowska        10 grudnia 2017        Komentarze (0)

Wiem, że zwrócenie się do kancelarii ze swoją sprawą to dla wielu osób spore wezwanie. Trudno się przełamać, żeby ruszyć temat i zacząć szukać fachowej pomocy. Na ogół też kontakt z prawnikiem traktujemy na równi z wizytą u dentysty: do przyjemności raczej nie należy;)

Dlatego pomyślałam, że przedstawię na blogu od początku do końca historię pewnego procesu o zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd porodowy, czyli o tym, jak się zwykle zaczyna współpraca z prawnikiem i… jak się kończy. Może to komuś pomoże w podjęciu decyzji o dochodzeniu swoich praw?

Dziś część pierwsza. Część druga wkrótce w kolejnym poście, a może nawet dwóch, bo jest sporo do opowiedzenia.

W  2011 roku dostałam taki list:

„Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni

ul. Sienna 11/1,  31-041 Kraków

Uprzejmie proszę o rozpatrzenie możliwości poprowadzenia sprawy o odszkodowanie za błędy medyczne, jakich dopuścili się lekarze podczas prowadzenia i rozwiązania ciąży mojej żony. W wyniku zaniedbań lekarzy żona przebywała 58 dni w szpitalu walcząc o życie. Natomiast nasz syn urodził się w stanie bardzo ciężkim (1 pkt w skali Apgar) z silnym niedotlenieniem.

W załączeniu przesyłam dokładny opis sytuacji oraz dokumentację medyczną jaką udało mi się zgromadzić.”

Potem nastąpił szczegółowy i rzeczowy opis przebiegu porodu.

„(…) Natomiast jeżeli chodzi o naszego syna, to w związku z tak długim oczekiwaniem na rozwiązanie ciąży, błędną diagnozą, a właściwie jej brakiem urodził się on z silnym niedotlenieniem, w ciężkiej zamartwicy oraz niewydolny oddechowo. Natomiast po porodzie został zaintubowany i poddany resuscytacji. Po trzytygodniowym pobycie na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka u syna zdiagnozowano zamartwicę, uszkodzenie Ośrodkowego Układu Nerwowego oraz rozmiękanie istoty białej mózgu. W związku z czym syn wymaga stałej rehabilitacji i opieki medycznej. Pozostajemy pod opieką Ośrodków Wczesnej Interwencji i Centrum Rehabilitacji. W dalszym etapie leczenia u syna zdiagnozowano dziecięce porażenie mózgowe.

Żona po wyjściu ze szpitala cały czas pozostaje pod obserwacją psychiatryczną. Oboje z żoną korzystamy również z poradni psychologicznej. Stan zdrowia żony wymaga w dalszym ciągu stałej kontroli internistycznej.  Żona nadal przyjmuje leki.  

Opieszałość, niekompetencja oraz brak fachowej wiedzy lekarzy doprowadził do sytuacji, w której o mało nie straciłem żony i syna. W związku ze złym samopoczuciem żony w trzecim trymestrze ciąży poszukiwaliśmy pomocy lekarskiej w różnych źródłach, jednak żaden z lekarzy nie potrafił postawić właściwej diagnozy i podjąć prawidłowych działań, gdy jeszcze nie było na to za późno. Wszyscy zgodnie lekceważyli niepokojące objawy choroby uznając je za normalne objawy ciąży.

Lekarz prowadzący ciążę jako pierwszy zlekceważył wszelkie cechy zatrucia organizmu żony. Brak jego reakcji doprowadził do sytuacji zagrożenia życia zarówno mojej żony, jaki i syna. Również dyżurny lekarz ginekolog przyjmujący nas na SOR wykazał brak kompetencji i wiedzy, gdyż tak wiele objawów, jakimi były wymioty krwią, bóle podbrzusza, świąd całego ciała czy wzmożone obrzęki kończyn u kobiety w 37 tygodniu ciąży były wskazaniem do zatrzymania jej na oddziale szpitalnym.

Kolejnym zaniedbaniem była w moim przekonaniu błędna diagnoza oraz czekanie po przyjęciu na oddział przez lekarzy na „odpowiednie” rozwarcie, by rozwiązać zagrożoną ciążę, a także całkowity brak zainteresowania pogarszającym się stanem zdrowia pacjentki.”

List kończył się tak.

