Kiedy lekarz przecenia swoje możliwości…

Jolanta Budzowska        14 sierpnia 2017        Komentarze (0)

Ostatni post napisałam o tym, że tłumaczenie się przez szpital w procesie cywilnym, że lekarze przecież „nie chcieli” wyrządzić krzywdy pacjentowi, że „przecież nie doprowadzili do śmierci pacjenta umyślnie”, jest nieporozumieniem.

Nie o to w sprawie o zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd medyczny chodzi. W takiej sprawie poszkodowany musi udowodnić, że leczenie było prowadzone niestarannie, niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną, a nie, że lekarz z premedytacją doprowadził do pogorszenia stanu zdrowia pacjenta czy wręcz śmierci.  Byłby to przecież absurd.

Dobrą ilustracją tego problemu jest sprawa, w której właśnie doręczono do kancelarii opinię biegłego. Podstawą zarzutów pozwu jest fakt, że lekarz na dyżurze, doświadczony położnik, źle oszacował wagę płodu i podjął ryzyko porodu drogami natury, mimo ułożenia pośladkowego. Taką decyzję podjął właściwie „na oko”, lekceważąc m.in. wyniki badania USG, jakie wykonano przy przyjęciu rodzącej do szpitala.  Dziecko zmarło w trakcie porodu. O tej sprawie już raz pisałam, szczegóły można znaleźć tutaj.

Biegły ginekolog – położnik pisze w opinii:

„Lekarz oceniający masę płodu i podejmujący decyzję o drodze porodu nie oparł się nie na samodzielnie wykonanym badaniu, tylko na ocenie palpacyjnej i opinii młodego asystenta, który w sposób wadliwy oszacował masę płodu. Różnica pomiędzy masą rzeczywistą a ocenioną przez dyżurnego wynosiła prawie 30%. (…).

Gdyby lekarz kwalifikujący pacjentkę z położeniem miednicowym do porodu drogami natury ocenił masę na 3500 g na jakiś obiektywnych przesłankach, to można by to uznać za błąd pomiarowy, jeżeli jednak dokonane jest to wbrew nieprzeanalizowanym przez niego wynikom badań ultrasonometrycznych i wbrew opinii doświadczonej lekarki prowadzącej ciążę u pani YX, to niestety jest to nonszalancją albo błędem w sztuce.”

Nic dodać, nic ująć. I nie ma co w procesie cywilnym dywagować, czy do śmierci dziecka doszło w wyniku winy umyślnej czy nieumyślnej. Szpital ponosi odpowiedzialność finansową za zachowanie lekarza i zapłaci odszkodowanie, a ustalaniem stopnia winy lekarza zajmie się – niezależnie – sąd karny…

 

 

 

Wina lekarza – sprawa karna czy cywilna?

Jolanta Budzowska        06 sierpnia 2017        2 komentarze

Ostatnio, w mowie końcowej wygłaszanej przez pełnomocnika szpitala w jednej z prowadzonych przeze mnie spraw cywilnych o odszkodowanie za błąd medyczny, padło mniej więcej takie stwierdzenie:

„Nie można mówić, że lekarze w czymkolwiek zawinili i ponoszą odpowiedzialność za śmierć pacjenta. A jeśli nawet można by było mówić o winie, to z pewnością tylko nieumyślnej, bo przecież nie chcieli śmierci pacjenta. Zatem powództwo należy oddalić.”

Co się nie zgadza w tej wypowiedzi? Sporo. Ale po kolei.

Najważniejsze jest to, że – owszem – w sprawie cywilnej pacjent musi udowodnić winę podmiotu leczniczego. Ale już nie konkretnego lekarza czy pielęgniarki. Czasem wręcz nikt z personelu medycznego nie ponosi jakiekolwiek winy za pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Na przykład wtedy, gdy nie wykonano na czas USG Dopper i w efekcie zbyt późno podjęto decyzję o cięciu cesarskim, bo aparat był zepsuty albo jedyny lekarz z umiejętnościami wykonywania takiego badania był na urlopie. Wtedy to jest tzw. wina organizacyjna szpitala. Ktoś  z administracji/dyrekcji zawalił i źle zorganizował pracę szpitala.

