Przed Państwem: mec. Karolina Kolary we własnej osobie:)

Jolanta Budzowska        28 lipca 2017        Komentarze (0)

Wakacje, wakacje, w sądach też się niestety nieco mniej w ostatnich dniach dzieje… Niestety, bo dwa miesiące przerwy każdego roku, a w praktyce nawet trzy (zanim sędziowie „odkopią się” we wrześniu z korespondencji, która napłynęła w czasie urlopu), jednak istotnie wydłuża czas między złożeniem pozwu o błąd medyczny, a wydaniem wyroku.

Póki co, nie mamy jednak jeszcze oficjalnych „wakacji sądowych”, więc niektórzy sędziowie pracują także w miesiącach letnich. Coś się w niektórych sprawach dzieje. A już na pewno pracują pełnomocnicy, którzy muszą w terminie odpowiadać na całą korespondencję, która praktycznie bez przerwy spływa z sądów i od przeciwników procesowych.

Jest jednak nieco luźniej. W ramach tego „wakacyjnego rozluźnienia” będę na blogu przedstawiać co jakiś czas moich najbliższych współpracowników, żeby dali się lepiej poznać także poza rozmową telefoniczną, wizytówką na stronie kancelarii, FB, czy podczas krótkiego spotkania w sądzie czy w biurze.

Na pierwszy ogień idzie zatem mec. Karolina Kolary, moja młodsza koleżanka po fachu, która od czasów studenckich zdobywała swoje szlify w kancelarii BFP. Dziś jest doświadczoną radczynią prawną, specjalizującą się w  sprawach odszkodowawczych, ze szczególnym uwzględnieniem – jakżeby inaczej – błędów medycznych. A zarazem młodszym partnerem w naszej kancelarii (która ma status spółki partnerskiej) i wicedziekanem Okręgowej Izby Radców Prawnych w Krakowie!

Oto, jak mec. Kolary odpowiedziała na moje pytania:)

Jak wybrałaś zawód prawnika i specjalizację: plan czy przypadek?

Ufff… To trudne pytanie. Nawet nie wiem, czy sama wybrałam zawód. W dzieciństwie wciąż słyszałam tylko: „zawsze musisz mieć ostatnie zdanie, będzie z ciebie adwokat”, wciąż tyle gada, wyrośnie z niej prawnik”, itd. Poza tym – bycie prawnikiem, adwokatem oznaczało wtedy wysoki status społeczny. Rodzice marzyli, żeby mieć w domu prawnika albo lekarza. Wyszła z tego ostatecznie niezła kombinacja – prawnik zajmujący się błędami medycznymi.

Czy realia pracy pełnomocnika poszkodowanych pokrywają się z Twoimi wyobrażeniami?

Tak. Praca prawnika, który zajmuje się pomocą poszkodowanym, jest – jak chyba w żadnej innej dziedzinie prawa – pracą z człowiekiem, z wszystkimi tego wadami i zaletami (choć chyba jednak przede wszystkim zaletami). Suche konstrukcje prawne muszą znaleźć przełożenie na język życia, prawnik musi sobie poradzić nie tylko z problemem prawnym, ale z emocjami, nie tylko cudzymi – czasem także własnymi.

Jaka sprawa zapadła Ci najbardziej w pamięć? 

Lepiej lub gorzej pamiętam chyba wszystkie swoje sprawy i wszystkich klientów. Ale jest jedna w pewnym sensie wyjątkowa. Pewnego dnia odebrałam telefon od klientki: matki dziecka, które z powodu błędu lekarskiego było ciężko niepełnosprawne. Zadzwoniła z wiadomością, że jej mąż, pracując nad dobudowaniem w domu dodatkowego pokoju dla tego chorego dziecka (sprawa dotyczyła niezamożnej rodziny, żyjącej w naprawdę trudnych warunkach) zginął, przygnieciony przez oderwany fragment budynku. Zawodowy dystans, który staram się utrzymywać, okazał się mieć wtedy dość słabe fundamenty.

Czy angażujesz się emocjonalnie w prowadzone sprawy i czy to dobrze, czy źle?

Staram się jednak nie angażować, wbrew temu co powiedziałam przed chwilą – bo tego wymaga higiena psychiczna. Ale do niektórych spraw się jednak przywiązuję 🙂 Emocje jednak rzadko są dobrym doradcą – choć zdarzyło mi się, że zawodowa złość – na niesłuszne moim zdaniem rozstrzygnięcie, na niezależne ode mnie trudności dowodowe, na poczucie bezradności w niektórych sytuacjach – dawały tego przysłowiowego kopa, który motywował do walki i w końcu pozwalał wygrać.

