Prawnicy: łączcie się!, czyli o www.lexmonitor.pl

Jolanta Budzowska        14 listopada 2017        Komentarze (0)

Zadzwoniła do mnie Pani Jola (zbieżność imion przypadkowa;)), mama mojego „starego” klienta. Kiedy był dzieckiem, został bardzo poważnie poszkodowany w wyniku błędu medycznego, popełnionego w renomowanym szpitalu na Śląsku. Od zdarzenia minęło wiele lat (piętnaście!), proces sądowy dawno się zakończył. Dziś Paweł jest młodym, dobrze radzącym sobie w życiu (mimo stanu zdrowia) mężczyzną, a ja i tak mam z nim i jego rodziną stały kontakt.  Czasem wracamy do sprawy renty płaconej przez szpital lub koniecznych zakupów, na przykład wymiany wózka inwalidzkiego. A czasem pytania są z innej beczki. Na przykład o kwestie świadczeń z ZUS, bo właśnie taki problem ma ktoś z rodziny.

Takie telefony, to nic dziwnego. Często dzwonią byli klienci z pytaniami o nowe sprawy. Zwykle jednak są to sprawy medyczne. Prowadzę procesy o błędy medyczne już tak długo, że w międzyczasie moim klientom przydarzają się nowe zdarzenia. Pechowi pacjenci są ofiarami kolejnego błędu lekarskiego, mężowie, którzy przed laty wygrali sprawy, przyprowadzają swoje żony itd. Statystyka. Błędów w szpitalach nie ubywa:(

W kropce jestem wtedy, gdy pytania nie dotyczą odszkodowania za wypadek. Bo specjalizacja prawników, w tym moja, poszła tak daleko, że trudno jest się znać na wszystkim. I wtedy, w trudnych sprawach, albo uruchamiam drugą część mojej kancelarii, czyli prawników tzw. „gospodarczych” (mój zespół to „medyczni” – takie wewnątrz kancelaryjne nazewnictwo…;)), albo – gdy wiem, że danym zakresem prawa w ogóle się – jako kancelaria – nie zajmujemy – sięgam do zasobów Lex Monitor.

Co to takiego? Platforma grupująca prawników, którzy połączyli swoje siły, aby stworzyć pełną ofertę dla klientów. Każdy z nich zna się ponadprzeciętnie na wybranej przez siebie, wąskiej dziedzinie prawa (na pewno nie wyłącznie na tej jednej, ale kierunki specjalizacji są dość konkretne). Każdy pisze blog. Dla mnie taki blog i jego stale aktualizowana zawartość jest właśnie gwarancją pasji, wiedzy i zaangażowania. Czy nie tego właśnie oczekujemy od prawnika?

I dlatego właśnie poleciłam Pani Joli Panią Mecenas Katarzynę Mrozowską, radcę prawnego, autorkę bloga „Obywatel kontra Zus”. Nie znam Pani Mecenas osobiście, ale teksty na jej blogu mnie przekonały, że zna się na rzeczy. A tak w ogóle, to wszystkim polecam ten blog, można tam znaleźć sporo przydatnych informacji, jak na przykład o świadczeniu rodzicielskim, do którego uprawnione są między innymi matki, które urodziły dziecko, a którym nie przysługuje prawo do zasiłku macierzyńskiego z żadnego tytułu!

 

Atonia, krwotok poporodowy i usunięcie macicy

Jolanta Budzowska        13 listopada 2017        Komentarze (0)

U pacjentki doszło do urazu macicy i krwotoku poporodowego, a w efekcie usunięcia macicy. Nie będzie mogła mieć więcej dzieci.  