W innych sytuacjach osób odpowiedzialnych jest tak dużo, że w efekcie wina się rozmywa, co nie oznacza, że jej nie ma. Mówimy wtedy o winie anonimowej lub inaczej winie bezimiennej niezidentyfikowanego członka zespołu, za którego i tak odpowiada podmiot leczniczy. Dobrą ilustracją jest na przykład lekceważenie przez kolejne zmiany lekarzy i położnych, przez kilka dni, wyników badań KTG wskazujących na pogarszający się stan płodu, co w efekcie doprowadziło do zamartwicy.

Przechodząc do sedna: aby szpital zapłacił pacjentowi odszkodowanie za błąd medyczny, nie jest konieczne udowodnienie, że ktokolwiek z personelu umyślnie zaszkodził pacjentowi. Dla przypomnienia definicja z prawa karnego (bo w prawie cywilnym w ogóle jej nie ma): art. 9 § 1. Kodeksu Karnego mówi:

„Czyn zabroniony popełniony jest umyślnie, jeżeli sprawca ma zamiar jego popełnienia, to jest chce go popełnić albo przewidując możliwość jego popełnienia, na to się godzi.”

Z     umyślnym   błędem medycznym  nie    spotkałam  się  nigdy  w   swoim   życiu      zawodowym. Z nieumyślnym i owszem.  Art. 9 § 2. Kodeksu karnego:

„Czyn zabroniony popełniony jest nieumyślnie, jeżeli sprawca nie mając zamiaru jego popełnienia, popełnia go jednak na skutek niezachowania ostrożności wymaganej w danych okolicznościach, mimo że możliwość popełnienia tego czynu przewidywał albo mógł przewidzieć.”

Na tym polega różnica między sprawą karną i cywilną. W procesie karnym musimy udowodnić winą – umyślną lub nieumyślną – konkretnej osobie, lekarzowi czy położnej. To jest znacznie trudniejsze niż sprostanie obowiązkom, które ciążą na nas w toku sprawy cywilnej.

W postępowaniu cywilnym też musimy udowodnić winę, ale nie jest konieczne ani wskazywanie palcem winnego, ani tym bardziej przekonywanie sądu, że lekarz popełnił błąd umyślnie.

Wystarczy, że pacjent wykaże, że w procesie leczenia nie wykazano należytej, profesjonalnej staranności. Że leczony był niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną.  To i tak dużo. Na tyle dużo, że często okazuje się przeszkodą nie do pokonania…

 

Przed Państwem: mec. Karolina Kolary we własnej osobie:)

Jolanta Budzowska        28 lipca 2017        Komentarze (0)

Wakacje, wakacje, w sądach też się niestety nieco mniej w ostatnich dniach dzieje… Niestety, bo dwa miesiące przerwy każdego roku, a w praktyce nawet trzy (zanim sędziowie „odkopią się” we wrześniu z korespondencji, która napłynęła w czasie urlopu), jednak istotnie wydłuża czas między złożeniem pozwu o błąd medyczny, a wydaniem wyroku.

Póki co, nie mamy jednak jeszcze oficjalnych „wakacji sądowych”, więc niektórzy sędziowie pracują także w miesiącach letnich. Coś się w niektórych sprawach dzieje. A już na pewno pracują pełnomocnicy, którzy muszą w terminie odpowiadać na całą korespondencję, która praktycznie bez przerwy spływa z sądów i od przeciwników procesowych.

Jest jednak nieco luźniej. W ramach tego „wakacyjnego rozluźnienia” będę na blogu przedstawiać co jakiś czas moich najbliższych współpracowników, żeby dali się lepiej poznać także poza rozmową telefoniczną, wizytówką na stronie kancelarii, FB, czy podczas krótkiego spotkania w sądzie czy w biurze.

Na pierwszy ogień idzie zatem mec. Karolina Kolary, moja młodsza koleżanka po fachu, która od czasów studenckich zdobywała swoje szlify w kancelarii BFP. Dziś jest doświadczoną radczynią prawną, specjalizującą się w  sprawach odszkodowawczych, ze szczególnym uwzględnieniem – jakżeby inaczej – błędów medycznych. A zarazem młodszym partnerem w naszej kancelarii (która ma status spółki partnerskiej) i wicedziekanem Okręgowej Izby Radców Prawnych w Krakowie!

Oto, jak mec. Kolary odpowiedziała na moje pytania:)

Jak wybrałaś zawód prawnika i specjalizację: plan czy przypadek?