Jakie zachowanie przeciwnika procesowego zaskoczyło Cię najbardziej?

Procedura tak bardzo schematyzuje nasze działania, że niewiele jest w stanie zaskoczyć. Chyba nie pamiętam takiej sytuacji, za wyjątkiem może jednego drobiazgu – gdy pełnomocnik strony przeciwnej na rozprawie, w trakcie przesłuchania świadków rozłożył na swoim stole gazetę i przystąpił do czytania. Bardziej zdziwiło mnie jednak nawet nie to, że on to zrobił, lecz to, że sędzia zupełnie nie zareagował. Widać taki był lokalny zwyczaj…  

Na co chciałabyś zwrócić uwagę, jeśli chodzi o współpracę prawnika z klientem podczas prowadzenia sprawy? 

Najważniejsze, żeby to była dobra współpraca. Jakkolwiek staramy się ściągnąć z barków naszych klientów jak najwięcej formalności, to jednak czasem musimy prosić klienta o wykonanie określonego ruchu, czy podjęcie działania – klient nie może zatem oczekiwać od prawnika, że powierzając mu sprawę, będzie mógł o niej zupełnie zapomnieć aż do wyroku. Ale klienci zazwyczaj jednak to rozumieją.

Co w zawodzie radcy prawnego i w ogóle w swojej pracy lubisz najbardziej?  

To, o czym już powiedziałam – pracę z ludźmi, która powoduje, że każda sprawa jest inna i niepowtarzalna. I… lubię proces, zmagania na argumenty, walkę o słuszną sprawę (fatalnie, górnolotnie to brzmi, no ale trudno); wyrok, tę relację: wygrana/przegrana, która oczywiście bardzo upraszcza świat (w dodatku nie zawsze tak jak chcemy), ale przez to go porządkuje.

Czy sprawy związane z błędami popełnionymi podczas porodu wg Ciebie wyróżniają się na tle innych procesów o błąd lekarski?

Sprawy związane z błędami „porodowymi” są po prostu – „naj”. Najbardziej dojmująca szkoda, największe roszczenia, najtrudniejsze emocje, najbardziej medialne, i tak dalej. Sam proces jest też zwykle dość długi i trudny, bo często potrzeba wielu biegłych kilku różnych specjalności, trzeba ocenić, poza błędem, potrzeby obecne i przyszłe dziecka. Wszystko w tych sprawach jest „high level”. Także praca, którą trzeba w nie włożyć i satysfakcja, gdy się je wygrywa – a przede wszystkim ulga i radość rodziców, którzy czasem dopiero wtedy odzyskają względne poczucie bezpieczeństwa.

 

Ceny polis OC komunikacyjnego ważniejsze niż człowiek?

Jolanta Budzowska        19 lipca 2017        Komentarze (0)

Sąd Najwyższy ma rozstrzygnąć wkrótce, kto ma prawo do zadośćuczynienia za błąd medyczny. A konkretnie, czy takie prawo do odszkodowania ma tylko poszkodowany pacjent, czy też – jak na przykład w sytuacji dziecka poszkodowanego przez przebieg porodu – także członkowie jego rodziny, którzy się nim zajmują na co dzień.

Oczywiście, problem nie dotyczy tylko osób poszkodowanych przez błędy lekarskie, ale też ofiar wypadków komunikacyjnych i innych, w wyniku których ucierpiał człowiek.

O problemie pisałam już wielokrotnie, bo przecież jest to bardzo ważne. Pieniądze, jakie sąd zasądzi dziecku, są jego i powinny być przeznaczane wyłącznie na jego potrzeby. A co na przykład z  rodzeństwem poszkodowanego, małego pacjenta? Przecież ono też nie ma łatwego życia…

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Często jedyne wakacje to te spędzone z bratem czy siostrą na turnusie rehabilitacyjnym. Mamę czy tatę mają dla siebie rzadko, bo rodzice cały czas poświęcają opiece nad dzieckiem z MPD.

Czy sprawca błędu medycznego lub wypadku nie powinien pokryć też kosztów, które pozwalałby rodzinie tak zorganizować dzień codzienny, żeby ich życie choć trochę zbliżyło się do modelu funkcjonowania innych rodzin?

