Dodatkowa opieka pielęgnacyjna a odszkodowanie za błąd w szpitalu

Jolanta Budzowska        16 stycznia 2017        Komentarze (1)

Minęło juz sporo czasu od dnia, kiedy wygraliśmy ten proces o odszkodowanie za błąd lekarski. Kilkuletnie dziecko przez jedną nieprzemyślaną decyzję lekarza i pochopne działanie pielęgniarki został sparaliżowany od odcinka piersiowego w dół. „Po operacji chłopca przewieziono na oddział intensywnej terapii; miał założony cewnik do znieczulenia zewnątrzoponowego, którym do kręgosłupa podaje się środki uśmierzające ból. W wyniku pomyłki personelu do cewnika podłączono niewłaściwą kroplówkę i do kręgosłupa chłopca wtłoczono ok. 1,5 litra płynu.” (więcej o wyroku można przeczytać tutaj i tutaj.

Od końca tego procesu minęło prawie dziesięć lat. W tym czasie poszkodowany nastolatek był jeszcze kilka razy hospitalizowany w klinice, w której doszło do błędu personelu.  Matka nie odstępowała go na krok.

Choć dziecko musiało być leczone z powodu powikłań, do których doprowadził wcześniej ten sam szpital, nie przeszkodziło to wystawić faktury rodzicom dziecka za pobyt opiekuna. A potem prawnicy szpitala wysyłali jeszcze wezwania do zapłaty zaległości…

Teoretycznie legalne, a że moralnie oburzające?

Regułą jest, że rodzice pozostają przy łóżku dziecka całą dobę.  Ich obecność to dodatkowa para oczu i poczucie bezpieczeństwa dla malucha. Pacjent, także maleńki, ma prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej. Za „luksus” czuwania przy dziecku  trzeba płacić, bo tak wynika z przepisów. Nie mówi się jednak o tym, że opiekunowie jednocześnie wyręczają personel w wielu czynnościach i obowiązkach pielęgnacyjnych, a czasem w czynnościach leczniczych.

Moralnie oczywiste. Przecież matka nie będzie siedziała z założonymi rękami, gdy widzi, że położna – choćby nie wiem jak bardzo gotowa do pomocy – ma pod opieką dziesięcioro niemowląt i nie jest w stanie wszystkim na czas zmienić pampersa czy umyć buzi.

Z jednym zastrzeżeniem: nie jest legalne podawanie przez rodziców – opiekunów leków dzieciom przebywającym na oddziałach szpitalnych. To są już czynności lecznicze i za prawidłowość ich wykonania odpowiedzialność bierze personel medyczny i szpital.

Praktyka bywa jednak zupełnie inna. Pielęgniarki chętnie wyręczają się opiekunami, także jeśli chodzi o podawanie leków doustnych. Rodzice też tak wolą: przynajmniej mają pewność co i kiedy jest podane dziecku, a przecież pomyłki zapracowanych pielęgniarek typu: „ach, to miało być dla Jasia z sąsiedniej sali, a nie dla Stasia”, nie są rzadkością.

Kiedy jednak dochodzi do błędu medycznego, a sprawa jest analizowana na sali sądowej, zdarzają się próby przerzucenia odpowiedzialności na opiekuna: że leki podał zbyt późno, że nie dość uważnie matka obserwowała dziecko. Że być może do urazu dziecka doszło nie wtedy, gdy matki przy nim przez godzinę nie było, bo poszła do domu wziąć prysznic, a pielęgniarka kąpała malucha, ale właśnie wtedy, kiedy było pod „wyłączną opieką” matki na sali szpitalnej…

Nie dajmy się w to wmanewrować: braki kadrowe nie mogą prowadzić do patologicznej sytuacji, że to w  efekcie rodzice czują się odpowiedzialni za „patrzenie na ręce” personelowi i za prawidłowe wykonanie przez rodziców czynności, które powinna wykonać pielęgniarka… Mamy prawo do sprawowania dodatkowej opieki, ale już nie obowiązek wyręczania personelu. Choćby najbardziej zapracowanego.

Rzecznik Praw Obywatelskich wstawił się właśnie za rodzicami, którzy mają problemy z realizacją ich prawa do pobytu z dzieckiem w szpitalu i skierował do Ministra Zdrowia wystąpienie w tej sprawie. Pełny tekst wystąpienia znajduje się tutaj. Rzecznik zwrócił między innymi uwagę,  że dziś zbyt wiele zależy od dobrej woli władz szpitala.

Według mnie problemem są jednak nie tylko warunki, w jakich przebywają opiekunowie, ale przede wszystkim zakres, w jakim rodzice wypełniają luki kadrowe i gdzie leży granica pomiędzy odpowiedzialnością personelu medycznego za błąd medyczny, a odpowiedzialnością rodziców.

Obecność rodzica przy chorym dziecku powinna zostać jasno uregulowana z wyraźnym komunikatem dla lekarzy i pielęgniarek: rodzice nie mogą zastępować personelu w świadczeniach zdrowotnych.

Pomoc rodzica nie zwalnia szpitala z odpowiedzialności za przebieg leczenia dziecka w tej placówce!

 ***

Dodatkowe informacje:

Europejska Karta Praw Dziecka w Szpitalu jest formalnie tylko listą „pobożnych życzeń”została stworzona i przyjęta przez 12 organizacji pozarządowych podczas I Konferencji Europejskiego Stowarzyszenia na Rzecz Dzieci w Szpitalu (European Association for Children in Hospital – EACH) w 1988 r. w Leiden w Holandii. Nie jest obowiązującym prawem, ale i tak warto znać jej postanowienia, bo Ministerstwo Zdrowia rekomenduje jej wdrażanie, a część szpitali dobrowolnie zadeklarowało jej przestrzeganie, więc w sytuacji podbramkowej możemy próbować się powoływać na jej postanowienia.

  1. Dzieci powinny być przyjmowane do szpitala tylko wtedy, kiedy leczenie nie może być prowadzone w domu, pod opieką Poradni lub na oddziale dziennym.
  2. Powinny mieć prawo do tego, aby cały czas przebywali razem z nimi w szpitalu Rodzice lub Opiekunowie. Nie powinno być żadnych ograniczeń dla osób odwiedzających – bez względu na wiek Dziecka.
  3. Rodzicom należy stwarzać warunki pobytu w szpitalu razem z Dzieckiem, należy ich zachęcać i pomagać im w pozostawaniu przy Dziecku. Pobyt Rodziców nie powinien narażać ich na dodatkowe koszty lub utratę zarobków. Aby mogli oni uczestniczyć w opiece nad Dzieckiem, powinni być na bieżąco informowani o sposobie postępowania i zachęcani do aktywnej współpracy.
  4. Dzieci i Rodzice powinni mieć prawo do uzyskiwania informacji, a w przypadku Dzieci, w sposób odpowiedni do ich wieku i możliwości pojmowania. Należy starać się o łagodzenie i unikanie zbędnych stresów fizycznych i emocjonalnych u Dziecka w związku z jego pobytem w szpitalu.
  5. Dzieci i ich Rodzice mają prawo współuczestniczyć we wszystkich decyzjach dotyczących leczenia. Każde Dziecko powinno być chronione przed zbędnymi zabiegami diagnostycznymi i leczniczymi.
  6. Dzieci powinny przebywać razem z innymi Dziećmi w podobnym wieku. Nie należy umieszczać Dzieci razem z dorosłymi.
  7. Dzieci powinny mieć możliwość zabawy, odpoczynku i nauki odpowiedniej do ich wieku i samopoczucia. Ich otoczenie powinno być tak zaprojektowane, urządzone i wyposażone, aby zaspokajało dziecięce potrzeby.
  8. Przygotowanie i umiejętności personelu muszą zapewniać zaspokajanie potrzeb fizycznych i psychicznych Dzieci.
  9. Zespół opiekujący się Dzieckiem w szpitalu powinien zapewnić mu ciągłość leczenia.
  10. Dzieci powinny być traktowane z taktem i wyrozumiałością. Ich prawo do intymności powinno być zawsze szanowane.

Biegła, lat 88

Jolanta Budzowska        11 stycznia 2017        Komentarze (0)

Złapałam się na tym, że chyba zbyt często narzekam: że trudno wygrać sprawę o błąd lekarski, że biegli są stronniczy, że nie ma jak udowodnić, że leczenie na NFZ jest w praktyce niedostępne, jak ktoś nie ma czasu czekać miesiącami, albo i latami. I tak dalej.

A dziś  – przygotowując się do jutrzejszego wykładu na temat procesów o błąd medyczny – pomyślałam, że nie jest przecież tak źle!

Spośród  z zakończonych w ostatnim czasie spraw o błąd podczas porodu, wybrałam cztery wyroki. Będę je omawiać podczas seminarium, które mam prowadzić. Wszystkie mądre, dobrze uzasadnione przez Sądy!

Z każdego uzasadnienia zacytuję tu jedno, wybrane zdanie.

Pierwszy wyrok:

„Sąd oddalił wniosek strony pozwanej o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego neonatologa jako nie mający znaczenia dla rozstrzygnięcia i prowadzący do przedłużenia postępowania, bowiem spowodowany był on w istocie niezadowoleniem z wyników opinii biegłego ginekologa – położnika. Samo niezadowolenie z wniosków opinii nie stanowi podstawy do przeprowadzenia dowodów z opinii kolejnych biegłych, a strona pozwana nie przedstawiła do opinii takich zarzutów, które podważyłyby tok rozumowania biegłego YX”.

I w ten oto sposób sąd był w stanie zakończyć postępowanie w rekordowym czasie trzech lat – to bardzo dobry czas, jak na sprawę o odszkodowanie za błąd medyczny… O tym, jakie znaczenie dla procesów medycznych ma upływ czasu, pisałam między innymi tutaj.

Drugi wyrok:

„Zdaniem Sądu jest okolicznością nie budzącą wątpliwości, że tym samym działaniem, którym wyrządzono krzywdę małoletniej powódce, została wyrządzona szkoda także powodom – rodzicom. Sąd nie znalazł podstaw, aby różnicować zakres krzywdy matki i ojca dziecka”.

Sąd zasądził zadośćuczynienie zarówno dla poszkodowanego na skutek przebiegu porodu dziecka, jak również na rzecz obojga rodziców. Jako podstawę wskazaliśmy naruszenie ich prawa do spokojnego, niezkłóconego rodzicielstwa i naruszenie dobra osobistego w postaci  szczególnej więzi rodziców z dzieckiem w prawidłowo funkcjonującej rodzinie.   To ważny wyrok – potwierdza, że w przypadku poważnej niepełnosprawności członka rodziny – prawo do zadośćuczynienia mają też najbliżsi! Pisałam o tym też tutaj (to inny wyrok).

Trzeci:

„Powódka nie miała obowiązku zgłaszania roszczenia w pełnej wysokości, w szczególności, gdy zostało ono zgłoszone dość wcześnie po narodzinach powódki przez jej rodziców, a skoro zadośćuczynienie powinno być oceniane obiektywnie w aspekcie rozmiaru doznanej przez nią krzywdy, zatem nie można wykluczyć prawa do weryfikacji oceny wysokości żądania już po jego wniesieniu”.

Co to oznacza w praktyce?  Że jest możliwe zwiększenie kwoty zadośćuczynienia, jakiej się żąda, nawet w trakcie procesu. Trzeba jednak pamiętać o przedawnieniu!

Czwarty:

„Naturalne jest, że bezpodstawne opóźnianie operacji cesarskiego cięcia w sytuacji obserwowania zaniku tętna płodu oraz innych niekorzystnych czynników dla porodu siłami natury, zwykle grozi głębokim niedotlenieniem i dalszymi ciężkimi skutkami w postaci np. porażenia mózgowego. W tej sytuacji pozwani musieliby wykazać, że w ten sposób ustalony normalny związek przyczynowy został zerwany przez decydujące zadziałanie innego czynnika, prowadzącego do szkody”.

Wydawałoby się  – oczywiste i logiczne. Niestety nie zawsze. Dlatego chwała Sądowi w tej sprawie, że takie właśnie założenie stało się punktem wyjścia dla jego dalszych rozważa. Sąd w efekcie uznał, że szpital nie wykazał, że to hipotetyczne inne czynniki, takie jak ciąża bliźniacza, poród przedwczesny czy zakażenie, a nie zaniedbania pracowników szpitala, spowodowały głębokie niedotlenienie podczas porodu.

O klasycznych próbach obciążania matki winą za stan zdrowia noworodka też już pisałam, w poście „To wina matki”.

I na koniec wisienka na torcie optymizmu procesowego:-) Zwykle narzekam też, że biegli są oderwani od realiów, a na listach biegłych sądowych zostali jedynie pasjonaci (będący często „rzecznikami” kolegów -lekarzy) albo emeryci.

Dziś przesłuchiwałam biegłą, która miała złożyć ustne wyjaśnienia do wydanej wcześniej opinii prywatnej. Biegła, Pani Profesor, lat …88.

Na sali sądowej: 100 % rzeczowości, 100% kultury, 100% błyskotliwości wypowiedzi.

Niejeden „pistolet”, młodzik w wieku 50 lat, mógłby za tą biegłą teczkę nosić;-)

Więc przyznaję: wiek (metrykalny) nie ma znaczenia!

 

 

 

Rękoczyn Kristellera na sali sądowej

Jolanta Budzowska        04 stycznia 2017        Komentarze (0)

Ostatnio sporo można było przeczytać o zabiegu Kristellera. Wszystkie doniesienia medialne mają mniej więcej taki wydźwięk, jak tytuł w GW: „Wyciskane dzieci. Lekarze stosują na porodówkach groźny chwyt Kristellera”.

O co chodzi z tym zabiegiem Kristellera?

Upraszczając, jest to metoda nacisku na macicę podczas porodu znana od starożytności i traktowana jako pomoc w urodzeniu dziecka.

Dokładnie opisali to profesorowie z Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, którzy całkiem niedawno opublikowali „Stanowisko Zespołu Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w sprawie rękoczynu Kristellera”.

Według tej definicji, Rękoczyn Kristellera (zabieg Kristellera, manewr Kristellera, Kristeller maneuver) to zabieg położniczy, stosowany przez osobę asystującą przy porodzie, polegający na zastosowaniu ucisku na dno macicy w czasie rodzenia się główki i barków płodu. Wykonanie zabiegu rozpoczyna się w ułożeniu rodzącej na wznak, wykonujący zabieg ustawia się z boku. Macicę ustawia się dłońmi w osi kanału rodnego, a następnie układa dłonie na dnie macicy tak, aby brzeg małych palców skierowany był ku miednicy, a cała dłoń obejmowała dno lub górną część boków macicy, z ułożeniem kciuków na przedniej powierzchni macicy.

Zabieg powinien być zsynchronizowany z czynnością skurczową macicy i może trwać od kilku do kilkunastu sekund, z możliwością jego powtórzenia po kilku minutach. W przypadku braku pozytywnego efektu w postaci obniżenia się główki płodu, należy ponownie przeanalizować sytuację położniczą i rozważyć inne postępowanie.

Tyle teorii.

W praktyce zabieg wygląda tak (cytaty z FB):

– „Otępiała lekami i mega zmęczeniem po dziś dzień widzę obraz lekarza z szykującym się do „wyciskania” ugiętym w stawie łokciowym przedramieniu. Pierwsze podejście spowodowało, że oczy o mało mi nie wyszły na wierzch, kiedy widziałam lekarza szykującego się do drugiego podejścia, czułam się jak czekający na nokautujący cios zawodnik wrestlingu. Na koniec zwymiotowałam. Córcia na szczęście urodziła się zdrowa, ale ja jeszcze długo zmagałam się z wylewami do gałek ocznych.”

– „Moją pierwszą córkę rownież lekarz tak wycisnął. To był koszmar. Dwie doby nie mogłam urodzić, a że byłam bardzo młoda – 18 lat – to stwierdzili, że mi pomogą. Tymi wielkimi łapskami tak naciskał brzuch, że zemdlałam. A durna piguła trzymała mnie właśnie za ręce. Krzyczeli na mnie, bo skoro pierworódka przyszła to można się na nią wydzierać. Mała była później bardzo chora. Długo później nie miałam dzieci, tak bardzo się bałam.”

Problem więc w tym, że:

–        prawidłowo wykonany zabieg Kristellera nie jest zakazany, ale nie jest też zalecany. Może być wykonywany w wyjątkowych sytuacjach i przy braku przeciwskazań. PTG twierdzi, że na przykład wówczas, gdy jest potrzeba skrócenia drugiego okresu porodu przy główce znajdującej się w wychodzie miednicy (zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna płodu, zmęczenie rodzącej), a wykonanie cięcia cesarskiego jest technicznie trudne i związane z wysokim ryzykiem wystąpienia powikłań u matki (pęknięcia macicy, uszkodzenia układu moczowego) lub u dziecka (wylewów wewnątrzczaszkowych, złamań kości czaszki);

–        niestety jednak zabieg Kristellera zwykle jest wykonywany, „kiedy błędy diagnostyczne polegające na niezidentyfikowaniu przyczyny przedłużania się lub wręcz zahamowania II okresu porodu, powodują chęć doprowadzenia do szybkiego ukończenia porodu, poprzez wypchnięcie płodu przez kanał rodny” (cytat z opinii biegłego w jednej z moich spraw). Czyli na ogół jest to jednak akt desperacji lekarza lub położnej;

–        w praktyce lekarze stosują różne metody nacisku, niemające nic wspólnego z zabiegiem opisanym przez Kristellera. Każdy zabieg można wykonać dobrze lub źle. Jeżeli się go wykona źle, nieumiejętnie, bez należytego wyczucia, można doprowadzić do tragedii. Zabieg Kristellera teoretycznie jest delikatnym masażem dna macicy połączonym z pulsacyjnym uciskiem, wykonywanym przez jedną lub kilka osób. W praktyce, czasem wygląda to tak, że lekarz czy położna z wielką siłą naciskają na brzuch rodzącej, by pomóc jej wypchnąć dziecko. Czyli coś, co jest brutalnym naciskaniem na brzuch rodzącej, nie jest zabiegiem Kristellera, a jego wypaczeniem!

– nawet z prawidłowo wykonanym manewrem Kristellera wiąże się ryzyko powikłań dla matki: uszkodzenie szyjki macicy, krocza i zwieracza odbytu, konieczność nacięcia krocza, wynicowanie macicy, bóle brzucha, pęknięcie żeber, wątroby, pęknięcie macicy, przedwczesne oddzielenie łożyska, krwotok, w tym do jamy brzusznej, a w jego konsekwencji nawet śmierć.

Negatywne konsekwencje dla dziecka po wykonaniu zabiegu Kristellera to: złamania kości, uszkodzenie splotu ramiennego, zwiększone ryzyko wystąpienia dystocji barkowej, zwłaszcza w przypadkach makrosomii płodu, niższa punktacja w skali Apgar i zgon. Częstsze występowanie bradykardii u płodu i niedotlenienie wiązane jest także z występowaniem zwiększonego ciśnienia wewnątrzmacicznego, związanego z mechanicznym uciskiem, co w konsekwencji może prowadzić do występowania zaburzeń neurologicznych w dalszym rozwoju dziecka (podaję za Stanowiskiem Ekspertów PTG).

I najważniejsze:

udowodnienie w procesie o błąd medyczny, że wykonano zabieg Kristellera, jest niezwykle trudne. Wiadomo, że nikt nie wpisze tego do dokumentacji medycznej. Na sali sądowej pozostaje więc tylko słowo przeciwko słowu. A pesonel często argumentuje, że rodzącej się wydawało, że był to silny nacisk, że wykonywano nie manewr Kristellera, a dozwolony manewr Muellera-Hillisa i tym podobne;

– jak pokazały badania Fundacji Lepszy Poród, chwytu Kristellera nie jest manewrem stosowanym sporadycznie. Wśród przebadanych 1060 kobiet, które rodziły w Polsce między 2004 a 2014 rokiem przeszło 31% była pewna, że zastosowano u nich ten manewr. Fundacja argumentuje, że niedopuszczalna jest sytuacja, w której kobiety narażone są na stosowanie procedury od lat uznawanej za niebezpieczną. Fundacja apeluje, aby każda kobieta, która podejrzewa, że zastosowano w jej przypadku manewr Kristellera złożyła odpowiednią skargę do ordynatora oddziału oraz Rzecznika Praw Pacjenta. Pokazując skalę problemu mamy większe szanse na to, by nasz głos został zauważony.

Też tak myślę.

 

Brak zgody na transfuzję krwi

Jolanta Budzowska        01 stycznia 2017        7 komentarzy

Zastanawiam się, czy są jakieś ograniczenia dla bzdur, jakie biegli w majestacie prawa wygłaszają czasem na sali sądowej. Sędziemu nawet oko nie mrugnie, bo przecież biegły to biegły. A mnie kusi, żeby zapis zeznań takiego „eksperta” z tytułami naukowymi przetłumaczyć i wysłać z prośbą o „potwierdzenie stanowiska” do międzynarodowego towarzystwa naukowego, którego biegły jest członkiem.

Gdzieś przecież muszą być granice wstydu zawodowego!

Ostatnio taka sytuacja dotyczyła pewnego profesora doktora habilitowanego nauk medycznych z Łodzi, biegłego z zakresu ginekologii i położnictwa, lat 75. Pominę zabawianie pełnomocniczek obu stron sporu pseudoerudycyjnymi, seksitowskimi uwagami i żartami na korytarzu sądowym (m.in. pod adresem wchodzącej na salę sędzi). Potem – na sali rozpraw – było już tylko gorzej.

Rozprawa dotyczyła odpowiedzialności za śmierć dziecka podczas porodu. Dziecko ważyło 4500 g, było w położeniu podłużnym miednicowym.  Biegły miał się wypowiedzieć na temat prawidłowości oceny wagi płodu (przyjęcie przez lekarkę wagi zaniżonej o 1000 g mimo alarmujących wyników badania USG!) i tego, czy lekarka działała z należytą ostrożnością, ryzykując poród drogami natury.

Z tymi wątkami biegły rozprawił się szybko:

– „nie jest to pierwsza ani ostatnia lekarka, która się myli co do wielkości płodu”

-„lekarz ma pełne i niczym nie ograniczone prawo do wyboru metody porodu”.

Konkluzja: według biegłego wszystko było w porządku, a to że dziecko udusiło się po tym, jak barki i główka utknęły w drogach rodnych, to niezawinione przez nikogo powikłanie porodu miednicowego

A potem biegły przeszedł do ofensywy.

Wcielając się w rolę adwokata szpitala stwierdził, że personel szpitala nie miał innego wyjścia jak poród naturalny.  Lekarka prowadząca poród nie mogła jego zdaniem podjąć decyzji o cięciu cesarskim – mimo, że czasu na przygotowanie zabiegu było aż nadto. Przyczyną miało być, że rodząca jako członek „tej jakiejś sekty” złożyła „bzdurne oświadczenie żadnej krwi”.

Tu słowo wyjaśnienia. Rodząca rzeczywiście była Świadkiem Jehowy. Kościół „Świadkowie Jehowy w Polsce” jest zarejestrowanym w Polsce kościołem od 31 stycznia 1990 roku. Figuruje pod nr. 34 (lp 31) rejestru kościołów i innych związków wyznaniowych, prowadzonego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Zgodnie z art. 25 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej jest to kościół równouprawniony z innymi kościołami i związkami wyznaniowymi. W Polsce żyje około 250 tysięcy Świadków Jehowy, a kontakt personelu medycznego z tą grupą wyznaniową nie jest niczym zaskakującym.

Świadkowie Jehowy rzeczywiście posługują̨ się dokumentem, w którym zawarty jest ich sprzeciw wobec transfuzji krwi. Akceptują leczenie preparatami krwiozastępczymi.

Nie oceniam. Nie wnikam w motywy. Generalnie, nie pytam moich klientów czy są wierzący i jakiego kościoła są członkami. Interesują mnie tylko te informacje, które mają znaczenie dla strategii prowadzenia sporu, jak w tym przypadku.

Twierdzenia biegłego o „sekcie” to ewidentne, niedopuszczalne dyskryminowanie pacjentki ze względu na jej religię.

A już teoria, że brak zgody na transfuzję krwi wyklucza możliwość wykonania cięcia cesarskiego i – mimo ewidentnych wskazań do porodu zabiegowego – skazuje rodzącą na poród drogami natury, poród podwyższonego ryzyka dla dziecka – to już prawdziwa herezja!

Nawet komisja powołana przez pozwany szpital w celu wyjaśnienia przyczyny zgonu dziecka, w skład której wchodziło dwóch anestezjologów, uznała, że

„ średnia utrata krwi podczas zabiegu cięcia cesarskiego nie wymaga zazwyczaj przetoczeń krwi homologicznej i nie mogła stanowić przeciwwskazania do wykonania zabiegu cięcia cesarskiego u pacjentki nie zgadzającej się na przyjmowanie preparatów krwi homologicznej.”

Faktem jest, że krwotok położniczy stanowi przyczynę ok. 30% zgonów matek, a krwotok poporodowy może stanowić powikłanie do 5% porodów. Tyle, że poród naturalny wcale nie chroni przed krwotokiem…, a w przypadku jego wystąpienia transfuzja nie jest jedyną metodą leczenia.

Na koniec kilka wskazówek dla pacjentek w podobnej  sytuacji:

  1. w przypadku odmowy pacjenta wobec przetoczenia krwi lekarz powinien udzielić  wyczerpujących informacji o dostępnych metodach leczenia preparatami krwiozastępczymi oraz o innych alternatywnych metodach stosowanych podczas zabiegów operacyjnych, jak np. krążenie pozaustrojowe połączone z odzyskiwaniem krwi własnej pacjenta z pola operacyjnego w obiegu zamkniętym;
  2. jeśli lekarz twierdzi, że transfuzja jest jedyną możliwą metodą leczenia dostępną w sytuacji pacjenta w danym szpitalu, to powinien dokonać takiego wpisu w dokumentacji medycznej;
  3. art. 38 ustawy o zawodzie lekarza stwarza możliwość odstąpienia od leczenia pacjenta (z zastrzeżeniem art. 30). W sytuacji planowanej operacji może to być dopuszczalne, gdy lekarz uznaje,  że w danej placówce przeprowadzenie zabiegu bez transfuzji krwi jest niemożliwe. W takim przypadku powinien on poinformować o tym pacjenta, a także dostarczyć niezbędnych informacji o możliwości uzyskania pomocy np. w szpitalu o wyższej referencyjności.

I pointa: jak wynika z odpowiedzi na pozew i zeznań świadków, okoliczność wyznania rodzącej i jej brak zgody na przetoczenie krwi nie miały żadnego wpływu na decyzję lekarza o prowadzeniu drogami natury… Jest to zupełnie zrozumiałe, bo merytorycznie takie argumenty by się nie obroniły i raczej ośmieszyłyby personel szpitala.

Biegły prof. dr hab. n. med. z Łodzi nie boi się jednak śmieszności.

Standardy: przebieg ciąży

Jolanta Budzowska        16 grudnia 2016        Komentarze (1)

Kto śledzi profil mojej kancelarii na FB ten wie, że popieramy akcję fundacji Rodzić Po Ludzku na rzecz utrzymania standardów okołoporodowych. O standardach napisałam kilka postów, między innymi tutaj.

Niedawno na wniosek Naczelnej Rady Lekarskiej znowelizowano ustawę o działalności leczniczej. Zmiana oznacza, że przestaną obowiązywać zgodne z zasadami „Rodzić po ludzku” standardy opieki okołoporodowej. NRL twierdzi, że naruszają „autonomiczny obszar nauki i wiedzy”.

Co to oznacza dla bezpieczeństwa rodzących kobiet i ich dzieci? Nic dobrego. Krok wstecz.

Standardy medyczne to m.in. opisy poszczególnych procedur medycznych. Zostały opracowane przez towarzystwa naukowe oraz zespoły ekspertów w poszczególnych dziedzinach medycyny, na podstawie aktualnej wiedzy medycznej, zgodnie z zasadami medycyny opartej na dowodach naukowych.

Jeśli – jak dotąd – miały formę rozporządzenia, to lekarze mieli obowiązek  stosowania ich w codziennej praktyce lekarskiej. W przypadku podejrzenia błędu medycznego, w pierwszej kolejności można było zweryfikować postępowanie lekarza odnosząc je do treści konkretnego załącznika do rozporządzenia Ministra Zdrowia. Nie było dyskusji co jest mityczną „aktualną wiedzą medyczną” – punktem odniesienia dla oceny przebiegu leczenia było rozporządzenie. Oczywiście, lekarz w uzasadnionych przypadkach mógł zrobić odstępstwo.

Standardy jeszcze nie zdążyły się wszędzie przyjąć, ale szło ku dobremu. Dobrze to opisuje portal okopress: „Jak wskazuje kontrola NIK z 2016 roku i obserwacje fundacji Rodzić Po Ludzku, standard nie jest powszechnie przestrzegany. Niektórzy ordynatorzy wręcz chlubili się tym, że „u mnie rodzi się po mojemu”, wielu standardu nie znało i lekceważyło.”

A jeśli standard działania nie będzie określony przepisami prawa, to znów będzie jak dawniej.

W sytuacji braku rozporządzenia, które wyznacza konkretne ramy prawne dla oobowiązków personelu medycznego, pacjent będzie musiał na ogólnych zasadach udowodnić, że działanie lekarza było niezgodne z aktualną wiedzą medyczną. Za źródło tej wiedzy będą mogły być uznane – na równi – podręczniki akademickie, publikacje naukowe, a wreszcie standardy opracowane przez towarzystwa naukowe, o ile takie zostaną opublikowane. Ostatecznie, w praktyce o tym, czy działania lekarza były zgodne z aktualną wiedzą medyczną, przesądzi w procesie opinia biegłego.

Ostatnio niestety wręcz nagminnie zdarza mi się słyszeć na sali sądowej wręcz herezje z ust biegłych. Broniąc kolegów lekarzy, potrafią wygłaszać tezy sprzeczne z elementarną wiedzą medyczną.

Likwidując standardy, zwiększamy uznaniowość i oddajemy pełnię władzy w ręce biegłych – lekarzy.  Jeśli przyjdzie do oceny, czy w trakcie porodu doszło do błędu medycznego, i nie uda się zakwestionować stronniczej opinii „eksperta” – sąd uzna, że biegły jest wyrocznią i wyda wyrok zgodnie z ekspertyzą. Co biegły powie, jest prawdą i „aktualną wiedzą medyczną”.

Tego chcemy?