Gruszki na wierzbie, czyli czy warto czekać na wyrok karny

Jolanta Budzowska        23 sierpnia 2016        Komentarze (3)

Jeżeli jakiś prawnik obiecuje, że sprawa cywilna o poważny błąd porodowy potrwa rok czy dwa lata, to kłamie albo nie ma pojęcia, o czym mówi. Oczywiście, nie dotyczy to ugód, ale te się niemal nie zdarzają (chyba, że wtedy, kiedy już wszystko w procesie sądowym jest jasne, dowody przeprowadzone, odpowiedzialność udowodniona, a szpital lub ubezpieczyciel chce uciec spod topora wyroku).

Postępowania sądowe o odszkodowanie za szkody na zdrowiu dziecka, najczęściej spowodowane niedotlenieniem w trakcie porodu, trwają na ogół cztery do pięciu lat. To długo, wiem. Czasem jeszcze dłużej. Ale w praktyce nie da się tego przyśpieszyć, mimo moich i – zdarza się – sądu wysiłków. Dlaczego? Bo to bardzo trudne i wielowątkowe sprawy.

Najpierw trwa batalia o zasadę: czy podczas prowadzenia porodu popełniono błąd? Przesłuchujemy świadków (bywa, że kilkunastu), gromadzimy dokumentację, wreszcie następuje etap biegłych sądowych. Może być jeden biegły ginekolog- położnik, może być też neonatolog, a może być jeszcze kilku innych, gdy na przykład zachodzi ryzyko, że potencjalnie na stan noworodka mogły mieć wpływ schorzenia matki: cukrzyca czy nadciśnienie.

Potem udowadniamy to, że popełnione błędy miały wpływ na stan zdrowia dziecka. Że gdyby nie błędy podczas porodu, noworodek byłby zdrowy albo przynajmniej w lepszym stanie. Kolejni biegli.

Na koniec musimy przekonać sąd, jaki jest stan i potrzeby dziecka.  Od tego zależy wysokość zasądzonych w wyroku zadośćuczynienia, odszkodowania i renty na leczenie, rehabilitację i opiekę. To bywa żmudna praca: kiedy rodzice zbierają rachunki i dokumentację medyczną jest łatwiej, ale i tak także na tym etapie bez biegłych się nie obejdzie. Najczęściej jest to biegły neurolog, okulista, ortopeda i fizjoterapeuta.

Wreszcie: szpitalom i ubezpieczycielom nie zależy, żeby zakończyć proces szybko. Po co mają się mierzyć z koniecznością zapłaty czasem milionowej rekompensaty z i tak dziurawego budżetu za kadencji obecnego dyrektora? Nie lepiej, żeby tę żabę musiał zjeść następca, za kilka lat? Pełnomocnicy w apelacji czy skardze kasacyjnej piszą mniej więcej tak:

„Wskazać należy, że w kasie pozwanego Szpitala nie ma środków w wysokości XXX złotych na uiszczenie opłaty od skargi kasacyjnej. Bezspornie, pozwany Szpital obraca określonymi środkami – nawet pomimo tego, że wykazuje stratę. Środki te przeznaczone są jednak na leczenie pacjentów. Wobec powyższego, uiszczenie wpisu sądowego w niniejszej sprawie wiązać się będzie z koniecznością odmowy wykonania świadczeń zdrowotnych pacjentom (w szczególności: zakupy leków i materiałów medycznych oraz wynagrodzenia pracowników). Ograniczenie liczby zabiegów wykonywanych w pozwanym Szpitalu przełoży się na zwiększenie czasu oczekiwania na operację. Upływ czasu powoduje natomiast, że rokowania pacjentów maleją. Innymi słowy, przeznaczenie mniejszych środków na działalność pozwanego Szpitala – na skutek uiszczenie opłaty od skargi kasacyjnej – spowoduje zmniejszenie dostępności zabiegów medycznych.”

Demagogia? Oczywiście. Są środki na leki, na wynagrodzenia dla lekarzy, nie ma dla poszkodowanego pacjenta. I tak w ogóle, to przez poszkodowanego pacjenta, który odważył się skierować sprawę do sądu, cierpią inni pacjenci. Proces można prowadzić za pół darmo, więc szpitale walczą do upadłego.

Dlatego nie ma co zwlekać ze złożeniem pozwu. Proces potrwa, ale za czas jego trwania sąd cywilny przyzna w wyroku odsetki od zasądzonych kwot. Sprawa nie leży „ ot tak sobie” w sądzie – zegar tyka, odsetki są doliczane za każdy dzień.