Ufff… To trudne pytanie. Nawet nie wiem, czy sama wybrałam zawód. W dzieciństwie wciąż słyszałam tylko: „zawsze musisz mieć ostatnie zdanie, będzie z ciebie adwokat”, wciąż tyle gada, wyrośnie z niej prawnik”, itd. Poza tym – bycie prawnikiem, adwokatem oznaczało wtedy wysoki status społeczny. Rodzice marzyli, żeby mieć w domu prawnika albo lekarza. Wyszła z tego ostatecznie niezła kombinacja – prawnik zajmujący się błędami medycznymi.

Czy realia pracy pełnomocnika poszkodowanych pokrywają się z Twoimi wyobrażeniami?

Tak. Praca prawnika, który zajmuje się pomocą poszkodowanym, jest – jak chyba w żadnej innej dziedzinie prawa – pracą z człowiekiem, z wszystkimi tego wadami i zaletami (choć chyba jednak przede wszystkim zaletami). Suche konstrukcje prawne muszą znaleźć przełożenie na język życia, prawnik musi sobie poradzić nie tylko z problemem prawnym, ale z emocjami, nie tylko cudzymi – czasem także własnymi.

Jaka sprawa zapadła Ci najbardziej w pamięć? 

Lepiej lub gorzej pamiętam chyba wszystkie swoje sprawy i wszystkich klientów. Ale jest jedna w pewnym sensie wyjątkowa. Pewnego dnia odebrałam telefon od klientki: matki dziecka, które z powodu błędu lekarskiego było ciężko niepełnosprawne. Zadzwoniła z wiadomością, że jej mąż, pracując nad dobudowaniem w domu dodatkowego pokoju dla tego chorego dziecka (sprawa dotyczyła niezamożnej rodziny, żyjącej w naprawdę trudnych warunkach) zginął, przygnieciony przez oderwany fragment budynku. Zawodowy dystans, który staram się utrzymywać, okazał się mieć wtedy dość słabe fundamenty.

Czy angażujesz się emocjonalnie w prowadzone sprawy i czy to dobrze, czy źle?

Staram się jednak nie angażować, wbrew temu co powiedziałam przed chwilą – bo tego wymaga higiena psychiczna. Ale do niektórych spraw się jednak przywiązuję 🙂 Emocje jednak rzadko są dobrym doradcą – choć zdarzyło mi się, że zawodowa złość – na niesłuszne moim zdaniem rozstrzygnięcie, na niezależne ode mnie trudności dowodowe, na poczucie bezradności w niektórych sytuacjach – dawały tego przysłowiowego kopa, który motywował do walki i w końcu pozwalał wygrać.

Jakie zachowanie przeciwnika procesowego zaskoczyło Cię najbardziej?

Procedura tak bardzo schematyzuje nasze działania, że niewiele jest w stanie zaskoczyć. Chyba nie pamiętam takiej sytuacji, za wyjątkiem może jednego drobiazgu – gdy pełnomocnik strony przeciwnej na rozprawie, w trakcie przesłuchania świadków rozłożył na swoim stole gazetę i przystąpił do czytania. Bardziej zdziwiło mnie jednak nawet nie to, że on to zrobił, lecz to, że sędzia zupełnie nie zareagował. Widać taki był lokalny zwyczaj…  

Na co chciałabyś zwrócić uwagę, jeśli chodzi o współpracę prawnika z klientem podczas prowadzenia sprawy? 

Najważniejsze, żeby to była dobra współpraca. Jakkolwiek staramy się ściągnąć z barków naszych klientów jak najwięcej formalności, to jednak czasem musimy prosić klienta o wykonanie określonego ruchu, czy podjęcie działania – klient nie może zatem oczekiwać od prawnika, że powierzając mu sprawę, będzie mógł o niej zupełnie zapomnieć aż do wyroku. Ale klienci zazwyczaj jednak to rozumieją.

Co w zawodzie radcy prawnego i w ogóle w swojej pracy lubisz najbardziej?  

To, o czym już powiedziałam – pracę z ludźmi, która powoduje, że każda sprawa jest inna i niepowtarzalna. I… lubię proces, zmagania na argumenty, walkę o słuszną sprawę (fatalnie, górnolotnie to brzmi, no ale trudno); wyrok, tę relację: wygrana/przegrana, która oczywiście bardzo upraszcza świat (w dodatku nie zawsze tak jak chcemy), ale przez to go porządkuje.

Czy sprawy związane z błędami popełnionymi podczas porodu wg Ciebie wyróżniają się na tle innych procesów o błąd lekarski?

Sprawy związane z błędami „porodowymi” są po prostu – „naj”. Najbardziej dojmująca szkoda, największe roszczenia, najtrudniejsze emocje, najbardziej medialne, i tak dalej. Sam proces jest też zwykle dość długi i trudny, bo często potrzeba wielu biegłych kilku różnych specjalności, trzeba ocenić, poza błędem, potrzeby obecne i przyszłe dziecka. Wszystko w tych sprawach jest „high level”. Także praca, którą trzeba w nie włożyć i satysfakcja, gdy się je wygrywa – a przede wszystkim ulga i radość rodziców, którzy czasem dopiero wtedy odzyskają względne poczucie bezpieczeństwa.

 

Ceny polis OC komunikacyjnego ważniejsze niż człowiek?

Jolanta Budzowska        19 lipca 2017        Komentarze (0)

Sąd Najwyższy ma rozstrzygnąć wkrótce, kto ma prawo do zadośćuczynienia za błąd medyczny. A konkretnie, czy takie prawo do odszkodowania ma tylko poszkodowany pacjent, czy też – jak na przykład w sytuacji dziecka poszkodowanego przez przebieg porodu – także członkowie jego rodziny, którzy się nim zajmują na co dzień.

Oczywiście, problem nie dotyczy tylko osób poszkodowanych przez błędy lekarskie, ale też ofiar wypadków komunikacyjnych i innych, w wyniku których ucierpiał człowiek.

O problemie pisałam już wielokrotnie, bo przecież jest to bardzo ważne. Pieniądze, jakie sąd zasądzi dziecku, są jego i powinny być przeznaczane wyłącznie na jego potrzeby. A co na przykład z  rodzeństwem poszkodowanego, małego pacjenta? Przecież ono też nie ma łatwego życia…

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Często jedyne wakacje to te spędzone z bratem czy siostrą na turnusie rehabilitacyjnym. Mamę czy tatę mają dla siebie rzadko, bo rodzice cały czas poświęcają opiece nad dzieckiem z MPD.

Czy sprawca błędu medycznego lub wypadku nie powinien pokryć też kosztów, które pozwalałby rodzinie tak zorganizować dzień codzienny, żeby ich życie choć trochę zbliżyło się do modelu funkcjonowania innych rodzin?

Komisja Nadzoru Finansowego uważa, że nie. Koronnym argumentem KNF jest interes ubezpieczycieli szpitali i lekarzy. Komisja na poparcie swojego stanowiska daje przykład danych dotyczących zadośćuczynień dla bliskich śmiertelnych ofiar. Pokazują one, że jeden taki przypadek skutkuje średnio wypłatą świadczenia dla trzech osób z rodziny, po 33 tys. zł.

Według szacunków KNF, w przypadku  uznania, że nie tylko bezpośrednio poszkodowani, ale i ich bliscy mają prawo do rekompensaty, te „ekstra wydatki” w zależności od zakresu ochrony mogą wymagać podwyżki od 0,5 do 5,5 proc. ceny polis OC, które już i tak w ostatnich latach zdrożały.

No i co z tego?

Dlaczego cena polisy OC komunikacyjnego ma być argumentem za pozbawieniem zadośćuczynienia osób, którym się odszkodowanie za błąd lekarza należy?

„M” jak monitorowanie KTG, „m” jak matactwo

Jolanta Budzowska        16 lipca 2017        Komentarze (0)

Badanie KTG ma służyć ocenie, czy z dzieckiem – przede wszystkim w trakcie porodu – nie dzieje się nic złego. Jeśli parametry płodu odbiegają od normy, to niektóre aparaty KTG sygnalizują to alarmem. Większość urządzeń KTG jednak niestety nie dysponuje taką funkcją, a to czy wynik badania zostanie uznany za dobry, czy też budzący niepokój i konieczna będzie pogłębiona diagnostyka płodu, na przykład wykonanie USG Doppler – zależy wyłącznie od subiektywnej oceny położnej i lekarza.

W praktyce o tym, że lekarz w ogóle ocenił KTG, świadczy jego podpis i pieczątka przybita na wydruku z tego badania. Czasem też jest to opisane w Karcie Obserwacji Lekarskich, we wpisie lekarza do dokumentacji medycznej.