Komisja Nadzoru Finansowego uważa, że nie. Koronnym argumentem KNF jest interes ubezpieczycieli szpitali i lekarzy. Komisja na poparcie swojego stanowiska daje przykład danych dotyczących zadośćuczynień dla bliskich śmiertelnych ofiar. Pokazują one, że jeden taki przypadek skutkuje średnio wypłatą świadczenia dla trzech osób z rodziny, po 33 tys. zł.

Według szacunków KNF, w przypadku  uznania, że nie tylko bezpośrednio poszkodowani, ale i ich bliscy mają prawo do rekompensaty, te „ekstra wydatki” w zależności od zakresu ochrony mogą wymagać podwyżki od 0,5 do 5,5 proc. ceny polis OC, które już i tak w ostatnich latach zdrożały.

No i co z tego?

Dlaczego cena polisy OC komunikacyjnego ma być argumentem za pozbawieniem zadośćuczynienia osób, którym się odszkodowanie za błąd lekarza należy?

„M” jak monitorowanie KTG, „m” jak matactwo

Jolanta Budzowska        16 lipca 2017        Komentarze (0)

Badanie KTG ma służyć ocenie, czy z dzieckiem – przede wszystkim w trakcie porodu – nie dzieje się nic złego. Jeśli parametry płodu odbiegają od normy, to niektóre aparaty KTG sygnalizują to alarmem. Większość urządzeń KTG jednak niestety nie dysponuje taką funkcją, a to czy wynik badania zostanie uznany za dobry, czy też budzący niepokój i konieczna będzie pogłębiona diagnostyka płodu, na przykład wykonanie USG Doppler – zależy wyłącznie od subiektywnej oceny położnej i lekarza.

W praktyce o tym, że lekarz w ogóle ocenił KTG, świadczy jego podpis i pieczątka przybita na wydruku z tego badania. Czasem też jest to opisane w Karcie Obserwacji Lekarskich, we wpisie lekarza do dokumentacji medycznej.

Jak z oceną KTG bywa w praktyce, można prześledzić na przykładzie poniższej relacji. Pacjentka   trafiła do szpitala w 36. tygodniu ciąży, w związku z plamieniem z dróg rodnych.

Dzień Pierwszy. Godzina 19, zapis 30 min. Podstawowa czynność serca płodu 160-170/min, oscylacja milcząca i falująca zawężona, bez czynności skurczowej.  W zapisie odnotowano kilka ruchów płodu. Według oceny biegłego, zapis był na granicy zapisu patologicznego, badanie KTG powinno być kontynuowane albo uzupełnione przez wykonanie USG. Wydruk został jednak podbity przez lekarza dyżurnego, nie podjęto żadnych działań, lekarz nie wydał żadnych zleceń…

Dzień Drugi. Godzina 11. Zapis 30 min., podobny do poprzedniego, zarejestrował się tylko jeden ruch płodu. Ocena biegłego: zapis nieprawidłowy, powinien być kontynuowany lub uzupełniony na przykład przez diagnostykę ultrasonograficzną. Zapis bez uwag i jakichkolwiek zaleceń został podbity przez kolejnego lekarza, który w tym dniu sprawował opiekę nad cieżarną.

Dzień Trzeci. Godzina 15.30.  Podstawowa czynność serca płodu około 170/min. Ciągła oscylacja milcząca. W czasie całego zapisu zarejestrowano jeden ruch płodu. Według biegłego, zapis był patologiczny. W przypadku dalszego utrzymywania się takiego zapisu, ciąża powinna być zakończona w trybie pilnym. Niestety jednak, badanie nie zostało przedłużone, a wydruk ostemplował bez uwag i zaleceń lekarz, który objął dyżur popołudniowy.

W kolejnym trzydziestominutowym zapisie z godziny z godz. 18 nie zarejestrowano już w ogóle ruchów płodu. Zapis w dalszym ciągu był patologiczny i  wskazywał na celowość ukończenia ciąży w trybie pilnym. Mimo to został zaaprobowany przez lekarza, a w dokumentacji lekarskiej znajduje się jego wpis  z  godziny  19:00: „Pacjentka  w  36  tygodniu ciąży.  Zapis KTG prawidłowy. Czuje się dobrze.”