Tylko wyjątkowo warto poczekać na opinię w postępowaniu prowadzonym przez Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej czy w postępowaniu karnym.  Głównie, kiedy sami mamy duże wątpliwości z oceną postępowania lekarzy. Ale już zupełnie nie warto, jak w sprawie, która niedawno do mnie trafiła, zastanawiać się prawie osiem lat, mimo korzystnych opinii biegłych wydanych na zlecenie Prokuratury…

Co prawda, postawiono zarzuty trzem lekarzom, ale zabawa w pozyskanie kolejnych opinii biegłych na wniosek obrońców oskarżonych potrwa zapewne tak długo, że przedawni się karalność. Nawet, gdyby zapadł wyrok karny, to  i tak prawdopodobnie z art. 160. § 1.Kodeksu karnego, czyli

„Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności (…)”.

Czy taki wyrok jest załatwia sprawę odszkodowania? Nie. Bo nadal musimy udowodnić to, że popełnione błędy miały zły wpływ na stan zdrowia noworodka i to, jakie są potrzeby dziecka.

Więc jeszcze raz: nie ma co czekać. Czas trwania procesu cywilnego o odszkodowanie za błąd medyczny lepiej wykorzystać na swoją korzyść.

Wniosek o dokumentację medyczną

Jolanta Budzowska        19 sierpnia 2016        Komentarze (0)

Są z tym wieczne problemy. Zwykle po złożeniu wniosku o dokumentację medyczną czekamy tygodniami, potem okazuje się, że jeszcze brakuje KTG albo opisu operacji, albo wyniku najważniejszego badania… Nie muszę chyba przypominać, że kompletna dokumentacja medyczna ma kluczowe znaczenie w  analizie szans procesowych. Pisałam o tym obszernie tutaj.

Problemy z uzyskaniem dokumentacji medycznej  w mniejszym stopniu dotyczą rodziców małych pacjentów lub dorosłych pacjentów, którzy starają się o dostęp do własnej dokumentacji medycznej.

Poważne trudności są jednak z uzyskaniem dokumentacji po śmierci pacjenta. Dlatego opracowałam autorski wzór o wydanie dokumentacji medycznej zmarłego pacjenta. Jest zamieszczony  tutaj.

Oby się nie przydał…

Mamy wybór: poród podwyższonego ryzyka albo „na żywca”?

Jolanta Budzowska        10 sierpnia 2016        Komentarze (0)

O tym, na jakich zasadach rodząca może domagać się znieczulenia przy porodzie pisałam tutaj.

Pisałam też o tym, że z egzekwowaniem prawa do porodu bez bólu mogą być problemy, bo lekarzy anestezjologów brakuje. Jest ich niewiele ponad 5 tys. na wszystkie szpitale w całej Polsce, a podstawowe miejsce ich pracy to oddziały intensywnej terapii, sale operacyjne i pooperacyjne.

Jeśli rodząca chce skorzystać ze znieczulenia, a lekarz prowadzący nie będzie widział medycznych przeciwwskazań, anestezjolodzy powinni być też obecni przy porodzie. Tylko lekarz specjalista z zakresu anestezjologii jest uprawniony do wykonywania znieczulenia ogólnego oraz znieczulenia regionalnego: zewnątrzoponowego i podpajęczynówkowego.

Dyrektorzy szpitali próbują łatać dziury, kierując do porodów lekarzy w trakcie specjalizacji, czyli rezydentów. To działanie bezprawne (o ile nad takim lekarzem nie sprawuje bezpośredniego nadzoru lekarz anestezjolog), a poród staje się porodem podwyższonego ryzyka. Znieczulenie to nie przelewki i lepiej być w rękach doświadczonego medyka.

Co jeśli jednak dojdzie do powikłań podczas porodu? Wbrew pozorom, nie tak rzadko są one brakiem współpracy rodzącej z prowadzącą poród położną lub lekarzem. Ma to swoje źródło w trudnych  do opanowania bólach porodowych. W takich sytuacjach, związek przyczynowo-skutkowy, pomiędzy niewykonaniem  znieczulenia mimo medycznych wskazań a powikłaniami, wydaje się być możliwy do udowodnienia. Czy szpital może się bronić brakami kadrowymi i tym, że Ministerstwo Zdrowia nie zapewniło dostatecznej ilości specjalistów anestezjologów na rynku?