Powikłania podczas porodu

Zgodnie z Rekomendacjami Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego „Krwotok poporodowy – postępowanie”, jednym z czynników ryzyka krwotoku poporodowego jest przedłużony czas trwania II okresu porodu, a przyczynami krwotoku mogą być m.in. pęknięcie szyjki macicy i pęknięcie macicy. Analogiczne wnioski płyną z innych publikacji, w których wskazuje się, że jednym z porodowych czynników ryzyka krwotoku poporodowego jest brak postępu porodu (u pierwiastki trwającego ponad 2 godziny) oraz urazy dróg rodnych podczas porodu (w tym pęknięcia macicy).

U poszkodowanej pacjentki, pierworódki, II okres porodu trwał ewidentnie zbyt długo (niemal 3 godziny).  Cesarskie cięcie wykonano o blisko 2 godziny za późno.

Co na to biegły ginekolog-położnik?

A, to zależy.

W trzech opiniach pisze mniej więcej wszędzie tak samo, korzystnie dla poszkodowanej pacjentki. Czyli tak:

– „W podsumowaniu należy podkreślić, że II okres porodu był znacznie wydłużony. (…) Jak wspominałem po upływie 1 godziny II okresu porodu należało rodzącą rozwiązać cięciem cesarskim. (…) wiadomo, że wydłużenie trwania drugiego okresu porodu niesie za sobą zwiększone ryzyko atonii i dodatkowych urazów macicy w trakcie cięcia cesarskiego, jak też po jego zakończeniu. Tak było w przedmiotowej sprawie, gdzie po wykonanym zbyt późno cięciu cesarskim prawdopodobnie doszło do anatonii macicy i konieczności wykonania reoperacji.”

– „Jednak jak wynika z dokumentacji przyczyną krwotoku był krwiak po stronie prawej oraz atonia macicy.”

– „Jak wynika z dokumentacji przyczyną krwawienia był krwiak po stronie prawych przymacicz z powodu pęknięcia macicy i dlatego dopiero reoperacja usunięcia macicy była skutecznym postępowaniem terapeutycznym”

– „Biegły uznaje, że przyczyną pęknięcia szyjki macicy były napór wstawiającej się i obniżającej się główki w kanale rodnym. Pęknięcie skutkowało w późniejszym etapie uszkodzeniem naczyń krwionośnych biegnących dalej w przymaciczach prawych i stad powstanie w późniejszym etapie krwiaka mogącego wraz z innymi przyczynami skutkować atonią macicy.”

Jak wynika z wcześniej cytowanych wywodów biegłego, do urazu macicy i późniejszych komplikacji nie doszłoby, gdyby decyzja o cesarskim cięciu została podjęta odpowiednio wcześniej.

Wydawałoby się, nic dodać, nic ująć

A jednak nie.

Biegły poczuł potrzebę skonkludowania swoich wywodów i napisał jeszcze tak:

„W  opinii biegłego przedłużenie II okresu porodu ponad dwie godziny w opiniowanej sprawie (…) nie miało istotnego związku z późniejszymi powikłaniami u powódki. (…) zaobserwowana nieprawidłowość w opiniowanej sprawie w postaci przedłużenia czasu II okresu porodu nie pozostaje w związku ze stanem noworodka i powódki po porodzie.”

I tyle. Głębszego uzasadnienia brak.  Bo jak wiadomo, biegłym wolno wszystko. Nawet przeczyć samym sobie.

A ja się zastanawiam, czy ten fragment opinii to już nie jest przypadkiem wydaniem opinii fałszywej*, w rozumieniu art. 233 § 4** Kodeksu Karnego? Przecież konkluzja biegłego jest wyraźnie sprzeczna i z aktualnym stanem wiedzy medycznej, i stanem faktycznym…

 

 

*** 

*Co do tego, jaka opinia biegłego może być uznana za fałszywą, por. Stanowisko Ministerstwa Sprawiedliwości „Opinia fałszywa i opinia nierzetelna”.

** „Kto, jako biegły, rzeczoznawca lub tłumacz, przedstawia fałszywą opinię lub tłumaczenie mające służyć za dowód w postępowaniu określonym w par. 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.”