„Uważam, że prawidłowe rozpoznanie oraz szybkie działanie ze strony lekarzy uniemożliwiłoby postęp choroby w tak szybkim tempie, a co za tym idzie żona nie spędziłaby 58 dni w szpitalu ledwo uchodząc z życiem, a nasz syn miałby szanse na „normalne” życie.

Bardzo proszę o analizę i przyjęcie sprawy do prowadzenia.  

Z poważaniem, 

XY”

Przeanalizowaliśmy dokumentację medyczną i przyjęliśmy sprawę. O tym, jak przebiegał proces o błąd lekarski i jak się zakończył, napiszę wkrótce, w kolejnym wpisie.

 

 

***

W liście dokonałam skrótów. Historia jest prawdziwa, została opublikowana za zgodą moich Klientów, ale szczegóły zostały w istotny sposób zmienione. Przykłady opisanych osób i wydarzeń należy w związku z tym traktować jako fikcyjne i nie odnoszące się do żadnych konkretnych osób i wydarzeń. Ewentualne podobieństwo do jakiejkolwiek rzeczywistej sytuacji osoby, miejsca lub zdarzenia jest przypadkowe i niezamierzone.

 

Cholestaza w ciąży – czy niewykonanie cięcia cesarskiego to błąd lekarza?

Jolanta Budzowska        26 listopada 2017        Komentarze (0)

Niekiedy w procesach dotyczących błędów popełnionych podczas prowadzenia ciąży i porodu dotykamy granic absurdu.

Najważniejsze staje się, czy w danym dniu ciąży był to 36. tydzień plus jeden dzień czy może 36. tydzień bez jednego dnia. Albo drążymy do upadłego jakiś poboczny wątek, dając dodatkowe zadania i tak już przepracowanym biegłym. A wcześniej przepytując świadków, oczywiście z inicjatywy prawników szpitala, czy na przykład infekcja podczas ciąży, o jakiej matka wspomniała podczas zeznań, to rzeczywiście jedynie nic nie znaczące dla sprawy zaczerwienienie skrzydełek nosa i lekki katar, czy może ciężka infekcja na tle bakteryjnym albo wirusowym, z wysoką temperaturą – o czym nie ma śladu w żadnym fragmencie dokumentacji medycznej. Zdarza się także ustalać, co i kiedy zjadła matka, bo zdaniem lekarzy jabłko zjedzone przed kilkoma godzinami uniemożliwiło wykonanie cięcia cesarskiego. Przykłady możnaby mnożyć.

Wszystko to, żeby usprawiedliwić szpital i wykazać, że lekarze i położne nie odpowiadają za to, że dziecko urodziło się w ciężkim stanie.

Częstym argumentem obrony jest też „dobro dziecka” – że w przypadku zbyt wczesnego zakończenia ciąży poważniejszym problemem byłoby wcześniactwo i jego konsekwencje.

Gdy lekarz ma tego rodzaju dylemat, powinien jednak dokładnie przeanalizować „za i przeciw”, stosunek ryzyka do korzyści.  Takie decyzje podejmuje się z pacjentem, bo on też ma prawo głosu. No ale, oczywiście, powinno się to robić w trakcie leczenia…

W sytuacji, gdy wówczas takiej refleksji czy świadomej decyzji zabrakło, to zwykle dopiero w procesie sądowym o błąd medyczny ta kwestia wysuwa się na plan pierwszy. Biegli analizują – siłą rzeczy – już po fakcie, czy coś usprawiedliwia takie działania lekarzy, które w ostatecznym rozrachunku okazały się być błędne.

Właśnie mam w ręku opinię, która dotyka tego problemu, a dotyczy cholestazy ciężarnej. Cholestaza w ciąży to patologia związana ze zwiększoną ilością wydzielanych hormonów w ciąży i zastojem żółci w wątrobie. Cechą charakterystyczną cholestazy ciężarnych jest fakt, że może ona towarzyszyć każdej następnej ciąży.

Pacjentka cierpiała na ciężką cholestazę, poziom kwasów żółciowych był naprawdę wysoki. Z decyzją o cięciu cesarskim czekano jednak, aż ciąża osiągnie pełne 36 tygodni – twierdząc, że wcześniejsze rozwiązanie naraziłoby dziecko na powikłania związane z urodzeniem dziecka niedonoszonego.

Co na to biegły sądowy ginekolog- położnik?

„Im ciąża wiekowo jest starsza, tym większe szanse na dobrostan płodu. Jednak w niektórych patologiach ciąży przebywanie w macicy zagraża płodowi lub matce i ciążę wtedy kończy się wcześniej. Opieka neonatologiczna jest bardzo rozwinięta i przeżywają nawet noworodki z ciąż po 26. tygodniu. Wybór terminu zakończenia ciąży jest uzależniony od wielu czynników, rozważa się ryzyko i korzyści wspólnie z neonatologami.”