Jak z oceną KTG bywa w praktyce, można prześledzić na przykładzie poniższej relacji. Pacjentka   trafiła do szpitala w 36. tygodniu ciąży, w związku z plamieniem z dróg rodnych.

Dzień Pierwszy. Godzina 19, zapis 30 min. Podstawowa czynność serca płodu 160-170/min, oscylacja milcząca i falująca zawężona, bez czynności skurczowej.  W zapisie odnotowano kilka ruchów płodu. Według oceny biegłego, zapis był na granicy zapisu patologicznego, badanie KTG powinno być kontynuowane albo uzupełnione przez wykonanie USG. Wydruk został jednak podbity przez lekarza dyżurnego, nie podjęto żadnych działań, lekarz nie wydał żadnych zleceń…

Dzień Drugi. Godzina 11. Zapis 30 min., podobny do poprzedniego, zarejestrował się tylko jeden ruch płodu. Ocena biegłego: zapis nieprawidłowy, powinien być kontynuowany lub uzupełniony na przykład przez diagnostykę ultrasonograficzną. Zapis bez uwag i jakichkolwiek zaleceń został podbity przez kolejnego lekarza, który w tym dniu sprawował opiekę nad cieżarną.

Dzień Trzeci. Godzina 15.30.  Podstawowa czynność serca płodu około 170/min. Ciągła oscylacja milcząca. W czasie całego zapisu zarejestrowano jeden ruch płodu. Według biegłego, zapis był patologiczny. W przypadku dalszego utrzymywania się takiego zapisu, ciąża powinna być zakończona w trybie pilnym. Niestety jednak, badanie nie zostało przedłużone, a wydruk ostemplował bez uwag i zaleceń lekarz, który objął dyżur popołudniowy.

W kolejnym trzydziestominutowym zapisie z godziny z godz. 18 nie zarejestrowano już w ogóle ruchów płodu. Zapis w dalszym ciągu był patologiczny i  wskazywał na celowość ukończenia ciąży w trybie pilnym. Mimo to został zaaprobowany przez lekarza, a w dokumentacji lekarskiej znajduje się jego wpis  z  godziny  19:00: „Pacjentka  w  36  tygodniu ciąży.  Zapis KTG prawidłowy. Czuje się dobrze.”

Co zaskakujące, według wydanej pacjentce dokumentacji medycznej, kolejne dwa badania i ostatni zapis, rzekomo wykonany na kilkanaście minut przed porodem, były już znacznie lepsze niż poprzednie. Biegły jednak uznał, że jest „dość mało prawdopodobne, aby był to zapis tego samego płodu. Jeszcze mniej prawdopodobne, aby  dziecko z nieznaczną bradykardią  i oscylacją  falującą o godzinie 05.11, chwilę potem rodziło się bez oznak życia z przykurczami mięśni.” Dodatkowo, takie wyniki badań KTG na pewno nie uzasadniałyby wpisu, który znalazł się na tym etapie w dokumentacji lekarskiej:  „Ze względu na wahania tętna płodu zalecono cięcie cesarskie z  uwagi na zagrażającą  zamartwicę płodu.

Mimo, że cięcie ostatecznie wykonano, dziecko nie przeżyło. Urodziło się martwe.

Dziecko dziś żyłoby, gdyby lekarze z odpowiednią ostrożnością ocenili zapisy KTG. O tym, że – niestety za późno – zorientowali się o swojej błędnej ocenie, świadczy fakt, że do dokumentacji medycznej rodzącej podłożono po fakcie wydruki KTG z badania wykonanego u innej pacjentki. Miały wskazywać na rzekomo dobry stan dziecka do ostatnich chwil przed porodem… (O innych przypadkach, kiedy dokumentacja KTG była prowadzona równie nierzetelnie, pisałam między innymi tutaj.)

Jak widać – bo relacjonując ten przypadek opierałam się na dokumentacji sądowej konkretnej sprawy –  są jednak biegli, doświadczeni położnicy, którzy potrafią dostrzec  niespójności  w dokumentacji medycznej i nie wahają się nazwać po imieniu matactwa w dokumentacji lekarskiej.

W nich nadzieja poszkodowanych pacjentów na sprawiedliwe wyroki w sprawach o błędy lekarskie…