 

Opieka nad dzieckiem po urodzeniu a błąd medyczny

Jolanta Budzowska        30 października 2017        2 komentarze

Na moim drugim blogu (zobacz wpis: „Pacjent, zło konieczne”) napisałam niedawno, że szpitale oszczędzają kosztem pacjentów i że te oszczędności plus zła organizacja pracy, tolerowana przez tzw. system, zwiększa ilość błędów medycznych. Jednocześnie, znalezienie przyczyny i odpowiedzi na pytanie „co poszło nie tak”, staje się coraz trudniejsze.

Pod postem wymieniliśmy przy okazji z jednym z moich czytelników poglądy na temat tzw. referencyjności szpitali.  Czy referencyjność istnieje i jakie w praktyce ma znaczenie. Konkretnie, czy referencyjność wpływa na jakość leczenia, jakie w danym szpitalu otrzymuje pacjent.

„Trzeba przewieźć pacjenta do szpitala o wyżej referencyjności”. Czyli?

Warto wspomnieć, że już od ponad dziesięciu lat referencyjność to pojęcie mocno umowne – od 2003 roku nie ma oparcia w prawie.  Poziomy referencyjne szpitali w Polsce wprowadzono pod koniec 1998 roku. Szpitale przyporządkowano wtedy do trzech poziomów:

  • I poziom referencyjny – szpitale udzielające świadczeń zdrowotnych w czterech podstawowych specjalnościach medycznych: chorób wewnętrznych, chirurgii ogólnej, położnictwa i ginekologii, pediatrii oraz anestezjologii i intensywnej terapii,

 

  • II poziom referencyjny – szpitale wojewódzkie, udzielające, obok świadczeń zdrowotnych w wymienionych wyżej specjalnościach, świadczenia z co najmniej czterech następujących specjalności:kardiologii, neurologii, dermatologii, patologii ciąży i noworodka, okulistyki, laryngologii, chirurgii urazowej, urologii, neurochirurgii, chirurgii dziecięcej, chirurgii onkologicznej,

 

  • III poziom referencyjny obejmuje szpitale kliniczne oraz jednostki badawczo-rozwojowe.*

Ten podział w praktyce utrzymuje się do dzisiaj, pojęciem referencyjności posługują się wszyscy na czele z biegłymi medykami.

Czy od referencyjności zależy jakość opieki nad dzieckiem?

Referencyjność, rozumiana jako kryterium oceny poziom świadczeń w danym szpitalu, miewa czasem w sprawach o błędy medyczne rozstrzygające znacznie.

Tak jak w procesie, gdzie jednym z zagadnień, z którymi mierzy się sąd, jest kwestia opieki nad noworodkiem.

Ciąża była powikłana. Dziecko urodziło się jako tzw. „późny wcześniak” i wymagało po urodzeniu zabiegów resuscytacyjnych, nie podjęło samodzielnie akcji oddechowej. Nie zastosowano jednak wentylacji nieinwazyjnej, czyli aparatu n-CPAP, bo nie było to możliwe z powodu braku sprzętu w szpitalu. Brak doświadczenia klinicznego lekarzy spowodował też, że niezbyt precyzyjnie monitorowano prowadzenie wentylacji mechanicznej.

Noworodka, z uwagi na jego stan, nie można było karmić doustnie, więc wprowadzono żywienie pozajelitowe. Niestety, niewystraczające. Dlaczego? Bo szpital nie miał odpowiedniego zaplecza do przygotowywania roztworów dożylnych białek, lipidów, witamin czy pierwiastków śladowych, co jest sytuacją typową w przypadku ośrodków neonatologicznych o najniższym stopniu referencyjności.

Czy gdyby dziecko znalazło się od początku w ośrodku o wyższym stopniu referencji, to czy jego szanse na normalny rozwój byłyby większe?