Nie. Za szkody na zdrowiu dziecka i rodzącej odpowie szpital, bo to klasyczny błąd organizacyjny. Pacjentka nie ma wpływu na organizację szpitala i ma prawo oczekiwać, że otrzyma leczenie zgodne z wymogami aktualnej wiedzy medycznej  i przepisami prawa. Kropka.

A co ma zrobić dyrektor szpitala? Przepraszam, to nie ten blog. Ja pomagam pacjentom.  

 

Mediacje w sprawach o błąd medyczny…

Jolanta Budzowska        04 sierpnia 2016        Komentarze (0)

…bardzo rzadko mają sens.

Kilka razy zawarłam ugodę przed mediatorem, ale dzisiaj jestem strasznie zła. Nic mnie tak nie irytuje, jak bezmyślność i strata czasu.  Mam za sobą półtoragodzinne „posiedzenie mediacyjne” w Katowicach, czyli półtorej godziny rozmawiania o niczym. Stawili się: mediator, jego asystentka, ja (na szczęście bez sześciorga moich Klientów), dyrektor szpitala ze swoją pełnomocniczką i lekarz ginekolog-położnik „kontraktowy” ze swoją pełnomocniczką.  O mediacje wniósł szpital.

Mediacje mają sens, gdy przeciwnicy widzą możliwość ugody, czyli – w sprawach medycznych – chcą rozmawiać o rekompensacie dla poszkodowanych. Oczywiście, najważniejszym punktem negocjacji jest to, jaka kwota zostanie wypłacona i kiedy, ale jedno założenie trzeba mieć będąc szpitalem lub lekarzem – jestem gotowy negocjować odpowiednie zadośćuczynienie i odszkodowanie.

Szpital i lekarz przyjechali dziś na mediacje – o które sami prosili – tylko po to, żeby powiedzieć, że bez ubezpieczyciela – czyli PZU SA – to oni nic nie mogą. To po co tracili dzisiaj czas: mediatora, sądu (który odroczył rozprawę w procesie cywilnym, bo też liczył na to, że być może sprawa zostanie załatwiona w drodze ugody w mediacji), swój i mój? Dlaczego nie uzyskali wcześniej stanowiska ubezpieczyciela albo nie odwołali spotkania?

Najważniejsze pytanie jednak brzmi: dlaczego nie pomyśleli o uczuciach poszkodowanych? Rok temu, po porodzie, w wyniku krwotoku zmarła matka 3 maleńkich chłopców, żona, jedyna córka swoich rodziców…

Moi Mocodawcy znów liczyli na to, że jest możliwe, aby pacjent, a dzisiaj już jedynie rodzina zmarłego pacjenta, była poważne traktowana przez szpital i personel medyczny.

Znów się zawiedli.

 

Szpital w Leśnej Górze: cięcie!

Jolanta Budzowska        02 sierpnia 2016        Komentarze (21)

W postanowieniu o dopuszczeniu dowodu z opinii sąd zobowiązał biegłego do odpowiedzi na pytanie:

„Jakie  są  skutki choroby powoda? Należy to opisać nie tylko językiem medycznym, ale również należy opisać zwykłym językiem, jak objawiają się w życiu codziennym te skutki”.

No właśnie. Nawet skutki choroby sąd chciałby mieć opisane językiem potocznym, a nie z użyciem hermetycznej terminologii medycznej.

A kiedy przychodzi do ustalenia, czy zgoda pacjenta na zabieg była skuteczna, to podejście sędziów bywa zgoła inne. „Modelowy pacjent” to dla sędziów niemal top-model.

Gdy sędzia musi ocenić zachowanie pacjentów i skuteczność wyrażonej przez nich zgody na operację, wymaga czasem od pacjenta, aby ten:

  • pytał lekarza w szczegółach o konkretne ryzyka, nawet te, o których lekarz sam z siebie nie wspomniał (a o których pacjent nie ma pojęcia, bo i skąd),
  • rozumiał przekazywane w biegu fachowym językiem informacje nawet wówczas, gdy formularz zgody ma przeczytać bez okularów „do bliży”, już w drodze na salę operacyjną, albo gdy tekst zgody podsuwa mu się dopiero po premedykacji, przed samym zabiegiem,
  • jasna była dla niego nawet nazwa zabiegu/metoda wpisana po łacinie do formularza,
  • odmówił roztropnie zgody na operację, jeśli boi się ewentualnych komplikacji nawet, jak lista możliwych powikłań jest (nieprawidłowo) rozdęta do granic możliwości i obejmuje wszystko, włącznie ze  śmiercią lub zakażeniem szpitalnym, a pacjent czekał w kolejce na zabieg rok i nie wiadomo, czy i kiedy mógłby liczyć na kolejny termin.

Podobnie szpitale. Te to już tak się rozpędziły, że czasem lekarze uważają, że podpisany przez pacjenta cyrograf w postaci nierzadko pięcio- lub jeszcze–więcej-stronicowej zgody na operację załatwia raz na zawsze sprawę ewentualnych roszczeń w przypadku błędu medycznego…

Na szczęście tak nie jest: zgoda pacjenta na zabieg nie zwalnia przecież lekarza z obowiązku zachowania należytej staranności!

A jeśli chodzi o to, jak się ma „szpital w Leśnej Górze” – zakodowany w świadomości niektórych sędziów – do rzeczywistości, to jest to zadanie dla  pełnomocnika procesowego. Dlatego także na blogach dużo piszę o znaczeniu zgody na zabieg, między innymi tutaj.

To radca prawny albo adwokat powinien – kiedy trzeba – wytłumaczyć sądowi, jak to jest ze skutecznością zgody na operację wyrażanej w różnych nietypowych okolicznościach szpitalnych.

Na przykład takich.

Pacjentka podpisała zgodę na zabieg cesarskiego cięcia ze względów elektywnych na tydzień przed planowanym terminem porodu. Wskazaniem do cięcia cesarskiego były schorzenia ortopedyczne ciężarnej. Nie została wtedy poinformowana o tym, że w jej przypadku wchodzi w grę poród drogami natury, jak również nie została poinformowana o ryzyku cesarskiego cięcia w przypadku wskazań pilnych lub nagłych. Przeciwnie, pozostawała w przekonaniu, że poród naturalny mógłby spowodować poważne szkody w jej zdrowiu.

Po przyjęciu pacjentki ponad tydzień później do placówki medycznej, lekarze dyżurni  podtrzymali kwalifikację do wykonania cesarskiego cięcia ze wskazań elektywnych.  Lekarz prowadzący ciążę pacjentki nie był w tym dniu obecny w pracy.

Niestety jednak doszło do niczym nieuzasadnionego opóźnienia w przeprowadzeniu operacji, a w międzyczasie  rozpoczął się  II okresu porodu. Zabieg cięcia w tych warunkach był obiektywnie znacznie trudniejszy i obarczony większym ryzykiem powikłań dla matki i dziecka.

Lekarka prowadząca poród tak zeznała o informacji udzielonej (rodzącej!) pacjentce:

„Na sali operacyjnej, jeżeli stwierdziłam, że muszę tutaj pewnymi położniczymi sformułowaniami operować, jak główka była już w szparze sromowej powiedziałam jej, że ma szanse urodzenia drogami natury.”

I to byłoby na tyle.

Lekarka prowadząca poród poinformowała rodzącą jedynie, że istnieje możliwość zakończenia ciąży w drodze porodu naturalnego i że – jak się można domyślać –   cesarskie cięcie wiąże się z (bliżej nieokreślonym) ryzykiem.

Pacjentka nie wyraziła zgody na poród siłami natury.

Mając tylko takie informacje, rodząca nie mogła przecież wyrazić świadomej zgody na zabieg. Powinna zostać na nowo obszernie poinformowana o ryzyku, z jakim wiąże się wykonanie zabiegu cesarskiego cięcia w zmienionych okolicznościach, oraz jakie jest ryzyko porodu naturalnego. I dlaczego nagle przestały być aktualne przeciwskazania do porodu naturalnego, który od początku ciąży, a nawet  jeszcze kilka godzin wcześniej, nie był brany pod uwagę, bo lekarze twierdzili, że byłby niebezpieczny dla jej zdrowia?

Dopiero po uzyskaniu takich informacji, rodząca mogłaby wyrazić nową, poinformowaną zgodę na zabieg cesarskiego cięcia oraz  świadomą odmowę przeprowadzenia porodu siłami natury.

Pacjentka nie miała żadnych potrzebnych informacji, a personel prowadzący poród postawił ją „pod ścianą”. Nie było więc mowy o świadomych decyzjach ani przejęciu ryzyka przez rodzącą. Poważne powikłania, które wystąpiły po porodzie u matki, obciążają więc klinikę położniczą.

I raczej nie będzie z tej historii scenariusza dla kolejnego odcinka „Na dobre i na złe”, w którym  pacjenci leżą w komfortowych salach, nie ma kłopotów ze sprzętem, a lekarze i pielęgniarki ciągle się uśmiechają i z wielką radością spieszą z pomocą chorym.