Co zaskakujące, według wydanej pacjentce dokumentacji medycznej, kolejne dwa badania i ostatni zapis, rzekomo wykonany na kilkanaście minut przed porodem, były już znacznie lepsze niż poprzednie. Biegły jednak uznał, że jest „dość mało prawdopodobne, aby był to zapis tego samego płodu. Jeszcze mniej prawdopodobne, aby  dziecko z nieznaczną bradykardią  i oscylacją  falującą o godzinie 05.11, chwilę potem rodziło się bez oznak życia z przykurczami mięśni.” Dodatkowo, takie wyniki badań KTG na pewno nie uzasadniałyby wpisu, który znalazł się na tym etapie w dokumentacji lekarskiej:  „Ze względu na wahania tętna płodu zalecono cięcie cesarskie z  uwagi na zagrażającą  zamartwicę płodu.

Mimo, że cięcie ostatecznie wykonano, dziecko nie przeżyło. Urodziło się martwe.

Dziecko dziś żyłoby, gdyby lekarze z odpowiednią ostrożnością ocenili zapisy KTG. O tym, że – niestety za późno – zorientowali się o swojej błędnej ocenie, świadczy fakt, że do dokumentacji medycznej rodzącej podłożono po fakcie wydruki KTG z badania wykonanego u innej pacjentki. Miały wskazywać na rzekomo dobry stan dziecka do ostatnich chwil przed porodem… (O innych przypadkach, kiedy dokumentacja KTG była prowadzona równie nierzetelnie, pisałam między innymi tutaj.)

Jak widać – bo relacjonując ten przypadek opierałam się na dokumentacji sądowej konkretnej sprawy –  są jednak biegli, doświadczeni położnicy, którzy potrafią dostrzec  niespójności  w dokumentacji medycznej i nie wahają się nazwać po imieniu matactwa w dokumentacji lekarskiej.

W nich nadzieja poszkodowanych pacjentów na sprawiedliwe wyroki w sprawach o błędy lekarskie…

Ugody w sprawach o błąd przy porodzie!

Jolanta Budzowska        06 lipca 2017        2 komentarze

Czy ktoś widział ugodę ze szpitalem albo z ubezpieczycielem w sprawie, gdzie rodzice domagają się dla poszkodowanego dziecka milionowego odszkodowania? Zwykle wezwanie do dobrowolnej zapłaty, tzw. list adwokacki, spotyka się z mniej lub bardziej obszerną pisemną odmową sprowadzającą się do stwierdzenia: bez prawomocnego wyroku sądu nic nie możemy, a w ogóle uważamy, że leczenie przebiegało prawidłowo.

Wracając do pytania zadanego na wstępie. Mimo to: tak, ja widziałam:)

Ugodowe zakończenie sporu ze szpitalem jest możliwe. Rzadko, bo rzadko, ale niekiedy sprawy kończą się ugodą sądową.

Niestety jednak wolę takiej ugody szpital wykazuje najczęściej albo pod sam koniec procesu – po wielu latach, po wielu opiniach biegłych, które w zasadzie przesądzają odpowiedzialność za błąd lekarski, albo wręcz… po procesie.  Tak też jest z ugodami zawartymi w ostatnim czasie przez moją kancelarię.

Obie sprawy dotyczą niedotlenienia podczas porodu. Zbyt długo czekano z decyzją o zabiegowym zakończeniu porodu.

W pierwszej z nich poszkodowana dziewczynka zmarła w trakcie procesu. Postępowanie sądowej trwało od 2011 roku. Jej roszczenia odziedziczyli rodzice i siostra. Łącznie otrzymają ponad 1.500.000 zł. (zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd lekarski)- w tym odszkodowanie za naruszenie ich własnych dóbr osobistych. Zawarliśmy ugodę sądową tuż przed wyrokiem. W momencie, kiedy niewiadomą było jedynie to, jakie kwoty zadośćuczynienia i odszkodowania dla poszkodowanego dziecka, jego rodziców i siostry sąd uzna za odpowiednie.

W drugiej sprawie szpital chciał negocjować dopiero po tym, jak… wyrok stał się prawomocny. Nie muszę chyba mówić, że w zasadzie nie miał czego negocjować – taki wyrok, wydany przez sąd drugiej instancji (w tym przypadku sąd apelacyjny) – jest natychmiast wykonalny. Gdyby ubezpieczyciel i szpital nie zapłacili, moglibyśmy zwrócić się do komornika, a ten wyegzekwowałby zasądzone kwoty co do grosza. Razem z kosztami egzekucji. Nie mam jednak zwyczaju narażać szpitali na dodatkowe koszty. Chyba, że muszę… Nie mogę przy tym zrozumieć, że można „sądzić się ” przez siedem lat, a potem być zaskoczonym faktem, że na raz trzeba zapłacić wszystko co zasądził poszkodowanemu pacjentowi sąd.