Z pewnością tak. Wystarczy wskazać choćby na fakt, że zaburzenia w równowadze kwasowo-zasadowej, które wystąpiły na skutek wadliwego prowadzenia wentylacji mechanicznej, zdecydowanie pogorszyły stan kliniczny małego pacjenta i pogłębiły stan niedotlenienia i uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego (OUN).

Kiedy dziecko powinno być przeniesione do innego szpitala?

No właśnie: kiedy jest najlepszy moment, żeby przetransportować noworodka do szpitala, który dysponowałby lepszym zapleczem kadrowym i byłby wyposażony w niezbędny sprzęt?

Biegły odpowiedział: należało odpowiednio wcześnie wykorzystać najlepszy sposób transportu, jakim jest środowisko wewnątrzmaciczne i zaraz po tym, gdy ciążę uznano za patologiczną – skierować bezzwłocznie pacjentkę do ośrodka o odpowiednio wyższym stopniu referencyjności – przynajmniej II stopnia.

Szpital pozostawiając ciężarną w siebie, na własne życzenia naraził noworodka na ryzyko, że przy ograniczonych możliwościach – nie otrzyma odpowiedniej pomocy.

W tej sytuacji ewidentnie niewystarczające i sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną postępowanie diagnostyczno –terapeutyczne w zakresie opieki neonatologicznej i błędy medyczne nie mogą być tłumaczone faktem, że szpital miał ograniczone możliwości.

I takie właśnie – bez owijania w bawełnę – konkrente oceny biegłego  neonatologa lubimy. A o transporcie międzyszpitalnym dzieci i problemie coolingu, pisałam też między innymi w poście o problemach z karetkami pogotowia.

 

 

* Źródło: wikipedia

Czy zadośćuczynienie za błąd lekarski jest karą dla lekarza?

Jolanta Budzowska        10 października 2017        Komentarze (1)

Ważnym momentem, który następuje zwykle tuż przed wysłaniem pozwu, jest ustalenie, jakiej sumy tytułem zadośćuczynienia będziemy się domagać. Zależy to trochę od tego, czego się spodziewamy po zadośćuczynieniu: na przykład, czy ma być to „tylko” rekompensata czy także kara dla szpitala lub lekarza?

Jakiej kwoty zadośćuczynienia za błąd lekarski mogę żądać?

O tym, jak trudno jest zdecydować, jaka kwota zadośćuczynienia będzie odpowiednia, czyli nie za niska i nie za wysoka, pisałam już nie raz. Jeśli ustalimy zbyt niską kwotę ryzykujemy, że poczucie krzywdy mimo wygranej w procesie, pozostanie. Jeśli zażądamy zbyt wysokiego zadośćuczynienia, możemy być obciążeni wysokimi kosztami postępowania sądowego, i to nawet wtedy, gdy wygramy co do zasady.

Jeśli decydujemy za dziecko, a przecież zawsze tak jest, kiedy występujemy do sądu w związku z błędami popełnionymi podczas porodu czy ciąży, albo kiedy poszkodowany pacjent jest po prostu małoletni i dlatego w jego imieniu działają rodzice – jest jeszcze bardziej pod górkę…

To spora odpowiedzialność i nie da się ukryć, że ciąży przede wszystkim na mnie: przecież to ja mam doświadczenie, jakiego oczekują moi klienci i ja powinnam coś podpowiedzieć.

No tak. Tyle, że nie ma kalkulatorów ani tabel, a sytuacja każdego pacjenta jest inna. A podpowiedzi ze strony Sądu Najwyższego, to bla, bla:-) – na pewno nie da się podstawić cyfr pod wzór matematyczny i liczyć na konkretny wynik…

Z całym szacunkiem dla SN, ale na podstawie jego wskazówek jeden sędzia może uznać, że w danym przypadku odpowiednia kwota to 20 tys.zł, a inny, że 250 tys. zł.

