Kłamią świadkowie, kłamią biegli

Jolanta Budzowska        14 czerwca 2017        Komentarze (1)

Najtrudniejsze w procesie o błąd medyczny jest nie to, że trwa on zwykle długo i że znów musimy wracać do zwykle traumatycznych przeżyć. Swoją drogą, często poszkodowani pacjenci pytają mnie:

– Czy będę musiał/musiała być obecna na każdej rozprawie?

To pytanie nie wynika z faktu, że ktoś nie ma czasu. Najczęściej bierze się z obawy, że się po prostu nie da rady, że trudno będzie podołać konfrontacji i spojrzeniu w oczy lekarzowi, który nas skrzywdził.

Czasem jednak pacjenci – mimo, że nie muszą – podejmują decyzję, że chcą uczestniczyć we wszystkich posiedzeniach sądu, nie tylko w tym, na którym będą sami składali zeznania. To dobra decyzja.  Czy to ja, czy inny prawnik z mojej kancelarii jesteśmy zawsze na sali sądowej i stoimy na straży interesów powoda. Niekiedy jednak, najczęściej w czasie zeznań świadków: lekarzy i pielęgniarek, pracowników szpitala, pojawia się jakiś wątek, który nigdy wcześniej nie został poruszony.

Na przykład kiedyś położna z pełnym przekonaniem zeznała, że widziała moją klientkę, ciężarną, jak ta paliła papierosy przed wejściem do przychodni, gdzie miała odbyć kontrolną wizytę u ginekologa. Gdybym moja klientka nie była wtedy w sądzie, to z pewnością nie miałabym szansy na proste wyjaśnienie tego nieporozumienia: widziano nie moją klientkę, ale uderzająco podobną do niej siostrę, skądinąd nałogową palaczkę, która towarzyszyła jej na tej wizycie lekarskiej.

Fakt może na pozór nieistotny, ale w tej sprawie mógł mieć znaczenie. Jak w każdym przypadku, kiedy dochodzi do urodzenia dziecka w zamartwicy, szpital chwyta się nawet przysłowiowej brzytwy, żeby udowodnić, że to matka, a nie lekarze i położne ponoszą za to winę. Kiedyś poświęciłam takim „kreatywnym” pomysłom szpitala cały post, który można przeczytać tutaj.

Wracając do tematu obecności poszkodowanego pacjenta na rozprawie w sądzie. Najtrudniejsze jest nawet nie to, że często po latach widzi się sprawców swojej krzywdy.

Najgorsze jest wysłuchanie ich zeznań, kiedy – delikatnie rzecz ujmując – mijają się z prawdą. Trudno jest zrozumieć, że można kłamać bezkarnie. Teoretycznie, według niedawno opublikowanych danych, w 2015 r. policja stwierdziła 2,3 tys. spraw o fałszywe zeznania. Rok później, w 2016, takich przestępstw było więcej. Stwierdzonych – 2,6 tys.

Wygląda więc na to, że ci, którzy kłamią przed sądem, nie przestraszyli się surowych kar, które za to grożą, zgodnie z Kodeksem Karnym. Nawet więzienia.

Według mnie kłamstwa są rzeczywiście na porządku dziennym, a ogromna większość takich sytuacji nigdy nie staje się przedmiotem zarzutu o składanie fałszywych zeznań. Świadkowie lekarze i pielęgniarki twórczo „uzupełniają” treść dokumentacji medycznej i po latach barwnie i szczegółowo opowiadają jak często i dokładnie badali pacjenta mimo, że w dokumentacji nie ma po tym śladu. W najlepszym razie, ci „porządniejsi”, którzy są między młotem a kowadłem (czyli między własną potrzebą zachowania się jako tako przyzwoicie, a poleceniem od dyrekcji, żeby nie szkodzić szpitalowi, w którym się pracuje) nic nie pamiętają. Nawet, jeśli powinni. Ci są najmniej szkodliwi dla pacjenta.

Kłamią też biegli. A właściwie piszą czy zeznają na rozprawie tak, żeby właściwie nic nie wynikało z ich wypowiedzi. Że leczenie mogło być lepsze, ale nie ma pewności, że opóźnienie czy złe leki zaszkodziły pacjentowi. Bo przecież pacjent i tak był chory… Gorzej z tymi, którzy wymyślają nieistniejące wskazania.

Na przykład niedawno biegły ginekolog – położnik przekonywał sąd, że wskazania do natychmiastowego cięcia cesarskiego  pojawiły się dopiero tuż przed tym, kiedy je faktycznie wykonano. Postępowanie lekarzy było więc w pełni profesjonalne, jak utrzymywał. Dopiero po naciskach przyznał, że już KTG wykonane dwie godziny wcześniej jednoznacznie świadczyło o tym, że stan dziecka się gwałtownie pogarsza. Potem tłumaczył, że tych wydruków KTG… nie odnalazł wcześniej w aktach sprawy.

Gorzej, że biegłym kłamstwa uchodzą właściwie bezkarnie.Powodem, dla której biegli wydają fałszywe opinie, jest z jednej strony chęć pomocy kolegom po fachu (pamiętajmy, że biegłym jest zwykle lekarz tej samej specjalizacji, co lekarz, który popełnił błąd, więc powiązania środowiskowe są z założenia silne), z drugiej poczucie solidarności („ja też mogę być w każdej chwili tak samo „ciągany po sądach”, jak XY”), a z trzeciej: niewiedza i ignorancja. Czyli klasyczne: nie wiem, ale się wypowiem.

Od kwietnia 2016 r. za składanie fałszywych zeznań, które mają służyć za dowód w postępowaniu sądowym, lub za zatajenie prawdy grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia (wcześniej – do trzech lat).

Z kolei, górna wysokość kary za przedstawienie fałszywej opinii lub ekspertyzy mających służyć za dowód w postępowaniu – to pozbawienie wolności od roku do lat 10.

Ale: konia z rzędem temu, kto udowodni, że lekarz w procesie o błąd medyczny kłamie, a biegły wydał fałszywą opinię…

Póki co, polecam mój „Poradnik świadka”. I od razu wyjaśniam: zalecam mówienie prawdy. Tak jest uczciwie.

{ 1 komentarz… przeczytaj go poniżej albo dodaj swój }

Agnieszka Swaczyna Czerwiec 18, 2017 o 23:11

Zauważyłam zmianę wysokości kary za fałszywe zeznania na ostatniej rozprawie rozwodowej. Sąd pouczał świadka. Nie powiem, zdziwiłam się. Przede wszystkim tym, że ktoś wpadł na pomysł, że mechaniczne podniesienie kary do 8 lat cokolwiek zmieni!

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: