Martwe urodzenie – jak pochować dziecko?

Jolanta Budzowska        30 marca 2017        Komentarze (0)

Pojęcie „martwe urodzenie” brzmi strasznie. Jest zimnym, ustawowym określeniem na niewyobrażalną tragedię. W takiej sytuacji problemy administracyjne, na jakie rodzice czasem napotykają w szpitalu, niestety tylko powiększają ich traumę.

Bywa, że personel nadal gubi się w przepisach, mimo że zgodnie z prawem (tzw. standardami w ciąży powikłanej): „pacjentce [w sytuacji śmierci dziecka, określanej przez ustawę jako „niepowodzenie położnicze” – przyp. JB] udziela się wyczerpującej informacji na temat obowiązującego stanu 
prawnego wynikającego z przepisów o aktach stanu cywilnego, zabezpieczenia 
społecznego i prawa pracy dotyczącego sytuacji, w jakiej się znalazła.

Dlatego niedawno na blogu umieściłam krótką informację opracowaną przez Pana Adama Franczyka na temat dokumentacji, jaką mają prawo uzyskać rodzice (osoby uprawnione) po stracie dziecka.

Ta dokumentacja to:

  • karta zgonu – podmiot leczniczy nie ma prawa odmówić wydania karty zgonu rodzicom, którzy deklarują wolę pochowania dziecka martwo urodzonego, bez względu na czas trwania ciąży, wagę płodu, czy jego rozmiar. Karta zgonu jest niezbędnym dokumentem uprawniającym do pochówku na cmentarzu;
  • karta martwego urodzenia – niezbędna w Urzędzie Stanu Cywilnego, który na tej podstawie wydaje akt urodzenia dziecka martwego.

Pamiętajmy, że w sytuacji podejrzenia błędu medycznego przy porodzie, może być wymagana sekcja zwłok.  O tym, jak postępować w takim przypadku, napisałam już kiedyś w poście: Śmierć przez błąd medyczny – jak zawiadomić prokuraturę?”

Pełny tekst poradnika pt. „Karta Zgonu – martwe urodzenie”, zawierający podstawy prawne i inne przydatne informacje,  znaleźć można z lewej strony bloga.

Dokumentacja z porodu i co w niej można przeczytać…

Jolanta Budzowska        22 marca 2017        Komentarze (0)

Uwaga: to znowu będzie tekst  o dokumentacji medycznej.

Dlaczego tak często piszę o tym, jakie znaczenie mają poszczególne wpisy?

Bo na każdej rozprawie, w każdej opinii biegłych, treść dokumentacji jest główną osią sporu. Często to od dokumentacji z porodu albo neonatologicznej zależy, kto wygra, a kto przegra sprawę.

Kiedy po porodzie okazuje się, że doszło do niedotlenienia dziecka, albo gdy dziecko umiera tuż przed porodem albo w jego trakcie – lekarze i położne raczej nie mają złudzeń co do tego, że sprawa będzie miała ciąg dalszy. Że będzie się im zadawać pytania i żądać wyjaśnień.

I trwa walka z czasem: czy zdążą odpowiednio uzupełnić dokumentację lekarską i pielęgniarską (położnych), zanim rodzice poproszą o jej kopię i zanim do szpitala wkroczy prokurator lub policja…

To nie zawsze są przypadki ewidentnego fałszowania.

To czasem są drobne, pojawiające się najczęściej w jednym miejscu w dokumentacji,  adnotacje w rodzaju: „dziecko owinięte pępowiną”, „pępowina ciasno okręcona wokół szyi”, „na pępowinie węzeł prawdziwy”, „poród z rączką”, „pępowina tętniąca”, „liczne zrosty po poprzednim cięciu”.

Jeśli chodzi o tego typu, pozornie niewinne dopiski, to mają jedną wspólną cechę – nie ma innych obiektywnych dowodów na to, że tak faktycznie było.  Zwykle ich treść jest potwierdzana w sądzie jedynie zeznaniami świadków. Oczywiście świadków – autorów tych wpisów.

Bo ułożenie pępowiny na ogół nie jest widoczne w badaniu USG, a nawet gdyby było, sytuacja może się zmienić w ciągu minut.  Bo to, czy poród był „z rączką” mogła widzieć tylko jedna położna. Bo to, czy rzeczywiście zrosty utrudniały pierwszy etap cięcia cesarskiego, mógł widzieć tylko główny operator.

Z podanych przykładów, jedynie z węzłem prawdziwym może być nieco inaczej. Zaobserwowany przez położne węzeł prawdziwy w dalszych badaniach czasem okazuje się węzłem rzekomym. Wtedy nie da się już wtedy tak łatwo uwolnić od odpowiedzialności przez tłumaczenie, że nic nie dało się zrobić i że przyczyną śmierci dziecka w wyniku niedotlenienia było zaciśnięcie węzła prawdziwego.

W wyjaśnieniu rzeczywistego przebiegu porodu pomagają też niekiedy sprzeczne interesy personelu medycznego. Gdy położna i lekarz prowadzący poród woleliby usprawiedliwić swoje zaniedbania istnieniem węzła prawdziwego (że już pozostanę przy tym przykładzie), to lekarz udzielający noworodkowi pomocy może skrupulatnie opisać w dekursusie, jak w jednej z moich spraw.

Okazuje się, że demonizowany „guz sznura pępowinowego”,  był w rzeczywistości zwykłym tzw. węzłem rzekomym, nie mającym negatywnego wpływu na dobrostan płodu: „Wykonałem chirurgiczne zaopatrzenie pozostawionego kikuta pępowiny. Badaniem stwierdziłem przerost tkanki galaretowatej pępowiny. Wykonałem rewizję kikuta pępowiny stwierdzając obecność dwóch tętnic i pojedynczej żyły pępowinowej.”

Kiedy w dokumentacji medycznej znajdują się więc wpisy o zdarzeniach, które według nas nie miały miejsca, sytuacja nie jest beznadziejna. Nadal często są szanse na odtworzenie rzeczywistego przebiegu wydarzeń i udowodnienie zaniedbań po stronie lekarza prowadzącego poród lub położnej. To jednak nie będzie łatwy proces…

 

Co może Rzecznik Praw Pacjenta?

Jolanta Budzowska        13 marca 2017        Komentarze (0)

Wbrew pozorom, może dużo. I dużo dobrego robi ostatnimi czasy.

Rzecznik Praw Pacjenta nie tylko prowadzi postępowania wyjaśniające w sprawach zgłoszonych przez pacjentów skarg. Rzecznik od jakiegoś czasu aktywnie wykorzystuje też inne możliwości: występuje w sądach cywilnych w indywidualnych sprawach pacjentów.

Z mojego doświadczenia wynika, że Rzecznik Praw Pacjenta angażuje się szczególnie w najpoważniejsze sprawy, gdy doszło do powikłań podczas porodu, a ofiarę zaniedbań lekarza lub położnej jest dziecko.

Rzecznik ma prawo:

  • żądać wszczęcia postępowania w sprawach dotyczących naruszenie praw pacjenta,
  • zgłosić swój udział w toczących się postępowaniach.

W praktyce oznacza to, że Rzecznik może „być obecny” praktycznie w każdej sprawie o błąd medyczny, bo zwykle podstawowym zarzutem każdego pozwu jest to, że leczenie nie było zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

Polem do popisu dla Rzecznika są też sprawy, gdzie zarzucamy naruszenie prawa pacjenta do  informacji i do udzielenia świadomej, „poinformowanej” zgody na leczenie.

Prowadzę kilka procesów, w których Rzecznik Praw  Pacjenta zgłosił swój udział i muszę przyznać, że ta współpraca układa się naprawdę sprawnie. W końcu, co dwie głowy – pełnomocników poszkodowanego pacjenta:-) – to nie jedna.

Pozycja Rzecznika jest mocna, bo występuje w sądzie cywilnym na prawach przysługujących prokuratorowi.

Co to oznacza w praktyce?

  • może wstąpić do postępowania w każdym jego stadium, nie tylko na początku;
  • może składać oświadczenia i zgłaszać wnioski, jakie uzna za celowe, oraz przytaczać fakty i dowody na ich potwierdzenie;
  • należy mu doręczać pisma procesowe, zawiadomienia o terminach i posiedzeniach oraz orzeczenia sądowe;
  • może zaskarżyć każde orzeczenie sądowe, od którego służy środek odwoławczy.

Oczywiście, Rzecznik działa w sądzie w interesie pacjenta, którego prawa zostały naruszone podczas leczenia.

Kiedy podczas procesu „obiektywni” świadkowie to lekarze i pielęgniarki, który leczyli pacjenta, kiedy biegli sądowi to też lekarze – niech chociaż Rzecznik będzie dodatkowym wsparciem dla pacjenta na sali rozpraw! „Procesowa” aktywność Rzecznika Praw Pacjenta jest zdecydowanie dobrym kierunkiem rozwoju tego urzędu.

Sprawa o błąd lekarski – czy psycholog może pomóc?

Jolanta Budzowska        06 marca 2017        Komentarze (0)

Często klienci pytają mnie, czy powinni się zwrócić do psychologa czy psychiatry.

Dobrze, że takie pytania się pojawiają. Oczywiście, nie mam kompetencji, aby „diagnozować”, kto potrzebuje pomocy profesjonalisty, ale czasem nie trzeba przecież wiele, aby ocenić, że takie wsparcie by się przydało.  Pomoc psychologa lub konsultację psychiatryczną mogę często zasugerować nawet nie jako prawnik, ale jako człowiek, który wysłuchał relacji rodziców po śmierci dziecka czy tych odnoszących się do ich emocji związanych z chorobą najbliższego członka rodziny…

Zespół stresu pourazowego (PTSD) jest poważnym stanem psychologicznym, który wymaga leczenia. Większość moich klientów próbuje sobie jednak z tym radzić na własną rękę. Nawet, kiedy jest bardzo źle, kiedy trudno jest poradzić sobie z traumą po stracie dziecka lub jego chorobą. Czasem o potrzebie terapii poszkodowany dowiaduje się dopiero z opinii biegłego sądowego psychologa lub psychiatry.

Dlatego na pytanie: „Pani Mecenas, czy ja powinnam/powinienem iść do psychologa?” –  odpowiadam zwykle: „Tak”.

Bo takie pytanie wcale nie jest wyrazem dążenia do poprawienia sobie sytuacji procesowej. Wbrew temu, co sądzą pełnomocnicy szpitali i ubezpieczycieli (tak, tak: częstym zarzutem w procesie o błąd medyczny jest, że skoro poszkodowany udał się do psychologa po udzieleniu pełnomocnictwa radcy prawnemu, to na pewno służyło to jedynie wyprodukowaniu – ich zdaniem fikcyjnych – dowodów na poparcie powództwa…)

Takie pytanie jest najczęściej prośbą o wsparcie.

Dlatego odpowiadam: „Tak. Psycholog może pomóc. Im wcześniej podjęta terapia, tym lepiej”.

A co do procesu o błąd medyczny:  dokumentacja z takiej terapii może być przydatna, nie to jest jednak najważniejsze.

Na koniec kilka podstawowych informacji:

  • zagrożony możliwością wystąpienia PTSD jest każdy, kto doświadczył poważnych powikłań w leczeniu lub podczas porodu,
  • ryzyko wzrasta między innymi, gdy poród był długi i bolesny, zakończył się nieplanowanym cięciem cesarskim, dziecko urodziło się niepełnosprawne, dziecko potrzebuje specjalnej opieki, życie matki lub dziecka podczas porodu było zagrożone, rodząca czuła brak poczucia kontroli, uczucie bezsilności w trakcie porodu, rodząca czuła brak wsparcia ze strony personelu medycznego.

Problem dostrzeżono też w tzw. standardach położniczych w ciąży powikłanej. Gdy dochodzi do niepowodzenia położniczego, gdy pacjentka w wyniku ciąży nie zabierze do domu zdrowego dziecka z powodu: poronienia, urodzenia dziecka martwego, niezdolnego do życia lub obarczonego letalnymi schorzeniami – personel medyczny ma zapewnić rodzinie szczególną pomoc, w tym psychologiczną.

Pacjentka ma też prawo do uzyskania wszelkich informacji zarówno o możliwości uzyskania dalszej pomocy psychologicznej, miejscach i organizacjach udzielających wsparcia 
osobom w podobnej sytuacji, jak i przysługujących jej prawach.

Korzystajmy z tych praw. Pozwólmy sobie pomóc.

Czy za niedotlenienie dziecka odpowiada infekcja?

Jolanta Budzowska        01 marca 2017        Komentarze (0)

W kwietniu 2004 roku, Liza E., będąca w 40-tym tygodniu ciąży, zgłosiła się do Szpitala Uniwersyteckiego w Ch., ponieważ zaniepokoiły ją słabsze niż zazwyczaj ruchy dziecka. Po krótkim badaniu lekarz–rezydent, będący na pierwszym roku specjalizacji z ginekologii i położnictwa stwierdził, że stan dziecka rzeczywiście budzi niepokój. Niestety jednak, Liza E. nie została zbadana przez żadnego innego lekarza przez 11 godzin. Cięcie cesarskie wykonano po 12 godzinach od chwili zgłoszenia się pacjentki do szpitala.

Syn Lizy E. w momencie wydobycia nie oddychał. Po reanimacji był hospitalizowany na oddziale intensywnej terapii jeszcze przez cztery tygodnie. Jego stan był bardzo ciężki. Na skutek niedotlenienia doznał uszkodzenia mózgu. Cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Dzisiaj ten 13-latek porusza się na wózku i wymaga całodobowej opieki.

Liza E. – działając w imieniu syna – w 2013 roku pozwała szpital i lekarzy obecnych na dyżurze. Jej zdaniem powinni odpowiedzieć za to, że zlekceważyli sygnały świadczące o pogarszającym się stanie płodu i podjęli zbyt późno decyzję o cięciu cesarskim.

Szpital (i lekarze) wszystkiemu zaprzeczyli. Podstawowym argumentem było, że wyniki gazometrii u dziecka, wykonanej po porodzie, były prawidłowe, a do niedotlenienia doszło zanim Liza E. trafiła do szpitala. Zdaniem prawników pozwanego szpitala, do uszkodzenia mózgu dziecka doszło na skutek nieznanej infekcji, która nie została zdiagnozowana ani opisana w dokumentacji medycznej.

Prawnicy Lizy E. odpowiedzieli na ten argument tak: „Jeśli mieliśmy do czynienia z utajoną infekcją dziecka, powodującą tak przerażające konsekwencje dla zdrowia, o której nikt nie miał bliższych informacji, i nie wiadomo było nawet, czy to jest bakteria czy wirus, który następnie zniknął, to czy teren Szpitala Uniwersyteckiego nie powinien zostać natychmiast oznaczony przez  Policję jako teren zagrożenia epidemiologicznego?”

Po czterogodzinnej naradzie sąd wydał wyrok, w którym zasądził na rzecz poszkodowanego chłopca 53 mln, w tym:

– po 2,77 mln tytułem zadośćuczynienia za każdą z następujących szkód dziecka: za uszkodzenie ciała, utratę normalnego życia, utratę zdolności zarobkowania, skrócenie przewidywanego okresu życia, ból i krzywdę oraz stres emocjonalny,

– 28,85 mln odszkodowania na przyszłe wydatki z tytułu opieki (do końca przewidywanego okresu życia dziecka),

– 7,25 mln na przyszłe wydatki na leczenie,

– 346 tys. jako zwrot już poniesionych wydatków na leczenie.

Złotych???

Nie. Dolarów.

Powyższa relacja to moje tłumaczenie artykułu z magazynu „Trial”, wydawanego przez American Association for Justice, stowarzyszenia  amerykańskich prawników procesowych  (jestem członkinią tej organizacji od ubiegłego roku).

Wyrok w opisywanej sprawie zapadł 29 czerwca 2016 r., pozwanym było Chicago Medical Center, a o kwocie zadośćuczynienia i odszkodowania za błąd podczas porodu orzekała ława przysięgłych.

Dlaczego o tym piszę?

Bo i u nas zaskakująco często pojawia się argument o „tajemniczej infekcji” matki lub dziecka, która miała spowodować ciężki stan urodzeniowy i niedotlenienie noworodka, a następnie uszkodzenie mózgu i MPD.

Na szczęście biegli do tego typu zarzutów podchodzą tak:

„ Co do sugerowanego przez pozwanych wystąpienia i znaczenia infekcji wewnatrzmacicznej, biegli zwracają uwagę, że brak jest dowodów, aby ta infekcja miała miejsce. Ponadto biegli dodają, że ewentualnie infekcja nie spowodowałaby aż takich deficytów, jakie obecnie obserwuje się u powoda. Nawet gdyby infekcja rzeczywiście zaistniała i była jedynym problemem powoda, to powód miałby dużą szansę na normalny, prawidlowy rozwój”.

Dobrze, że i u nas sądy (a wcześniej biegli) są w stanie tak zdroworozsądkowo oceniać argumenty o „tajemniczej infekcji”. Tak, jak to zrobił sąd stanu Illinois.

A zadośćuczynienie i odszkodowanie w tej sprawie, z której pochodzi cytat z opinii biegłych, i wielu innych- może być nawet w złotówkach (byleby liczby były podobne do tych w amerykańskim wyroku)…