SN wskazuje między innymi, że szacując zadośćuczynienie, trzeba wziąć pod uwagę:

  • wiek i płeć poszkodowanego,
  • stopień uszczerbku na zdrowiu poszkodowanego wyrażający się w kalectwie, oszpeceniu, ograniczeniach ruchowych, ograniczeniach wykonywania czynności życia codziennego,
  • długotrwałość choroby, cierpień, leczenia, rehabilitacji, bolesność zabiegów, dokonywane operacje, okres dochodzenia do sprawności, przywrócenie prawidłowych funkcji organizmu,;
  • poczucie bezradności życiowej, rokowania zdrowotne i szanse na powrót do normalnego funkcjonowania w przyszłości,
  • subiektywne poczucie krzywdy poszkodowanego pacjenta,
  • i wiele, wiele innych okoliczności.

Odszkodowanie za szkodę na zdrowiu

Szczególnie ważne jest jednak, że – jak sama nazwa wskazuje – zadośćuczynienie jest kwotą pieniężną, która ma „zadość uczynić” poszkodowanemu pacjentowi za krzywdę, jakiej doznał.

Czyli przede wszystkim ma zrekompensować, wynagrodzić szkodę na zdrowiu, cierpienie, ból.

Poszkodowanym pacjentom często też chodzi o to, żeby wysokość zadośćuczynienia dawała im satysfakcję. Żeby było jasne, że naruszenie praw pacjenta i jego cierpienia nie zostały zbagatelizowane i zbyt nisko wycenione przez sąd.

Mówiąc górnolotnie: krzywda wyrządzona pacjentowi powinna się spotkać z właściwą reakcją ze strony porządku prawnego.

Też tak uważam.

Ale to nie wszystko.

Bo z drugiej strony, zadośćuczynienie powinno być też w jakiś sposób odczuwalne dla szpitala czy podmiotu leczniczego, w którym doszło do błędu medycznego. Jeśli zadośćuczynienie ma zapobiegać dokonywaniu w przyszłości podobnych błędów czy zaniedbań w leczeniu, suma pieniężna przyznana poszkodowanemu pacjentowi powinna być tak dobrana, aby jej wysokość miała poważne znaczenie dla budżetu szpitala czy gabinetu lekarskiego.

Zadośćuczynienie ma wychowywać i odstraszać!

Ostatnio Sąd Najwyższy potwierdził ten tok myślenia. W wyroku z dnia 8 sierpnia 2017 r. sygn. akt I PK 206/16 Sąd stwierdził, że zadośćuczynienie powinno służyć zarówno kompensacji, jak i prewencji. Zadośćuczynienie ma nie tylko zrekompensować krzywdę poszkodowanego, ale też wychowywać i odstraszać.

Co prawda, przywołany wyrok zapadł w sprawie o mobbing, ale argumentacja pozostaje aktualna także w sprawach o błędy lekarskie: kwota przyznanego poszkodowanemu zadośćuczynienia powinna być ustalona tak, aby sprawca odczuł finansowo wypłatę zadośćuczynienia i na przyszłość wystrzegał się podobnych naruszeń prawa.

O tym, jaki ma charakter zadośćuczynienie i jak kalkulować zadośćuczynienie za błąd medyczny, pisałam już między innymi we wpisach „Odpowiednie zadośćuczynienie za błąd w sztuce lekarskiej” i „Zadośćuczynienie dla dziecka”. Wszystkie moje wcześniejsze wpisy o zadośćuczynieniu można też łatwo odszukać wpisując w wyszukiwarkę na stronie blogów słowo „zadośćuczynienie”:-)

 

 

 

 

 

Rodząca w sieci szpitali – kto odpowie za błąd przy porodzie?

Jolanta Budzowska        01 października 2017        Komentarze (0)

Od 1 października 2017 r. mamy tzw. „sieć szpitali” i zmiany w organizacji nocnej, weekendowej i świątecznej opieki zdrowotnej.