W tym przypadku, z chwilą stwierdzenia gwałtownego wzrostu poziomu kwasów żółciowych należało liczyć się z koniecznością nieuniknionego, wcześniejszego zakończenia ciąży cięciem casarskim. Wraz z nasileniem cholestazy, mierzonym wzrostem poziomu kwasów żółciowych u ciężarnej, wzrasta ryzyko niedotlenienia dla płodu, łącznie z jego śmiercią.

Lekarze postanowili jednak czekać z decyzją o cięciu cesarskim. Pomylili się. Dziecko urodziło się martwe. Czy szpital odpowie za śmierć dziecka?

Biegły pisze: „gdyby wykonano wcześniej cięcie cesarskie u powódki z ciężką cholestazą, nie doszłoby do obumarcia płodu wewnątrz macicy”…

Proces o błąd lekarski i odszkodowanie dla rodziców za śmierć dziecka jest w toku.

Prawnicy: łączcie się!, czyli o www.lexmonitor.pl

Jolanta Budzowska        14 listopada 2017        Komentarze (0)

Zadzwoniła do mnie Pani Jola (zbieżność imion przypadkowa;)), mama mojego „starego” klienta. Kiedy był dzieckiem, został bardzo poważnie poszkodowany w wyniku błędu medycznego, popełnionego w renomowanym szpitalu na Śląsku. Od zdarzenia minęło wiele lat (piętnaście!), proces sądowy dawno się zakończył. Dziś Paweł jest młodym, dobrze radzącym sobie w życiu (mimo stanu zdrowia) mężczyzną, a ja i tak mam z nim i jego rodziną stały kontakt.  Czasem wracamy do sprawy renty płaconej przez szpital lub koniecznych zakupów, na przykład wymiany wózka inwalidzkiego. A czasem pytania są z innej beczki. Na przykład o kwestie świadczeń z ZUS, bo właśnie taki problem ma ktoś z rodziny.

Takie telefony, to nic dziwnego. Często dzwonią byli klienci z pytaniami o nowe sprawy. Zwykle jednak są to sprawy medyczne. Prowadzę procesy o błędy medyczne już tak długo, że w międzyczasie moim klientom przydarzają się nowe zdarzenia. Pechowi pacjenci są ofiarami kolejnego błędu lekarskiego, mężowie, którzy przed laty wygrali sprawy, przyprowadzają swoje żony itd. Statystyka. Błędów w szpitalach nie ubywa:(

W kropce jestem wtedy, gdy pytania nie dotyczą odszkodowania za wypadek. Bo specjalizacja prawników, w tym moja, poszła tak daleko, że trudno jest się znać na wszystkim. I wtedy, w trudnych sprawach, albo uruchamiam drugą część mojej kancelarii, czyli prawników tzw. „gospodarczych” (mój zespół to „medyczni” – takie wewnątrz kancelaryjne nazewnictwo…;)), albo – gdy wiem, że danym zakresem prawa w ogóle się – jako kancelaria – nie zajmujemy – sięgam do zasobów Lex Monitor.

Co to takiego? Platforma grupująca prawników, którzy połączyli swoje siły, aby stworzyć pełną ofertę dla klientów. Każdy z nich zna się ponadprzeciętnie na wybranej przez siebie, wąskiej dziedzinie prawa (na pewno nie wyłącznie na tej jednej, ale kierunki specjalizacji są dość konkretne). Każdy pisze blog. Dla mnie taki blog i jego stale aktualizowana zawartość jest właśnie gwarancją pasji, wiedzy i zaangażowania. Czy nie tego właśnie oczekujemy od prawnika?

I dlatego właśnie poleciłam Pani Joli Panią Mecenas Katarzynę Mrozowską, radcę prawnego, autorkę bloga „Obywatel kontra Zus”. Nie znam Pani Mecenas osobiście, ale teksty na jej blogu mnie przekonały, że zna się na rzeczy. A tak w ogóle, to wszystkim polecam ten blog, można tam znaleźć sporo przydatnych informacji, jak na przykład o świadczeniu rodzicielskim, do którego uprawnione są między innymi matki, które urodziły dziecko, a którym nie przysługuje prawo do zasiłku macierzyńskiego z żadnego tytułu!