Tak czy tak: zgodziliśmy się rozłożyć szpitalowi należność na raty. A nie chodzi o małą sumę: 2.500.000 zł… Łącznie: dla poszkodowanego przy porodzie dziecka i jego rodziców. W tym odszkodowanie za blad lekarza, zadośćuczynienie, renta, odsetki i koszty procesu. Rodzice uznali, że skoro czekali na zakończenie procesu prawie osiem lat, to mogą i poczekać jeszcze kilka miesięcy. Najważniejsze, że renta miesięczna dla dziecka płacona jest na bieżąco.

W obu przypadkach szpitale zminimalizowały ryzyko, że ostatecznie musiałby zapłacić jeszcze więcej. Dobre i to. Ale czy na pewno nie można było tych ugód zawrzeć znacznie wcześniej? Dałoby się zapewne zaoszczędzić: szpitalom co najmniej odsetek, a rodzicom nieprzespanych nocy.

 

 

 

 

Odszkodowanie za błąd przy porodzie – uzasadnienie wyroku

Jolanta Budzowska        28 czerwca 2017        Komentarze (0)

Właśnie listonosz doręczył do kancelarii uzasadnienie wyroku w sprawie o błąd lekarza przy porodzie. Od dnia doręczenia pisemnego uzasadnienia wyroku sądu pierwszej instancji wszystkie strony procesu mają 2 tygodnie na złożenie apelacji.

W tej sprawie my – czyli ja i moi klienci – na pewno nie będziemy się odwoływać. Dlaczego? Bo jest to jedno z najtrafniejszych rozstrzygnięć, z jakimi się spotkałam.

Poszkodowani, którzy chcą walczyć o odszkodowanie dla dziecka cierpiącego na mózgowe porażenie dziecięce, często pytają o wygrane sprawy o blad przy porodzie. Ile ich „mamy” w kancelarii, jak wysokie odszkodowanie „się należy” od szpitala za poród, który zakończył się tragedią. Odpowiedź nie jest prosta. Każdy proces jest inny.  Sytuacja każdej rodziny jest inna. Czasem podobny jest stan zdrowia dziecka z MPD.

Takie same bywają tylko przyczyny mózgowego porażenia: błąd lekarzy przy porodzie

O prowadzonych sprawach staram się pisać na blogu, żeby przybliżyć, jak wygląda proces sądowy, między innymi tutaj i tutaj.

Wiadomo, że na wysokość zadośćuczynienia dla poszkodowanego dziecka i rodziców wpływ mają różne okoliczności. Nie ma tabel ani przeliczników, ile się należy za 1 % uszczerbku na zdrowiu.  Zresztą, w ogóle procent doznanego uszczerbku na zdrowiu nie ma większego znaczenia. Sądy zwykle uzasadniają wysokie odszkodowanie dla dziecka faktem, że jest ono w znacznym stopniu niepełnosprawne, że zostało pozbawione perspektyw życiowych – możliwości prawidłowego rozwoju fizycznego, psychicznego i emocjonalnego.

Uzasadnienie zadośćuczynienia dla rodziców częściej odbiega od standardu. (O tym, że rodzice mają „swoje” prawo do odszkodowania w związku z faktem, że doszło do błędu przy porodzie, pisałam m.in. tutaj.)

Tak jest i w przypadku uzasadnienia, które przeczytałam przed chwilą. Sąd przyznał rodzicom po 100 tys. zł zadośćuczynienia tytułem naruszenia dóbr osobistych w postaci prawa do niezakłóconego życia rodzinnego. Sąd wyraził przekonanie, że zarówno te kwoty, jak i wysokie zadośćuczynienie dla dziecka z pewnością nie naprawią doznanej przez nich krzywdy, ani nie przywrócą zdrowia dziecku, ale pomogą w pewnym stopniu „odetchnąć” finansowo małżonkom, którzy być może będą mieli większą sposobność ku temu, aby – mimo choroby dziecka – zadbać o siebie i relacje małżeńskie.

Chylę czoła przed sądem, który dostrzegł niełatwą sytuację rodziny, która zmaga się z bardzo poważną chorobą dziecka, podjął próbę zrekompensowania finansowego tej krzywdy, a na koniec opisał to wszystko normalnym, pozbawionym prawniczego zadęcia, językiem…