SOR-y i izby przyjęć mają się skupić wyłącznie na przyjmowaniu pacjentów w stanie zagrożenia życia. Czyli tych, którzy powinni jak najszybciej trafić do szpitala.

Chorzy, którym nie zagraża utrata życia, a którzy zachorowali w weekend lub w nocy, powinni w pierwszej kolejności trafić do nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, i tam uzyskać fachową pomoc.

Trzeba przyznać, że na papierze wygląda to logicznie. Odtąd, przynajmniej w teorii, każdy pacjent trafi w odpowiednie miejsce i nie będzie dantejskich scen na SOR-ach, ani gigantycznych kolejek do lekarza rodzinnego w poniedziałki.

Jest tylko jedno małe, ale: jakiej jakości pomoc dostanie pacjent?

Pielęgniarek i lekarzy jest w Polsce zbyt mało, coraz głośniej mówi się o brakach kadrowych. Nowe przepisy wprowadzają więc dużą dowolność w decydowaniu o tym, ilu lekarzy i ile pielęgniarek jest potrzebnych na dyżurze. Dyrektorzy szpitali „w sieci” będą jednak i tak musieli zmierzyć się z problemem krótkiej kołdry,  a w konsekwencji obmyślić sposób na obsadzenie wakatów.

Kto wie, iloma pacjentami naraz może odpowiedzialnie zająć się jedna pielęgniarka? Wyjdzie „w praniu”.

Nie będziemy mieli też pewności, kto właściwie udziela nam pomocy medycznej, bo obniżono wymagania w stosunku do kwalifikacji medyków.  Lekarz nocnej i świątecznej opieki nie musi być specjalistą, wystarczy jedynie, że wylegitymuje się prawem do wykonywania zawodu.

Niewiele trzeba więc, by zła organizacja przychodni czy szpitala doprowadziła do błędu medycznego i tragedii.

Niedawno zakończyłam postępowanie sądowe o odszkodowanie dla dziecka i rodziców w takiej właśnie sprawie. Za dramatyczny przebieg wydarzeń podczas i po porodzie odpowiadały tu nie tylko brak kompetencji i zaangażowania lekarza i położnych, ale także błędy systemowe.

Kiedy w 38 tygodniu ciąży, na dwa tygodnie przed terminem porodu, rodzącej zaczęły odchodzić wody i przyjechała do szpitala, usłyszała, że lepiej byłoby, żeby poczekała z porodem do poniedziałku, bo teraz na dyżurze jest lekarz emeryt, który w dodatku pełni ten dyżur już trzecią dobę (72 godziny) …

Poród jednak postępował. KTG oglądały położne, które nie potrafiły tego badania do końca zinterpretować, choć wyniki jednoznacznie wskazywały na pogarszający się stan płodu.

Lekarz przyszedł dopiero wtedy, gdy u rodzącej pojawiły się skurcze parte. Siedział w końcu sali i zmęczony, biernie przyglądał się rozwojowi sytuacji.

Gdy dziewczynka się urodziła, zespół wpadł w panikę. Położnik próbował wentylować noworodka, który nie oddychał. Wzywano pediatrę, doktor oznajmiła jednak, że nie może przyjść na blok porodowy, bo jest zajęta. Lekarz, który oceniał dziecko po porodzie, zaznaczył w dokumentacji: w rubryce „żywotność”: brak, w rubryce „napięcie”: brak, w rubryce „skóra”: blado-sina, w rubryce „serce”: akcja serca ok. 40/min. (prawidłowo powinna być powyżej 100/min.), w rubryce „płuca”: brak szmeru pęcherzykowego, brak oddechu.

Zgodnie ze skalą Apgar, dziewczynka powinna otrzymać maksymalnie 1 punkt (za akcję serca), z nieznanych przyczyn w dokumentacji jednak wpisano 8 punktów Apgar. Dziecko zaczęto reanimować z opóźnieniem.

Po jakimś czasie stan noworodka ustabilizował się na tyle, że dziewczynka mogła być przewieziona do szpitala o wyższym stopniu referencyjności. Jej stan zdrowia pozostał jednak ciężki. Obserwowano u niej obniżone napięcie mięśniowe, brak odruchu ssania i połykania, okresowe drżenia kończyn, a potem także martwicze zapalenie jelit, niedokrwistość, stan po krwawieniach dokomorowych i obustronny zanik nerwu wzrokowego.

Ostatecznie lekarz neurolog zdiagnozował okołoporodowe uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego (UOUN), mózgowe porażenie dziecięce  (MPD) i padaczkę objawową.

Co spowodowało tak ciężki stan zdrowia dziecka?

Po pierwsze, skandaliczne prowadzenie porodu przez lekarza ginekologa-położnika i położne, właściwie brak prowadzenia. Możnaby gorzko stwierdzić, że pewnie nie ma się czemu dziwić, skoro doktor był na nogach od trzech dni…

Samo prowadzenie porodu to jednak nie wszystko. Biegli w toku procesu oceniali też pomoc udzieloną dziecku tuż po porodzie. Piszą tak:

„Bardzo trudno jest ocenić precyzyjnie, jaki był przebieg resuscytacji pourodzeniowej w przypadku noworodka. W każdym miejscu, gdzie rodzą się dzieci, powinna być w każdym czasie obecna przynajmniej jedna osoba umiejąca sprawnie przeprowadzić resuscytację noworodka, której potrzeby nigdy do końca nie da się przewidzieć. Nawet w przypadkach niezaburzonego przebiegu ciąży i porodu.

W dniach świątecznych i godzinach dyżurowych odpowiedzialność za opiekę pourodzeniową, w tym resuscytację, spoczywa na lekarzu dyżurnym, neonatologu lub pediatrze. Istotne znaczenie ma system powiadamiania lekarza o konieczności pilnej interwencji tak, aby w jak najszybszym czasie mogła być podjęta kwalifikowana pomoc. W tym przypadku na sali porodowej była obecna pielęgniarka pracująca w oddziale noworodkowym, nie był obecny lekarz pediatra. Po stwierdzeniu pogorszenia stanu noworodka i wystąpieniu bezdechu, który stanowił bezpośrednie zagrożenie życia, próbowano bezskutecznie wezwać odpowiedzialnego pediatrę telefonicznie.”

Ten proces, o którym piszę, wygraliśmy.

Ale czy teraz, po zmianach ustawowych, będzie można w ogóle zarzucać podmiotom leczniczym, że źle funkcjonują, pod względem organizacyjnym? Przecież właściwie dyrektorom szpitali właśnie w majestacie prawa zezwolono na redukcją zatrudnienia i zatrudnianie lekarzy o niskich kwalifikacjach, bez specjalizacji!

Od kogo w takiej sytuacji pacjentom będzie przysługiwało odszkodowanie za błąd medyczny, kiedy do takiego błędu dojdzie, bo nie w pełni wykształcony lekarz zwyczajnie nie będzie potrafił postawić właściwej diagnozy? Albo, jeśli przepracowana pielęgniarka zapomni pacjentowi podać lek o właściwej porze?

Przeczuwam niestety, że nie czeka nas nic dobrego, a pacjentom będzie jeszcze trudniej. Może nie ma co owijać w bawełnę i zamierzone zwiększenie dostępności do leczenia oznacza po prostu – już w zamyśle autorów reformy – automatyczną zgodę na obniżenie jakości pomocy medycznej, jakiej oczekują pacjenci?

Bądźmy więc czujni. Sprawdzajmy, kto nas leczy. Czas chyba – przynajmniej na okres przejściowy – zacząć stosować zasadę ograniczonego zaufania. Zobaczymy, czy droga reformy ochrony zdrowia gwarantuje pacjentowi choćby minimum bezpieczeństwa.